Song An nie potrafił oderwać wzroku od domków — były tak niewielkie, że w pierwszej chwili skojarzyły mu się one z dobrze znanymi bożymi świątyniami. Dopiero po krótkich wyjaśnieniach Merlina, zauważył, że plac faktycznie przypominał raczej miniaturowe osiedle. Szereg drobnych domostw malował się na niewielkim wzgórzu. Boski sługa zaczął się nawet zastanawiać, czy przypadkiem za tymi malutkimi domami nie kryją się równie malutkie sklepy.
Rzucił ostatnie, pożegnalne spojrzenie w stronę przyklejonej do sufitu łapki i wyskoczył z autobusu. Poczuł na skórze rześkie, wieczorne powietrze. Była to miła odmiana. Song An z dreszczem wspominał duszne wnętrze pojazdu.
Z wątpliwym skupieniem wsłuchiwał się w proponowany przez nauczycielki plan ich wyjazdu. Wszystko wokół go rozpraszało — malutkie domki, do których nie mógł się doczekać, aby zajrzeć, podekscytowane głosy uczestników wycieczki, szumiący wśród drzew wiatr, śpiew ptaków. Każdy najmniejszy ruch, każdy najmniejszy dźwięk, choćby trzask gałązki wprowadzały go w zachwyt, skutecznie uniemożliwiając skupienie się. Song An uwielbiał nowe rzeczy. Uwielbiał odkrywać i eksplorować. Świat stał na wyciągnięcie ręki, więc słuchanie nudnych zasad obozowiska i sztywnego planu podróży nie ciekawiło go ani odrobinę.
Usłyszał jednak ostatnią część przydługiego apelu nauczycielek. Zapowiedziały one wycieczkę w góry i, co najważniejsze, nocowanie pod namiotami. Oczy Song Ana zalśniły z radości na tę wiadomość. Nie potrafił pohamować swojej ekscytacji, więc od razu odwrócił się do Merlina, aby upewnić się, czy przypadkiem się nie przesłyszał:
— Pod namiotami?! Merlin. Merlin, będziemy spać w górach. Pod gołym niebem. Słyszałeś?
— Słyszałem — potwierdził jego przyjaciel, trochę mniej, choć również zaaferowany.
Song An uśmiechnął się jeszcze szczerzej. Myślami już wybiegał w przyszłość — do stromych górskich szlaków i ogrzewanych płomieniami ogniska płóciennych schronień, rozmów przy piankach pod blaskiem gwiazd. Przecież to brzmiało wspaniale!
Przy okazji jednak zastanawiał się, jak wyglądają szczyty gór w świecie śmiertelników. Czy bardzo się one różnią? W końcu, sam Song An wychował się i spędził większość życia w takim miejscu. Z nostalgicznym uśmiechem wspominał drewnianą świątynie (podobną do tutejszych domków), przebijające się przez gęste chmury wiekowe drzewo i owiane parą gorące źródła. Niekiedy, gdy o nich myślał, ogarniała go tęsknota. Chociaż kochał wszystko, co wiązało się ze światem ludzi i nie miał najmniejszego zamiaru wracać do domu, powtarzał sobie, że ma prawo tęsknić.
Najbardziej brakowało mu jednak jego mistrza. Yunru Lei, choć szorstki i opryskliwy, zawsze był dla Song Ana dobry. Z niezwykłą cierpliwością uczył go fachu, przekazując mu całą swoją wiedzę. Czuwał nad nim dniem i nocą, nie opuszczając go ani na chwilę przez wiele długich wieków. Do niedawna był też jedyną osobą, którą Song An znał i do której w ogóle mógł się odezwać.
Myśląc o swoim mentorze, wielkim i wspaniałym bóstwie burzy, ogarnęły go wątpliwości. Yunru Lei nie lubił gości, znosił wyłącznie obecność Song Ana. Na Gromie byli niemile widziani wszyscy pozostali. A więc, co jeśli bóg zamieszkujący górę, na którą mają się niedługo wspinać, również nie życzy sobie niezapowiedzianych wizyt?
Tymi obawami postanowił podzielić się z Merlinem:
— Czy bóstwo góry, której szczyt mamy odwiedzić, wie, że niedługo je odwiedzimy?
Czarodziej zamrugał oczami z zaskoczenia.
Cóż, nie mam pełnej pewności, ale myślę, że skoro to wcześniej zaplanowana wycieczka, to pewnie zostało już poinformowane…
Kamień z serca. Song An odetchnął z ulgą.
— Mam nadzieję! Nie chciałbym wpraszać się do żadnej boskiej domeny bez zapowiedzi. Bogowie tego nie lubią.
Skonfundowany tą wypowiedzią Merlin nie zdążył jednak odpowiedzieć, ponieważ jedna z nauczycielek przemówiła tak głośno, że dała radę przebić się przez grupę rozwrzeszczanych z podekscytowania dzieciaków:
— Słuchajcie teraz uważnie, czas na przydział do pokoi!
Song An wyjątkowo nadstawił uszu. Z żalem zdał sobie jednak sprawę, że szanse na jeden domek z Merlinem są raczej marne. Nie uczęszczali do jednej szkoły, więc grono pedagogiczne pewnie nawet nie wiedziało o ich przyjaźni. Cóż za strata! W innym przypadku na pewno świetnie by się razem bawili…
Nauczycielki w pierwszej kolejności podzielili grupę uczniów na szkoły, a następnie na jeszcze mniejsze podgrupy. Wyczytywano nazwiska po cztery, w ten sposób przydzielając wywoływane osoby do jednego domku. Nie szło to jednak tak sprawnie, jak wcześniej zakładano. Wciąż pojawiał się sprzeciw ze strony uczestników wycieczki, którzy chcieliby spędzić wyjazd ze swoimi przyjaciółmi. Na ich szczęście nauczyciele najczęściej byli przychylni wobec zmian i wkrótce wśród wcześniej z góry narzuconych grup pojawiły się roszady.
Song An, nie myśląc zbyt wiele, również postanowił skorzystać z przywileju wyboru tymczasowych współlokatorów. Wkrótce nadarzyła się do tego idealna okazja.
— Domek numer 7… Merlin, Hawthorn, John i… Kevin. Czy Kevina jeszcze nie ma? — Nauczycielka rozejrzała się wśród uczniów. Kevina oczywiście nie było. Wtedy też Song An nie tracąc ani sekundy, wystąpił przed tłum.
— Czy mogę być w tym pokoju zamiast niego? — poprosił najgrzeczniej, jak potrafił.
Kobieta tylko spojrzała na niego i wzięła głęboki oddech, aby chwilę później powoli wypuścić z płuc powietrze.
— W porządku. Tylko błagam, bez żadnych wygłupów.
Wygłupów? Song An był ostatnią osobą, która miała wygłupy w głowie. Gorliwie jednak podziękował za możliwość zmiany współlokatorów, odebrał klucz do domku numer 7, a następnie z szerokim uśmiechem na ustach dołączył do Merlina, który już stał z pozostałymi wyczytanymi uczniami. Wspólnie zabrali swoje bagaże i udali się pod wyznaczoną chatkę. Boski sługa nie mógł się doczekać, aby poznać jej wnętrze i wszystkie skrywane sekrety!
Klucz niebezpiecznie zatrzeszczał w zardzewiałym zamku, ale po krótkim siłowaniu wpuścił grupkę młodzieńców do środka domku. Ich oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie — coś na kształt kuchni: pod ścianą stały dwie szafki, a obok okna drewniany stolik i składane krzesła. Oprócz tego znajdowały się tam schody na piętro, tajemnicze drzwi i naprawdę mała lodówka wciśnięta w kąt pokoju.
Song An zrzucił plecak na ziemię i od razu zajrzał do drugiego pokoju. Za nim z równą ciekawością podążyli pozostali. A tam — łazienka. Mikroskopijna. Nawet mniejsza od tej znajdującej się w mieszkaniu boskiego sługi. Muszla stała zaraz obok zasłony prysznicowej. Nie było żadnej szafki, nawet wieszaka. Mimo tego, Song An był zachwycony. Cóż za wspaniałe zaaranżowanie tak ograniczonej przestrzeni!
Skoro w toalecie nie było już niczego więcej do oglądania, chłopcy przenieśli się na piętro. Dostali się na nie po krótkiej wspinaczce po trzeszczących i stromych schodach. Razem wylądowali na niskim poddaszu. Tam cztery łóżka wciśnięto pod stromy sufit, a obok każdego z nich postawiono po niewielkiej szafce nocnej.
Song An wchodząc na piętro, wyczuł mocny zapach stęchlizny. Sypialnia chyba dawno nie była wietrzona, a leżące na materacach pościele prane. Pomieszczenie ogarniała duchota podobna do tej, która męczyła ich przez całą drogę autobusem.
Boski sługa jednak nie narzekał i się nie martwił. Wręcz przeciwnie, cieszył się na wizję spędzenia tutaj kilku dni ze swoimi przyjaciółmi. Po krótkiej rozmowie, podczas której podzielili się łóżkami, chłopcy zeszli na dół po wszystkie swoje rzeczy. Przed planowaną kolacją postanowili się rozpakować.
Cóż, do tak małej szafeczki nie zmieściło się raczej wiele rzeczy. Song An przynajmniej radował się z faktu posiadania lodówki. Mógł bez większych zmartwień przechować w niej swojego łososia. Wyjął rybę z plecaka i z żalem zauważył, że nie wygląda ona jednak zbyt dobrze. Równie dobrze nie pachniała.
John, gdy tylko zszedł po schodkach z sypialni i znalazł się w ciasnej kuchni, znowu zrobił się zielony na twarzy. Zatkał usta dłonią i bez słowa wyszedł na zewnątrz, zatrzaskując za sobą drzwi. Merlin po cichym westchnieniu skonfrontował Song Ana z rzeczywistością:
— Wygląda na to, że droga w taką pogodę nie zadziałała na jego korzyść…
Boski sługa z żalem pokiwał głową.
— Chyba będę musiał go wyrzucić. A miałem taką na niego ochotę.
Ostatni raz spojrzał na łososia. Cóż za strata!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz