Miasto to było małe, ściśnięte, dymem lokomotywy spowite. Domek przy domku, cywil przy cywilu, lufy karabinu między nich nie wepchniesz, nie przepchniesz się przez ciżbę zbitą, tramwaj cudem dosięgniesz. Miasto, wedle swej najlepszej definicji, zatłoczone, bezładnie barwne, biorące wdech pełen krzyków i wypuszczające wydech przez osmolone kominy tych dwóch zakładów, w których co drugi mąż pracuje. Spoczywające w dolinie niczym rdza ceglanych dachówek pokrywająca równą powierzchnię doliny, rdza, która wyszarpała swój skrawek na ziemi i buńczucznie trwać tam będzie.
A nad tym miastem, gdzie równo zaorane pola granicę swą mają, gdzie drzewa żywą barierę z grubych konarów składają, gdzie wilk węszy kozicę, a kozica na pięknie zielone hale ucieka, tam zaczynało się pustkowie, podróżnikom ziemia nieprzychylna i magią nieznaną spowita. Tam stróżowała mgła, gęstsza od smoły, bielsza od mleka, wedle rozkazu szczytów wiekowych, na wieki przykrytych grubym płaszczem śnieżnym, nie przepuszczała łatwo śmiałków do skał ostrych, gubiła ich i myliła, by spokoju władców górskiego pasma nie burzyli. Cóż jednak problem taki znaczy dla czarownika i jego bestii, gargantuicznej oraz mechanicznej, bestii będącej zamkiem i czującej się doskonale w mglistych oparach, mijającej obojętnie to miasto, bo w mieście – ponoć – nie miała kogo szukać.