Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

03 grudnia 2024

Od Nikandros – Struny

Największym przesądem, błędnym mniemaniem na temat tradycyjnych, historycznych strun instrumentów smyczkowych, jest ich pochodzenie. Novendyjskie słowo catgut błędnie sugeruje, że do stworzenia owych strun używano kotów, a raczej ich wnętrzności. Catgut, ketgut, kitstring. Paradoksalnie, prefiks cat- pochodził od słowa oznaczającego bydło, a nie kota. Co wcale nie znaczyło, że miejskie legendy nie wyszły z wąskiego grona muzyków. Rozprzestrzeniły się, szerząc półprawdy wśród dzieci i dorosłych, przez co coraz więcej ludzi odwracało się od tradycyjnych metod budowania instrumentów. Nie, do ketgutu, wbrew pozorom, nie używano kocich jelit.

– Nic bardziej mylnego – nauczycielka wiolonczeli miała duże, stwardniałe od odcisków dłonie. Mimo swojej siły uderzały w gryf z delikatnością motyla siadającego na kwiatku. Już na pierwszej konsultacji obejrzała ręce Nikandros z niemałym zaciekawieniem, obiecując jej karierę przy większych instrumentach, takich jak fortepian, czy też właśnie wiolonczela. W sam raz, bo Urlikke zostawiła po sobie instrument.
– Nie chcę grać na czymś, do czego trzeba sprawiać ból kotkom.
Wiolonczelistka pokręciła głową.
– Na szczęście nawet te historyczne struny nie były robione z kotów. Najczęściej używało się jelit bydła. A kotlety jesz, tak? – Nikandros przytaknęła, czując, jak rumieniec wpływa na jej dziecięco okrągłe policzki – No widzisz. To sposób na użycie całego ciała krowy, bez pozbywania się niektórych bez powodu. Po co wyrzucać je, skoro można z nich zrobić struny? Poza tym, w tych czasach większość instrumentów jest i tak wyposażona w stalowe struny. Sztuczne. Żadne zwierze nie musiało cierpieć przy ich tworzeniu.
Dopiero po latach Nikandros naprawdę zrozumiała różnice między jelitowymi a stalowymi strunami. Między czymś, co pochodziło w pełni z natury versus bytem stworzonym w pełni przez ludzką rękę.

Oczywiście, każdy instrument może wybrzmieć przy nawet najtańszej i najprościej zbudowanej strunie. Sztuką nie jest wydobycie dźwięku, jest nią znalezienie znaczenia w prostym drganiu powietrza. Ale w jelitowych strunach jest coś nieokreślonego, element nieprzewidywalności natury. Stal jest prosta, statyczna, łatwa do opanowania. Jelita są trudniejsze do okiełznania, bardziej podatne na kaprysy pogody. Ale wyciągnięcie z nich sensownej melodii, wibrata i wielodźwięków, jest zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące.
Fortepian jest całkowicie innym stworzeniem. Prawda, posiada struny, ale gdzie instrumenty smyczkowe można by przyrównać do zwierząt domowych, tak fortepian jest bestią z dżungli. Albo może bardziej pasowałoby do maszyny, zbudowanej ludzką ręką, jak i nią wznieconą do życia. Fortepianu nie okiełzna się w ten sam sposób, co smyczkowce – choć jest zdecydowanie silniejszy, łatwiej ugina się pod człowieczym naciskiem. Chociaż to nie oznacza, że reaguje tak samo, jak chociażby wiolonczela. Nie, wręcz odwrotnie. Przez swoją wielkość i masywność fortepian jest nieco… tępy. Podobnie jak stalowym strunom w wiolonczeli, czy nylonowym w skrzypcach, fortepianowi zawsze będzie czegoś brakowało. Delikatności. Nawet jeżeli wytrawny pianista posiądzie klawiaturę bestii, i tak nie dorówna łagodności skrzypiec, czy głębokim tonom wiolonczeli. Nie bez powodu fortepian zalicza się do instrumentów perkusyjnych. Jest w nim coś zdecydowanie bardziej prymitywnego i prostolinijnego. Nawet jeżeli i on posiada struny. Ale znowu, są to struny metalowe, ludzkie, a nie ketgutowe, jakich używali nasi przodkowie w swoich instrumentach smyczkowych.

Dziecko mrugnęło wielkimi jak spodki oczyma kilka razy, przełknęło ślinę, i dopiero wtedy zamknęło usta, które rozwarło (trudno powiedzieć, czy w oszołomieniu, czy przerażeniu) kilka minut wcześniej. Jedno z grupki podstawówkowiczow, która przyszła z wycieczką zwiedzać muzeum.
– Ja tylko chciałem się Pani zapytać, czy jest tu gdzieś toaleta.
Na twarz Nikandros wdarł się grymas, ale szybko ustatkowała maskę do niezainteresowanej beznamiętności. No tak. Trudno, żeby klasie z podstawówki podobała się wystawa o historycznych instrumentach na tyle, by pytać o detale. No trudno. Co z tego, że dzieciak nie chciał wykładu, i tak go dostał. Może mu coś w tej przydużej głowie zostanie. Może pochwali się kolegom z klasy, ile wie o zróżnicowaniu strun. Nikandros westchnęła, zatrzasnęła książkę.
– Tak – potrząsnęła głowa, złoto zawieszone na porożu zabrzmiało srebrzystością dzwonków. Czuła się trochę jak świąteczne drzewko, upstrzona biżuterią, stojąca w rogu, jedynie do obserwowania, nie konwersacji. Żywa część wystawy. Ale w końcu zbliżało się Yule, więc w sumie pasowała do wystroju – korytarz na lewo po wyjściu z sali.
Dziecko uchyliło głowę, podziękowało kilka razy, i czmychnęło z wystawy. No cóż, nawet najbardziej ciekawe świata dzieciaki mają limity, jeśli chodzi o ilość czasu, przez jaki mogą słuchać trajkotania o jednym temacie w kółko. W końcu nie bez powodu istnieją przerwy między lekcjami.
Inny maluch z grupki złapał uwagę Nikandros. Dziewczynka o bladoszarej skórze, z guzikowymi oczami i burzą nieokiełznanych loków. Wyglądem przypominała trochę okrągłego nietoperza, ze swoimi dużymi, skaczącymi w każdą stronę uszami. Nie mrugnęła ani razu od chwili, kiedy skrzyżowały spojrzenia, do sekundy, kiedy to podeszła pod trzewiki Nikandros i złapała za kant jej spodni.
– Toaleta jest tam – westchnęła Lohengrin. Jednak dziecko nie ruszyło się z miejsca. Puściło materiał spodni, zaczęło machać dłońmi. Dopiero po chwili Nikandros rozpoznała ruchy jako miganie.
…różne struny produkują różne wibracje? – dziewczynka stuknęła w ucho, wskazując palcem na aparat słuchowy. No tak, jeżeli faktycznie miała coś z nietoperza, to mogła mieć słaby słuch – czuję wibracje. Lubię wibracje.
Dłonie Nikandros zadrżały lekko. Ostatnio używała migowego całkiem dawno, trudno powiedzieć, w jak płynną rozmowę mogłaby się wdać z dzieckiem.
Każda struna ma inny… r e z o n a n s – ostatnie słowo przeliterowała, ale dziewczynka wydała się zadowoloną odpowiedzią, nawet jeśli była nieco koślawa – przy każdym wystawionym instrumencie jest plakietka z opisem.
Dziecko kiwnęło głową, jednak nadal nie odeszło. Chwilę rozglądało się po sali, zwróciło wzrok na książkę pod ramieniem Nikandros, którą tam wcisnęła, chcąc skupić się w pełni na miganiu. Okładka miała złoty tekst i grawer opartej o nogę fortepianu wiolonczeli. Błysk ewidentnie zainteresował dziewczynkę. Jeszcze raz zatrzęsła swoimi nietoperzowymi uszami.
– Czy mogłaby mi Pani opowiedzieć o strunach? Widziałam trochę z rozmowy z Feliksem. Umiem czytać z ust.
Dziewczynka wyciągnęła w jej stronę małą, pulchną dłoń. Zanim Lohengrin mogła zastanowić się nad gestem, nietoperka złapała ją za palec i pociągnęła w stronę klawesynu. Nikandros pozwoliła sobie na drobny uśmiech się pod nosem. Może tym razem jej wykład nie pójdzie na marne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz