07 września 2025

Od Bernarda – Niech żyje...

Bernard dzisiaj umrze. Wiedział to, od kiedy się obudził.
Nie był to pierwszy raz, kiedy miał umrzeć. To samo miało miejsce tydzień temu. Dwa tygodnie temu.
Zacisnął palce na szyi gitary. Para żołnierzy, bliźniaki o podwójnie rozmazanym dezorientacją spojrzeniu, stanęło w drzwiach, barykadując wyjście. Zostali zamknięci. Brak ucieczki.
Rzucił spojrzenie na Artura, poprawiającego mankiety od żakietu. Złote ornamenty błysnęły w półmroku zaplecza sceny. Było duszno.
Bernard nie był w stanie określić, który raz to robili. Czy w ogóle robili to któryś raz? Jego głowa wydawała się pełna waty. Kwitek ciążył w kieszeni, jakby był czymś innym, niż świstek papieru sygnalizującym rozpoczęcie pracy. Wszystko to wydawało się jakąś czyśćcową karą za grzechy.
– Czekają – mruknął ktoś z obsługi, po raz kolejny sprawdzając ich mikrofony i nagłośnienie. Wszyscy pracownicy areny mieli na sobie uniformy Ministerstwa Rewitalizacji. Czy to nie było podejrzane? Czy nie powinni mieć zwykłych koszulek z logiem areny, na której występują? Czemu byli z Ministerstwa?
Czekają. Kto czeka? Tłumy słuchaczy, którzy nie zdają sobie sprawy z tragedii, którą zaraz zobaczą? Czy Wielki Dyktator z córką, na atłasowych tronach, z barykadą ochrony wokół, nietykalni?
Ruh spojrzało się na Bernarda niepewnym wzrokiem. Musiało zauważyć derealizację w jego oczach, bo szturchnęło go ramieniem, stukając pałeczkami do perkusji o pobliską ścianę.
– Jak myślisz, co będzie nagrodą w dzisiejszym Quizzo? Znowu ktoś dostanie auto z kozą?
Bernard zacisnął szczękę. Czy nikt z zespołu nie czuł tego samego, co on? Tego obrzydliwego, pełznącego pod skórą poczucia, że już robili to wcześniej? Że zostali zapędzeni w błędne koło? Czy tylko on czuł to wieczne deja vu, które stawiało mu włosy na karku?
Mrugnął kilka razy, próbując odpędzić spod powiek obraz krwi między palcami. Ściąganego siłą ze sceny Sanjiego i Ruh. Uciekającej w panice Jingyi. Artura, który spokojnym krokiem schodził ze sceny, eskortowany przez żołnierzy, z kieliszkiem wina w ręce.
Urzędnik, z przylizanymi do głowy włosami i różą wpiętą w butonierkę – wypełniającą zaplecze zatęchłym, ciężkim zapachem sztucznie wyperfumowanego, plastikowego kwiatu – klasnął. Cała trupa zwróciła na niego wzrok.
– Ofiara pszenicy została złożona. Panna Marianne już jest wprowadzana na scenę – odznaczył co kolejne punkty z listy, wirując długopisem w powietrzu. Bernard miał wrażenie, że nie może wziąć oddechu. Trudno powiedzieć, czy to przez smród różanego specyfiku, czy przez to, co miało zaraz nadejść. Wydawało mu się, że zaraz zwymiotuje, ale jego żołądek był całkowicie pusty. Urzędnik wyprostował się, lustrując wszystkich muzyków po kolei – Wszyscy posiadacie kwitki.
Chyba miało być to pytaniem, ale zabrzmiało bardziej, jak zdanie twierdzące. W końcu, jak niby mieliby nie mieć kwitków? Byli eskortowani w jednej prostej linii, od celi do kulis, ogrodzeni ze wszystkich stron uzbrojonymi po zęby żołnierzami. Nie pozwolili im nawet wejść do toalety, żeby się odświeżyć.
Artur zamachał kwitkiem przed nosem Urzędnika, na co ten się skrzywił. Chociaż to Artur był najgrzeczniejszy z całej trupy, Urzędnik ewidentnie nie przepadał za żadnym z muzyków. Wydawałoby się wręcz, że aktywnie gardzi sztuką w każdej jej formie. Bernard zaczął zastanawiać się, czy równie obrzydzone spojrzenia rzuca Marianne. Pewnie nie. W końcu rodzinie Wielkiego Dyktatora należy się szacunek. Poza tym nawet jeśli by tak robił, ona i tak nic by nie zobaczyła. Może jej ślepota była w pewnym sensie szczęściem w nieszczęściu.
Urzędnik ustawił ich w rządku, sprawdzając, czy garnitury odpowiadają wytycznym, czy instrumenty są wypolerowane, czy twarze upudrowane. Bernarda wciąż piekł policzek po tym, jak dostał pięścią w twarz za niesubordynację. Ale to nie on był twarzą Parady. Jego wygląd nie miał znaczenia. Czy to on był tym pyskatym, którego Urzędnik miał trzymać w ryzach, jak to mówiła jego lista kontrolna? Był punktem dopiero po salutowaniu Wielkiego Dyktatora, ale dostał z liścia jeszcze w drodze z MOAT. Widocznie zasłużył sobie na tyle (albo Urzędnik po prostu tak go nienawidził), że nad biurokracją wygrała czysta satysfakcja w formie przemocy.
Artur, pierwszy w rzędzie, zwrócił wzrok na Bernarda, gdy ten westchnął ciężko. Wydawał się niewzruszony sytuacją. Wręcz zdziwiony, czemu Bernard aż tak przeżywa pozornie normalny koncert.
– Czy my. Nie umarliśmy? – wymsknęło się Bernardowi pod nosem, kiedy Urzędnik znów ruszył na scenę, by po raz setny upewnić się, że wszystko jest pod kontrolą. Artur zrobił dziwną minę.
– O czym ty mówisz?
Umarli lata temu. Z jakiegoś powodu zostali wykopani z grobów. Tego Bernard był pewien, czuł to pod skórą, choć nie miał na to żadnych dowodów. Tylko jak? Po co? Dlaczego?
– Ja – jeden z żołnierzy stojących na straży drzwi wyjściowych odchrząknął głośno, stukając metalowym obcasem w podłogę. Ostrzeżenie. Nawet o tym nie myśl. Bernard zacisnął zęby – Nieważne.
– No mam nadzieję, że nieważne. Skup się lepiej na występie, Nasz Wielki Wieczny Dyktator przyciągnął chyba całą ludność Draag na ten koncert. Będzie duży przez duże D.
– Podczas hymnu chylimy głowy – szepnęła drżącym głosem Jingyi.
Bernard zignorował basistkę. Od pobudki wydawała się w całkowicie innym świecie. Bernard miał na początku nadzieję, że będzie mógł porozmawiać z nią o tym całym poczuciu deja vu, ale Jingyi tylko wyłupiła oczy i zasłoniła usta dłońmi, panicznie kręcąc głową. Cokolwiek odczuwała, za nic nie chciała się o tym z nikim podzielić. Szkoda, bo może razem doszliby do sedna sprawy.
Zza kurtyny wypłynął szum wiwatów, stukot obcasów i laski odbił się echem po parkiecie sceny. Marianne wkroczyła na podium. Przedstawienie miało się zaraz zacząć.
Bernard zacisnął palce na ramieniu Artura, próbując zwrócić jego uwagę, chociaż wokalista zdążył odwrócić się do niego tyłem, gotowy do wkroczenia na scenę.
– Artur – wysyczał przez zaciśnięte zęby, bacznie obserwując żołnierzy przy drzwiach, i pracowników areny wciąż krzątających się wokół ich instrumentów – nie czytaj dzisiaj reklamy.
Wokalista zmarszczył brwi. Nie pamiętał albo udawał, że nie pamięta. Bernardowi mignął przed oczami obraz kieliszka pełnego wina o kolorze krwi. Nie mógł nie pamiętać. Coś ukrywał.
– Jakiej reklamy? O czym ty mówisz?
– Przed ósmą piosenką Urzędnik wręczy ci kopertę – Bernard mocniej zacisnął palce na materiale garnituru, czując, jakby zaraz miał dostać skurczu – W środku będzie reklama, którą chcą, żebyś przeczytał. Nie czytaj jej. Nie pozwól im. To nasza najsmutniejsza i najbardziej emocjonalna piosenka. Nie pozwól im jej spłycić do powierzchownej reklamy. Błagam. Ja–
Zanim jednak zdążył skończyć zdanie, po arenie przetoczył się głośny akord. Trąbki i werbel zadrżały, wprowadzając tłum w ekstazę. Tysiące głosów rozbrzmiały, intonując hymn w jednogłosie, ogłuszający nawet za grubą kurtyną kulis. Czas na przedstawienie.
Po skasowaniu kwitku i przekazaniu go Urzędnikowi, Bernard zajął miejsce na scenie. Gitara ciążyła mu na ramieniu, jakby zaraz miała złamać jego kolana i powalić go na ziemię. Godzina, może półtorej, i znów poczuje chłód ostrza pod gardłem i lepką krew na szyi.
Sanji posłał mu miękki uśmiech, jakby nie wiedział, że pod koniec wieczoru zostanie ściągnięty ze sceny, nieprzytomny, z workiem na głowie, zaprowadzony cholera wie gdzie. Jingyi nastroiła bas, chociaż drżały jej palce, jakby dobrze wiedziała, że chociaż będzie próbowała uciec, żołnierze i tak ją złapią. Ruh zawirowało pałeczkami, choć jeszcze tego samego dnia będzie obezwładnione, z rękami związanymi za plecami. Artur zasalutował, ukłonił się w stronę oświetlonego, odgrodzonego podium, na którym siedział Wielki Dyktator. Uśmiechnął się szeroko do tłumów, zażartował o pięknej pogodzie nad jeziorem Gubrik. Bernard zacisnął szczękę. Żadne z nich nie zobaczy już na oczy jeziora. Żadne z nich nie zobaczy na oczy świata poza budynkami MOAT. Ale zanim tam wrócą, muszą najpierw umrzeć.

Bernard dzisiaj umrze. Wiedział to, od kiedy się obudził.
Więc zamiast rozpaczania nad tym, co nieuniknione, złapał w rękę kostkę i przeciągnął nią po strunach gitary. Może za tydzień dojdzie do sedna sprawy. Może i nie, i do końca tego zasranego świata będzie grał w kółko te same piętnaście utworów, by w akordach ostatniego zostać zamordowanym na oczach publiczności.
Może i umrze jeszcze dzisiaj. Ale przez następne kilka godzin będzie mógł robić to, co kocha najbardziej.
this is not a threat.
















you will not think of it as such.
please save us. please save me. mother doesn't love me anymore. why do i feel like i've done this before? why does it feel this way? i don't want to feel this way forever.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz