08 września 2025

Od Cheoryeona – Droga na koniec tęczy wiedzie przez chmury i deszcz (II)

Stał przed wejściem do dość dużego, wielopiętrowego budynku, mierząc go wzrokiem z góry na dół, z dołu do góry. Krótko po tym przeniósł spojrzenie na widniejący nad oszklonymi drzwiami napis, chwilę mu się przyglądał. Trafił dobrze.
Star Lake Entertainment.
Właśnie tutaj przybył.
Dokładnie przemyślał całą tę sprawę. Odbył rozmowę z Suyeon, Raounem, nawet Pramatką. Wszyscy powiedzieli niemal to samo – że powinien spróbować. Miał już potrzebne w tej branży doświadczenie oraz umiejętności, nie porzucił ich, co sprawiło, że w końcu został wyłapany przez wytwórnię. Nie byle jaką, ponieważ stanowisko dyrektora oddziału w Stellaire zajmował właśnie były menedżer BenJohna, Tommy Han. I to właśnie on go rozpoznał.
Wiedział, że jakby się uparł, to do niczego by nie doszło. Gdyby postanowił, że nie będzie debiutował, to tak się nie stanie. Tylko czy po podjęciu takiej decyzji będzie szczęśliwy? W końcu wróci do porządku dziennego, dalej będzie pracował jako grafik, wieczorami otwierał Pokój Jasnowidza, a wolnymi popołudniami w masce i okularach grał dla przechodniów. Myśli jednak nie przegoni. Pozostaną z nim jak gorzki posmak po źle przygotowanej potrawie. Przeżyje, ale zarówno ciało, jak i dusza będą mu przypominać, że gdyby podążył za innym przepisem, uzyskałby coś...
Lepszego.
Spuścił wzrok na trzymaną w ręku komórkę, na ekranie akurat wyświetlała się strona Star Lake. Potem znów spojrzał w stronę wejścia do budynku.
Niemal tak samo było wtedy.
— Dobra, wchodzimy, nie?
Praktycznie słyszał głos Adama.
Jako Benjamin Johnson miał podobną sytuację. Stał przed One Step, otoczony grupką przyjaciół. Wszyscy pojechali z nim, żeby mu towarzyszyć, wspierać w tym nie tyle trudnym, co poważnym wyborze. Daniel cykał fotki, Edward liczył piętra, nie wierząc własnym oczom, Raimund przyglądał się wchodzącym i wychodzącym osobom, dopatrując się celebrytów.
Zmarszczył nieco brwi, wykonał głębszy wdech.
— Myślę, że budynek sam do nas się nie zbliży.
Zamrugał parę razy, następnie spojrzał w bok.
Przy nim stała Suyeon.
Widząc jej twarz, uśmiechnął się lekko, pokiwał głową.
— Racja, musimy sami wykonać krok.
Oboje ruszyli do wejścia.
W środku powitały ich białe ściany i szara, wypolerowana na błysk podłoga. Wielkie do sufitu okna wpuszczały mnóstwo światła, idealnie oświetlając wiszące plakaty, bannery i zdjęcia. Wszystkie przedstawiały należących do Star Lake idoli, z definitywną dominacją yeongsańskich zespołów. Ładne, umalowane twarze spoglądały na obserwatorów, uśmiechnięte, zapraszające. Każda grupa była podpisana, więc od razu można było sprawdzić, kim byli, aczkolwiek Cheoryeon bez tego zdołał przynajmniej część rozpoznać.
Szybko odnaleźli recepcję, przy której uprzejmie powitała ich pracownica. Gdy Złotoskrzydły podał powód przyjścia, kobieta uniosła nieco wyżej powieki, przyjrzała się dokładniej jego twarzy.
— Ach, to musi być pan! — Uśmiechnęła się szeroko. — Han PD już rozpowiedział, że ściąga popularnego ulicznego muzyka. Gaduła z niego — parsknęła krótkim śmiechem.
Miała rację. Tommy'emu trudno było nie dzielić się dobrymi nowinami, zwłaszcza tymi dotyczącymi bliskich. Pewnie też musiał się jeszcze bardziej ucieszyć, gdy jego dawny, nieżyjący przyjaciel po, em, niefortunnym, zobaczeniu po latach pierwszy się skontaktował i poprosił o prawilne spotkanie.
— Czyli już nie jestem incognito? — zażartował lekko chłopak.
Zamienił jeszcze kilka podstawowych zdań z pracownicą, która powiadomiła telefonicznie Tommy'ego o jego przyjściu, a następnie został zaprowadzony pod samo biuro dyrektora. Suyeon została na dole, postanowiła zaczekać w pobliskiej kawiarni – obiecała, że będzie mocno trzymać kciuki (mimo że technicznie nie musiała).
Wskazawszy odpowiednie drzwi, kobieta wróciła na dół. Cheoryeon został sam. Nikogo innego nie było na korytarzu; tylko on i wejście, za którym czekał na niego Tommy. Wykonał głęboki wdech.
Okej, da radę. Już raz przez coś takiego przechodził. Z jakieś trzydzieści lat temu. Wtedy to spotykał się z obcym sobie dyrektorem One Step, a teraz to z dobrze mu znanym Tommym. Fakt, nie widzieli się ponad dwie dekady, ale...!
Uch, czemu to musiało być dla niego takie trudne? Niech ten jego złotoskrzydły umysł się opanuje, tu nie chodziło o sprawę wagi światowej! To wcale nie tak, że kochał muzykę całym swoim sercem, do tego stopnia, że nie potrafił jej porzucić, również kochał występować, widzieć fanów, którym podoba się jego twórczość, których jego utwory wspierają w nierzadko trudnych sytuacjach, w zasadzie to nic takiego, zero stresu...
Krzyknął krótko, kiedy drzwi przed nim nagle się otworzyły z niemałym rozpędem. Odskoczył do tyłu, widząc przed sobą znajomą twarz.
— Nie mogę już na ciebie tyle czekać! — skarcił go Tommy. — Ty wiesz, że nie mogłem dzisiaj zasnąć, taki byłem podekscytowany!
— No, ja też w sumie nie spałem całą noc, ale to akurat ze względu na moją obecną biologię, chociaż myślę, że jakbym nadal normalnie spał, to pewnie też miałbym dzisiaj, wczoraj, nie, em, dzisiaj z tym problem i mógłbym powiedzieć, że oboje w takim razie się nie wyspaliśmy...
— Nie paplaj, tylko chodź! — Złapał go za nadgarstek, pociągnął za sobą do środka biura. — Widzę, że pod tym względem nic się nie zmieniłeś.
Nim Cheoryeon jakkolwiek zdołał zareagować, siedział w fotelu.
Zegar naścienny cicho tykał, przez duże okna wpadało do środka światło słoneczne. Złotoskrzydły mierzył wzrokiem całe pomieszczenie, przyglądając się praktycznie wszystkim detalom. Obejrzał pobieżnie certyfikaty, zerknął na jakiś obraz abstrakcyjny. Patrzył wszędzie, tylko nie na twarz zajmującego drugi fotel blondyna.
Co tamten, oczywiście, szybko zauważył.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że możemy się znowu spotkać — przerwał panującą między nimi ciszę. — Za pierwszym razem, cóż, zachowałem się trochę zbyt gwałtownie, za co przepraszam.
— Nie, nie przejmuj się — odparł Cheoryeon, wreszcie na niego spojrzał. — Rozumiem, że zobaczyłeś mnie po latach, żywego. To normalna reakcja.
Na te słowa mężczyzna się uśmiechnął, lekko mrużąc czerwone oczy.
— Cheoryeon, tak?
— Em, tak, to znaczy, tak.
Nie potrafił ukryć, że się nieco zdziwił. Odkąd tu przyszedł, Tommy jeszcze ani razu nie nazwał go Benjaminem, BenJohnem, nic z tych rzeczy. W sumie to skąd znał jego obecne imię? Cheoryeon nie pamiętał, żeby mu je podawał, jedynie... Ach, pewnie wtedy, jak przy wymianie formalności w recepcji musiał się podpisać gdzieś. Zrobił to bez większego pomyślunku, ale może po otrzymaniu podpisu pracownica podała nazwisko dalej.
— Tak dawno się nie widzieliśmy, aż nie wiem, od czego zacząć — ciągnął dalej blondyn. — Czuję, że mógłbym z tobą rozmawiać godzinami.
— Ach, tylko ja, no, ja tak bardziej na podstawowe rzeczy przyszedłem — zaczął się nerwowo tłumaczyć różnooki. — Siostra czeka na mnie na dole i nie chciałbym, żeby musiała zbyt długo siedzieć.
— Rozumiem w stu procentach. — Pokiwał głową. — Czyli masz teraz siostrę?
— Tak.
— Aaaaa. No nic, może teraz nie, ale jestem pewien, że uda nam się spotkać ponownie. Mój grafik na to pozwoli.
— To mam nadzieję, że mi również załatwisz taki grafik, żebym mógł się regularnie z tobą widywać.
— No, jasne...!
Zamilkł wtem, spojrzał na Cheoryeona, wyraźnie zdając sobie z czegoś sprawę. Chwilę mu się przyglądał, jak gdyby nie wierzył w to, co przed właśnie usłyszał.
— Czekaj, czy ty...? — wydusił z siebie.
— Chcę zadebiutować — oznajmił chłopak.
Nie musiał czekać, nim Tommy aż podskoczył z ekscytacji. Stanął na równych nogach, czym prędzej podciągnął do góry Złotoskrzydłego, żeby następnie zamknąć go w uścisku. Puścił, przyjrzał się jego twarzy, poprawił palcem fragment brązowej grzywki. Cheoryeon popatrzył na niego, uśmiechnął się ciepło.
Mimo trochę niefortunnego pierwszego spotkania niezwykle się cieszył, że mógł ponownie zobaczyć się z Tommym. Przyznawał obecność utkwionej gdzieś w głębi tęsknoty za pozostawionymi w poprzednich wcieleniach osobami. A już szczególnie tymi z życia BenJohna, wiedząc, że jego bliscy jeszcze chodzili po tym świecie i technicznie miał możliwość spotkania ich. Co prawda, kierował się zasadą, że nie powinien powracać do tego, co zostawił za granicą śmierci, aczkolwiek powrotu Tommy'ego nie traktował jako coś złego.
Ostatecznie spędzili godzinę na rozmowie. Cheoryeon wcześniej napisał do siostry, że jeśli nie chciało jej się czekać, to mogła iść, ale dostał od niej odpowiedź, że cały czas będzie w kawiarni. Z czystszym umysłem mógł opowiedzieć przyjacielowi to i owo, a także skupić się na jego nowym planie związanym z przyszłością.
— Zadebiutujesz raz, dwa — zapewniał go Tommy, w tym momencie siedząc przy swoim biurku i pisząc coś na klawiaturze komputera. — Normalnie musiałbyś odbyć okres trainee trwający średnio rok, półtora, ale z twoim doświadczeniem i umiejętnościami nie tylko szybko się przygotujesz do bycia idolem, lecz też prace nad pierwszym albumem pójdą sprawnie.
— Och, no weź — rzucił trochę niezręcznie zajmujący krzesło po drugiej stronie Cheoryeon. — Nawet, jakbym miał ćwiczyć dwa lata, to bym nie zrezygnował.
— Ale tak będzie, uwierz mi! Nawet prezes Kang będzie chciała jak najszybciej cię zadebiutować!
Słysząc ten komentarz, chłopak poczuł ciepło na policzkach. Tommy zerknął na niego, cicho parsknął.
— Przygotowania pójdą gładko. Świetnie śpiewasz, grasz na gitarze, pianinie, do tego dobrze wyglądasz... — wyliczał na palcach. — Właśnie, umiesz tańczyć?
W tym momencie Cheoryeon zamarł.
— Hm?
— Pewnie szybko się nauczysz. Zawsze nauka z łatwością ci przychodziła.
W odpowiedzi tamten nerwowo się zaśmiał.
Jakiś czas później chłopak pożegnał się z przyjacielem. Wyszedł z biura, zamknął za sobą drzwi. Stanął na środku korytarza, spuścił wzrok na trzymaną w rękach kartkę. Wtem upadł na kolana, wyciągnął ramiona ku górze, szepcząc coś na wzór stłumionego krzyku.
Dlaczego?! Dlaczego? Czemu musiał nauczyć się tańczyć? Nie wystarczyło to, co już umiał? Nawet jeśli nikomu innemu nie mógł wprost powiedzieć, był doświadczonym muzykiem! Choćby teraz ktoś mu kazał występować, wszystko zrobiłby z wysokim profesjonalizmem! To po co mu jeszcze były umiejętności taneczne? Przecież taniec to technicznie był sport, a on z takim się nie lubił! Musiał Tommy pracować dla yeongsańskiej wytwórni, musiał!
Słysząc w tle kroki, pospiesznie wstał, poprawił nogawki spodni. Możliwie jak najbardziej naturalnym krokiem ruszył do windy. Wcisnął guzik, zaczął czekać na rozsunięcie się drzwi. Jeszcze raz zerknął na swoją kartkę.
Nie, nie powinien być smutny. Taniec? Drobnostka! Miał teraz boskie ciało, więc przecież żaden sport nie był już mu straszny. Da radę. Ba, z białookimi predyspozycjami nauczy się w trymiga. Raoun mówił, że jeśli bóg czegoś nie umiał, to znaczy, że umieć tego nie chciał, dlatego wystarczyła zmiana nastawienia. Inni może mieli trudy z wyczerpującymi choreografiami, ale nie on. Będzie dobrze. Zresztą, miał zadebiutować solo, nie w grupie, Tommy powiedział, że w takim wypadku nie będzie dużo układów ani nie będą one wymagające. Da radę. Da radę.
— AAAAAAA, SUYEONA!
Wpadł jak burza do kawiarni, w kilku susach znalazł się przy odpowiednim stoliku. Siostra czym prędzej wstała z krzesła, podniosła wzrok na brata, unosząc brwi.
— Podpisałem umowę! — załkał głośno (choć nie dało się dostrzec prawdziwych łez).
Pokazał jej papier, dziewczyna zerknęła na największy z napisów.
— Zadebiutujesz? — Otworzyła szeroko oczy.
— Tak! — Pokiwał żywiołowo głową.
— Zadebiutujesz!
— Zadebiutuję!
Oboje położyli sobie nawzajem dłonie na barkach, zaczęli skakać niczym rozradowane dzieciaki. Stojąca przy ladzie sprzedawczyni zmierzyła wzrokiem dwójkę, uśmiechnęła się lekko, podobnie jak kilka innych osób obecnych w lokalu. Nikt nie próbował uciszyć dwójki, jedynie w ciszy ich obserwując, jak gdyby w głębi razem z nimi się cieszyli.
Nie chcąc bardziej przeszkadzać reszcie, rodzeństwo wyszło z budynku wytwórni. Całą drogę do domu jednak nie potrafili przestać rozmawiać o nowej przyszłości Złotoskrzydłego.
Przyszłości pełnej kochanej przez niego muzyki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz