05 maja 2025

Od Sorena - Po co komu to Haute Couture? (1/X)

Choć noc już dawno temu powinna była otulić Stellaire swymi ramionami, ulice lśniły wręcz od nieustannego błysku kolorowych, lśniących kreacji i odbijających się od nich fleszy. Miasto tętniło życiem jak nigdy dotąd - i właśnie to Soren uwielbiał w tym wszystkim najbardziej. Ten jeden wieczór, kiedy Novendia tonęła w luksusach, przepychu i ciągnących się za niemal każdą suknią trenów. Met Gala, coroczna liturgia próżności, ekstrawagancji i absolutnego oddania modzie, osiągała właśnie swoje apogeum, a Acedia nie potrafił pozbyć się coraz to szerszego uśmiechu. Gdy stał tak otoczony niemal całym modowym półświatkiem, każdym kto jakkolwiek się w tym świecie liczył, a on sam ślepł pod ciężarem setek skierowanych ku niemu fleszy, czuł się jak ryba w wodzie.
Środek wiosny zawsze zajmował w jego miejscu specjalne miejsce. Nie było to związane z czymś osobistym, z urodzinami, czy sympatią do niewystarczająco wysokich temperatur, a właśnie z tym jednym, modowym wieczorem, do którego tak niecierpliwie odliczał dni. Nie mogło być przecież inaczej. Od miesięcy redaktorzy modowych czasopism i blogów zastanawiali się, w czym tym razem pojawi się Acedia, który dom mody dostąpi zaszczytu ubrania go w ten jeden wyjątkowy wieczór. A on sam jedynie podśmiechiwał się pod nosem, czytając ich zawiłe teorie. Prawda, otrzymał wiele propozycji, wiele desperackich telefonów, błagających, by choćby spojrzał w stronę rozrysowanych specjalnie dla niego projektów, jednak żadnemu z nich nie poświęcił ani chwili uwagi. Już od dawna wiedział, komu chciał powierzyć tak ważne zadanie. Dantemu, swemu drogiemu przyjacielowi. Niewiele było na tym świecie osób, które rozumiałyby modę na podobnym poziomie, co Acedia, jednak syren z całą pewnością wpasowywał się w tę kategorię. A Soren przysiągł sobie, że zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby tę pasję i umiejętności pokazać też reszcie świata.
Miał pojawić się dokładnie po zmroku, kiedy złociste promienie zachodzącego słońca zalśniłyby na jego opalonej skórze, grzęznąc w równie pięknych, złotych oczach. Powolnym, nonszalanckim krokiem wszedłby po schodach muzeum, zatrzymałby się na chwilę, niby od niechcenia, posyłając fotografom delikatny uśmiech. Potem udzieliłby kilku krótkich wywiadów i z triumfem wymalowanym na twarzy zniknąłby we wnętrzu budynku.
Ale życie, jak wiadomo, lubi scenariusze na wskroś wręcz ironiczne. Zaledwie kwadrans przed wielkim wejściem, jeszcze w połowie przygotowań, Soren — przez przypadek, przez absurd, przez złośliwość rzeczy martwych — znalazł się po złej stronie korytarza. Jego oczom nie ukazały się stanowiska oblegane przez pracujących pieczołowicie wizażystów, lecz szeregi lodówek i szafek wypełnionych kartonami z nieznaną modelowi zawartością.
Zmarszczył brwi, odwrócił się na pięcie i bez słowa nacisnął klamkę. Głuchy trzask. I nic. Nacisnął ją raz jeszcze, lecz i tym razem spotkał się jedynie z głuchym brzękiem mechanizmu.
— No chyba sobie żartujecie. — Przeklął pod nosem, raz po raz uderzając pięścią o metalowe drzwi, jak sądził, kuchni. — Halo? Czy ktoś mnie słyszy?
— Odpuść sobie. Nikt cię przez te drzwi nie usłyszy, Acedia. Kuchnia i inne pomieszczenia gospodarcze są dźwiękoszczelne i antymagiczne. Żeby nie psuć takim jak wy iluzji, że ktoś musi tu jednak pracować. Zwłaszcza tym z nienaturalnie wyczulonym słuchem. — Słowa brzmiały jak skierowana prosto ku modelowi obelga. Cóż, przynajmniej go rozpoznano.
Soren odwrócił się zaskoczony i dopiero teraz zauważył opartą o blat dwójkę ludzi. Ubraną w obrzydliwie pomarańczową kamizelkę kobietę i mężczyznę w ubrudzonym szminką kucharskim fartuchu. Pojawienie się Acedii zdecydowanie im w czymś przeszkodziło i choć każdy skrawek ciała Sorena wyrywał się wręcz, by w jakiś sposób to skomentować, ostatecznie zdecydował ugryźć się w język. Skoro znaleźli się tu przed nim, to powinni wiedzieć jak otworzyć te zatrzaśnięte drzwi. Skoro jego teleportacja i tak tu nie zadziała, potrzebował ich, a po wcześniejszych słowach kobiety wywnioskował, że i tak stąpa już po cienkim lodzie.
— A jest może jakiś sposób, żeby ktoś taki jak ja się stąd wydostał? — Tego delikatnego przytyku nie potrafił sobie odpuścić.
— Tak. Cierpliwość. Drzwi zatrzasnęły się na dobre, a patrząc na te tłumy, trochę to zajmie zanim komukolwiek uda się otworzyć je z zewnątrz. Alicia, inspektorka BHP odpowiadająca za to, żeby nikt z was nie utknął tak jak my tutaj. — Nieznajoma skierowała ku niemu ekran jakiegoś dziwnego urządzenia.
— No to chyba średnio wam to idzie.
Soren nie miał pojęcia na co patrzy. Widział jedynie pulsujące na czerwono drzwi i mapkę całego muzeum. Kobieta westchnęła ciężko, jakby czytając mu w myślach i palcem wskazała najpierw na coś na swoim urządzeniu, a następnie na jeden z ekranów wiszących na ścianie. Tego Acedia też wcześniej nie zauważył. Musiał być dziś niezwykle zaaferowany, skoro przeoczył tak oczywiste rzeczy. Ekrany pokazywały transmisję na żywo z czerwonego dywanu. Widział wchodzących kolejno celebrytów, pozujących przed kamerami, przed którymi to on powinien teraz pozować. Poczuł w sercu ogromne ukłucie zazdrości pomieszane z goryczą. Musiał się stąd wydostać, jak najszybciej. Nie wybaczyłby sobie przecież, gdyby ominął go czerwony dywan.
— A ile mniej więcej zajęłoby tej waszej ekipie, żeby nas tu znaleźć…i wyciągnąć?
— Przy tych tłumach? Z godzinę. Nie możemy przecież przeszkodzić wam w tym waszym śmiesznym pokazie. — Alicia wywróciła oczami, a nieodzywający się jak dotąd kucharz jedynie jej przytaknął.
— Chyba sobie żartujesz. Nie mam tyle czasu, muszę tam być. Teraz. — Wskazał palcem na jeden z ekranów, na co Alicia jedynie wzruszyła ramionami.
Mężczyzna musiał zauważyć ostre spojrzenie Sorena, bo niemal natychmiast wyprostował się i przedstawił. Linus, szef kuchni. Acedia zmrużył oczy, nie do końca rozumiejąc, skąd w ogóle wziął się tu szef kuchni. Na galach się nie je, chyba że przekąski, tylko wygląda i udaje, że wcale nie ma się ochoty zniszczyć co drugiej mijanej kreacji. Może dlatego był tu sam bez innych kucharzy.
Model westchnął ciężko, opierając się o najbliższy blat. Tak, by mieć widok prosto na jeden z ekranów. Nie zastanawiał się zbyt długo nad tym, po co w ogóle zamontowano w kuchni takie telewizory, zakładając, że zrobiono to po to, by kelnerzy wiedzieli, kiedy podejść do kuchni po przekąski i alkohole. Nikt się nie odzywał. Soren kątem oka zauważył jedynie, jak Linus desperacko stara się zmyć z kołnierza pozostałości czerwonej szminki. Model zaśmiał się jedynie pod nosem i ponownie zwrócił swoją uwagę na ekran. Skoro nie może pojawić się na czerwonym dywanie osobiście, to przynajmniej obejrzy go sobie z daleka.
Kadry zmieniały się leniwie, wodząc obiektywem za każdym pojawiającym się gościem. Nikt się nie spieszył, pozwalając zarówno widzom, jak i fotografom w pełni przyjrzeć się kreacji. Soren pochylił się do przodu, a jego oczy błysnęły wręcz na sam widok lśniących w blasku fleszy strojów.
— O mój Boże… — westchnął nagle, ledwie słyszalnie. — To na pewno suknia od Iris van Herpen. I to nie byle jaka. Patrzcie, jak ten materiał się porusza, zupełnie jakby dryfował. Przecież to nagina wszelkie prawa fizyki. — Nie mówił już, a niemal krzyczał, podchodząc bliżej ekranu.
Aktorka na ekranie faktycznie zdawała się unosić ponad czerwonym dywanem, jakby nieistniejące fale delikatnie pchały ją do przodu. Materiał, Soren był niemal pewny, że był to jedwab, naprzemiennie unosił się i opadał, jedynie potęgując iluzję. Model był wręcz oczarowany. Zawsze wiedział, że Iris z każdą kolejną kolekcją przechodzi samą siebie, jednak tym razem zdecydowanie przerosła jego najśmielsze oczekiwania.
— No ładne, ale czy wygodne? — mruknęła Alicia, wyrywając Sorena z jego własnej, modowej fantazji — Jak w tym usiąść? Jak pójść do łazienki?
Soren spojrzał na nią ze zgorszeniem wymalowanym na twarzy. Jakby ktoś zadał mu właśnie najbardziej oczywiste pytanie na świecie.
— Ależ, kochana... — Zaczął, próbując w spokoju zebrać słowa, zanim powie coś głupiego. — To nie jest suknia do siadania, czy wygodnego chodzenia sobie po własnym salonie. To jest manifestacja piękna i niepohamowanej kreatywności projektantki. To ma wyglądać, cieszyć oko, łamać utarte normy.
— Aha — powiedziała, nie podnosząc wzroku. W jej głosie wciąż rozbrzmiewała prześmiewcza wręcz nuta niezrozumienia. — Ja bym w tym wyglądała jak prześcieradło porwane i wymięte przez silny wiatr. Nie wiem po co ludziom w ogóle to całe haute couture, czy jak wy to nazywacie.
— Ano, mnie to wygląda jak zwykła, magiczna firanka. — Linus dodał swoje trzy grosze, na co oboje się roześmiali.
Usłyszawszy te pozbawione wrażliwości i jakiegokolwiek gustu komentarze, Soren przewrócił oczami tak teatralnie, że przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem się nie przewróci.
Znowu spojrzał na ekran, tracąc cierpliwość do swoich towarzyszy w niedoli. Kolejny kadr. Tym razem coś krzykliwego. Obrzydliwie jaskrawy fiolet połączony z równie okropnym odcieniem żółtego, błyskotki wielkości strusich jaj i pióra tak sztuczne, że wyglądały jak z plastiku — a nie, przepraszam — z plastiku właśnie były. Soren zesztywniał na sam ich widok i przyłożył dłoń do czoła, jakby chcąc sprawdzić, czy przypadkiem nie dostał gorączki.
— Nie... — jęknął — Nie, nie, nie, nie…
Alicia i Linus spojrzeli na siebie z rozbawieniem, podchodząc bliżej modela.
— Kto to jest? — zapytał kucharz.
— Nie wiem — odpowiedział Soren. — I jestem niezwykle wdzięczny, że nie wiem. Nie chcę zaprzątać sobie głowy kimś z takim…gustem. A raczej jego brakiem.
Model zrobił kółko wokół kuchni, by znów zatrzymać się przed ekranem. Kipiał wręcz wściekłością, nie mogąc zrozumieć, jak ktokolwiek mógł z własnej woli coś takiego włożyć. Podświadomie nie mógł się już doczekać, by przeczytać, jak bardzo Cerese obsmaruje nieznaną mu celebrytkę w następnym wydaniu V'ogule.
— Przecież to jest modowa profanacja! To obelga dla wieków modowej historii! Dla nas wszystkich! Przecież Met Gala to nie jakieś tam przebieranki. To jest... to powinno być jak sonet, jak miłosna pieśń od projektanta dla modela. A to?
Soren westchnął ciężko, opadając na pobliską, pustą skrzynkę po jakichś warzywach. Czuł, jak zaczyna go boleć głowa.
— Ale chyba właśnie o to chodzi, co nie? — Linus odezwał się ostrożnie, jakby bał się reakcji nowopoznanego modela. — Że moda może być też żartem. Zabawą. Karykaturą.
Soren spojrzał na niego z czymś między wyrzutem a bólem wymalowanym na twarzy. Nie wierzył własnym uszom.
Zabawą? Moda na tak wysokim poziomie nie jest po prostu bezsensowną zabawą. Moda to...to język ale bez słów. To sposób, w jaki nasza kreatywność przemawia do świata dzięki materiałom i krojom.
Alicia wzruszyła ramionami.
— A pomyślałeś że może czasem nasza dusza chce krzyknąć "jestem zwykłym klaunem i co mi zrobisz?"
Soren zamknął oczy, powstrzymując narastające w nim zirytowanie.
— Wy naprawdę...wy tego nie czujecie, prawda?
Zamilkli, przeskakując wzrokiem pomiędzy sobą, a modelem. Soren skrzyżował ręce na piersi, próbując zebrać słowa. Nie potrafił mówić o modzie w prosty sposób. Odkąd tylko pamiętał, była ona czymś, co płynęło mu w żyłach, czym zachwycał się niemal od podszewki. Dlatego nie potrafił zrozumieć, dlaczego niektórzy traktowali ją jak coś błahego, nieistotnego i wręcz śmiesznego.
Soren obrócił w dłoni zabrany z blatu srebrny talerz, jakby to było zwyczajne lusterko, a nie narzędzie na którym normalnie podawano zimne przekąski. Zatrzymał się na środku pomieszczenia, gdzie padało najwięcej światła z migającej nieregularnie jarzeniówki. Przejrzał się w lusterku, zanim znów zwrócił całą swoją uwagę na swoich towarzyszy.
— Jak by to powiedzieć. Ja przez całe życie byłem manekinem. Otulonym tkaniną, z której na moich oczach tworzono prawdziwe dzieła sztuki. Dla wielu ludzi byłem, nie, jestem też czymś na wzór okna, przez które mogą zajrzeć prosto do paszczy tego modowego świata. Moda mnie stworzyła, ukształtowała całe moje życie - i dzięki temu jest dla mnie czymś bardzo…osobistym. A wy? Wy mówicie o tym jak o... o czymś nieistotnym! Czymś z czego można tak po prostu kpić i szydzić.
Nie planował, nie chciał, a jednak nie był w stanie powstrzymać targających nim emocji. I choć w ciągu swej długoletniej kariery nauczył się zbywać nieprzychylne komentarze na swój temat, pomimo upływu lat wciąż nie potrafił pogodzić się z tak ordynarnym i bezpodstawnym wyśmiewaniem samego haute couture. Nie chodziło tu nawet o niego, o samego Sorena Acedię, a o wszystkich tych, którzy tworzyli modę. O dostawców tekstyliów, o szwaczki, o projektantów, o modeli, o redaktorów i fotografów, dzięki którym cały świat mógł ujrzeć nowopowstałe kreacje. Ten jeden raz nie chodziło tylko o niego. I być może dlatego tak bardzo nie potrafił zdzierżyć tej ignorancji.
Cała trójka zamilkła. Dwójka nieznajomych nie miała żadnej błyskotliwej obelgi, którą mogliby mu odpowiedzieć. Z monitora dalej sączyła się gala — kolory, błysk, wielkie nazwiska i jeszcze większe ego — ale nikt już nie patrzył. Nawet Soren jakby stracił zainteresowanie całym wydarzeniem. W głowie odliczał upływające minuty, nie mogąc doczekać się chwili, w której ta nieszczęsna godzina w końcu minie i będzie mógł na dobre się stąd wydostać. Wciąż nie mógł uwierzyć, że ekipa techniczna potrzebowała aż godziny, żeby ich stąd wyciągnąć. To niedorzeczne.
Nie potrafił jednak stwierdzić, jak długo siedzieli w ciszy, nim Alicia niebezpiecznie się do niego przysunęła. Soren nie odezwał się ani słowem, z ciekawością obserwując ją z ukosa. Co jeszcze miała mu do powiedzenia?
— Może nie rozumiem tego tak jak ty… — zaczęła powoli — Ale może to właśnie byłaby dla mnie dobra okazja, żeby zrozumieć ten świat. Skoro i tak już tu ugrzęzłam i pracuję przy tych eventach.
Soren aż otworzył usta ze zdziwienia, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Co w nią nagle wstąpiło? Jeszcze kilka minut wcześniej mógłby przysiąc, że Alicia była najbardziej zagorzałą przeciwniczką haute couture. Linus nie wyglądał na szczególnie przekonanego, ale zdawał się jednocześnie tak zapatrzony w Alicię, że zgodziłby się zrobić wszystko, byle ją uszczęśliwić. A Soren doskonale go w tej kwestii rozumiał.
— Cudownie. Alicia, Linus, potrzebuję was.
— Do czego niby? — zapytał niepewnie Linus
— Do tworzenia sztuki, a do czego. Co za idiotyczne pytanie. — obruszył się — Do pokazu. Stworzymy mini-galę tu, teraz. Z tego, co mamy. A mamy cóż…niewiele. Ale skoro odebrano mi przyjemność przejścia się po prawdziwym czerwonym dywanie, to przynajmniej tutaj się przejdę.
— Chyba sobie żartujesz.
— Nigdy nie byłem bardziej poważny. — odparł Soren, splatając ręce. — Bo jeśli nie możemy być częścią wielkiego widowiska...to stwórzmy własne. Z odpadków i własnej wyobraźni. Gotowi?
— Nie! — odpowiedzieli jednocześnie, z lekka przerażeni.
Ale Soren już ich nie słuchał, myślami będąc gdzie indziej — na wybiegu z własnej wyobraźni, oświetlonym światłem lodówek i migających jarzeniówek. Wysunął szufladę, wyjął pokrywkę od garnka i obrócił ją w dłoniach. Gdyby ją tak przymocować na ramieniu, pod ubraniem, mogłaby stworzyć całkiem ciekawą sylwetkę.
Alicia i Linus wciąż stali jak kołki, nie mając pojęcia, w co włożyć ręce. Soren zaprosił ich do siebie skinieniem dłoni i poinstruował, żeby poszukali czegokolwiek, czego mogliby użyć jako materiału lub ozdób. Worków po ziemniakach, obrusów, ścierek, a nawet i tandetnych, plastikowych woreczków na lód. I choć z początku nie byli pewni, czy ich towarzysz przypadkiem nie postradał zmysłów od niedoboru świateł reflektorów, w końcu przystali na jego propozycję.
Kiedy już zebrali całkiem pokaźną kolekcję tkanin, Soren po prostu nakazał im by puścili wodzę fantazji, by choć przez chwilę pomyśleli nieszablonowo, przeistaczając z pozoru bezużyteczne przedmioty w prawdziwe dzieło sztuki. On sam owinął się obrusem, niczym peleryną, a serwetki ułożył w coś na kształt kryzy, przymocowanej znalezionymi wśród reszty szpargałów pinezkami. W swoim nowym stroju, o ile można go tak nazwać, wyglądał jak nowoczesny dandys — surrealistyczny, lecz o dziwo całkiem spójny. Podświadomie wiedział jednak, że gdyby Cerese i Dante go teraz zobaczyli, zaczęliby się przekrzykiwać, które jako pierwsze powinno ukręcić mu głowę.
W końcu spojrzał na swoich towarzyszy. Z początku krawiectwo szło im niezwykle niezdarnie. Alicia oplotła swój pasek jednorazowymi rękawiczkami, a Linus uformował z papierowych ręczników coś w rodzaju żabotu. Oboje śmiali się, początkowo z zażenowania tym, jak wyglądają, a potem z coraz większą swobodą. Soren ich nie oceniał. Wręcz przeciwnie — wodził pomiędzy nimi wzrokiem, poprawiał zagięcia, zawiązywał ścierki, pomagał im zmaterializować kłębiące się w ich głowach pomysły.
— No, to teraz czas na najważniejszy punkt programu. Wybieg. A, skromnie mówiąc, nie oszukujmy się, że jestem niezaprzeczalnym ekspertem w tej kwestii.
Soren podświadomie przygotowywał się na to, że któreś z nich przewróci oczami, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
— Catwalk nie polega na tym, by się pokazać, by zareklamować siebie jako modela — instruował, niczym wyjątkowo surowy nauczyciel — Chodzi o to, by pokazać kreację. To ubrania mają przemawiać. Wy jesteście tam tylko po to, żeby tchnąć w nie życie i charakter. Musicie się w nie wczuć, zrozumieć, co projektant chciał nimi przekazać. Żadnej popisówki. Patrzcie.
Soren ruszył przed siebie powolnym, eleganckim krokiem. Głowę miał zadartą ku górze, krocząc, niczym po zamkowych korytarzach. Peleryna poruszała się delikatnie przy każdym jego ruchu, jakby stworzona była z najdroższych tkanin, a nie zwykłego lnianego obrusu.
— Widzicie? — powiedział, kiedy dotarł na koniec wyimaginowanego wybiegu. — No, teraz wasza kolej. Pamiętajcie, jako modele macie opowiedzieć mi historię. Musicie mnie przekonać, że wasza kreacja ma mi coś do przekazania.
Ruszyli z początku niepewnie, koślawo, podśmiechując się ze wstydu. Alicia szła powoli, balansując na głowie owiniętą kolorowymi siatkami pokrywkę, z której zrobiła kapelusz z szerokim rondem. Soren musiał przyznać, że wyglądała niezwykle dostojnie, jak na to, że cała owinięta była plastikiem. Linus kroczył tuż za nią, już mniej poważnie, ze srebrnymi tacami przymocowanymi do niemal każdego skrawka ciała. Srebro odbijało światło lamp i sprzętów kuchennych, robiąc z kucharza prawdziwą, połyskującą gwiazdę. Soren uśmiechnął się na ten widok, bardzo podobała mu się ta przedziwna, jakby odblaskowa kreacja.
Gdy dotarli na sam koniec wybiegu, Acedia powitał ich owacjami na stojąco. Nie spodziewał się, że ta dwójka zdoła wykrzesać z siebie tyle modowej kreatywności. Porozmawiali jeszcze chwilę i zaczęli powoli ściągać z siebie abstrakcyjne, prymitywne kreacje.
I wtedy rozległ się cichy trzask. Czerwone światło nad drzwiami zamigotało. Zamek puścił. Drzwi do kuchni uchyliły się, a po drugiej stronie zamigotała sylwetka technika w czapce z daszkiem. Za nim pojawiło się dwóch kolejnych — z narzędziami, zestresowani i zdecydowanie spóźnieni.
— Przepraszamy, że tyle to trwało, nie mogliśmy dostać się do środka. Nie powinno to mieć miejsca.
Trójka modeli zatrzymała się bez słowa. Nikt nie poruszył się choćby o centymetr, jakby słowa techników wcale do nich nie docierały. Przez ostatnią godzinę Soren z wytęsknieniem wyczekiwał momentu, w którym drzwi w końcu się otworzą. I mimo tego, że całkiem nieźle się bawił przez ostatnie minuty tej przedziwnej odsiadki, to w głębi duszy cieszył się, że w końcu się stąd wydostanie.
— Ponad godzina — mruknął Soren — Ponad godzina w kuchni podczas najważniejszego wieczoru w Stellaire.
— W sumie... — mruknął Linus pod nosem — Mogło być gorzej.
Pozostała dwójka skinieniem głowy przyznała mu rację.
— No to…to chyba koniec — powiedział Linus, drapiąc się w kark. — Dzięki za wszystko?
— Było to na pewno niezapomniane. Dziękuję. — dodała Alicia, ale bez przesady w głosie.
Soren jedynie skinął głową i uśmiechnął się w ich stronę. Jeszcze raz na nich spojrzał - na kucharza z ręcznikowym żabotem, i inspektorkę BHP z plastikowym kapeluszem w dłoniach.
Potem odwrócił się i po prostu ruszył przed siebie, szybkim krokiem, jakby znów wchodził na wybieg. Tyle że tym razem wybieg był marmurowy, podświetlony, tętniący od rozmów płynących z pełnego gwiazd wnętrza muzeum. Czerwony dywan przyjął go ponownie jak należy. Wszedł na niego pewny siebie, jak zawsze, niemal natychmiast spotykając się z błyskiem fleszy i krzykiem zainteresowanych reporterów. I za każdym razem, kiedy kierowano ku niemu pytania na temat jego godzinnego spóźnienia, nie był w stanie powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Nie potrafił pozbyć się wspomnień o kłótni na temat powagi haute couture i prowizorycznego wybiegu. Nie był pewien, czy doświadczy jeszcze kiedyś czegoś podobnego. Ale wiedział jedno: było warto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz