Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

09 września 2026

Od Muunokhoi – Rozpierdol Ognistego Konia (II)

Muunokhoi zerknęła na adres zapisany na pomiętej kartce, porównała go z tabliczką zawieszoną na ścianie budynku. To tutaj, studio Vox Metalliki, kimkolwiek byli.
Według Muno budynki w dużych miastach dzieliły się na dwa rodzaje – wielkie kloce i coś, co wyglądało nawet miło dla oka. Siedziba pobłogosławionych przez duchy pustką myśli patafianów (bo któż inny wytrzymałby z tym nadętym kozłem z festynu) prezentowała się jako coś pomiędzy tymi dwoma: ciężkie i obszerne, a przy tym przyciągające wzrok nowoczesnymi kształtami i barwnymi plakatami rozwieszonymi po bokach. Muunokhoi przesunęła po nich spojrzeniem, odczytując nazwy jakichś festiwali, konkursów, daty koncertów zespołów o przeróżnym repertuarze i liczebności grupy, były również ogłoszenia o świeżo wydanych albumach pojedynczych muzyków. Musiała solidnie się naszukać, by pośród plakatów, bliżej wejścia do studia, znaleźć w końcu coś o występach zespołu, do którego ponoć budynek należał.
Miejsce wyróżniało się, ale nie krzyczało, pobudzało ciekawość, nie łowiąc nikogo na siłę. Jakby wiedziało, że ci, których poszukiwało, sami znajdą drogę.
Muunokhoi skrzywiła się, mierząc wzrokiem szklane drzwi niczym paszczę bestii. Na festynie, po odejściu głupiego kozła zgniotła kartkę z adresem i wepchnęła do kieszeni w celu wyrzucenia jej potem. Za kogo się on uważał, skoro myślał, że wpierw może ją zwyzywać, a następnie gdziekolwiek zaprosić? Duchy władające Krainą Nieba potrafiły być mniej butne, to zaś mówiło wystarczająco o kulawym ośle biegnącym przed siebie z dumą ogiera. Pierwsza Szamanka Wielkich Równin miała swój honor, swoją godność i nie zamierzała grzecznie przybiegać na wezwanie pozbawionego ogłady barana.
A jednak stała tu, przed bramą jego zagrody, gdyż poza honorem i godnością Muno miała także swój upór i swoją zaciętość, które od momentu tamtego spotkania na festynie nie potrafiły odnaleźć spokoju. Wierciły się w jej myślach niczym psy pasterskie zaganiające jej świadomość w konkretnym kierunku, z powrotem ku wyszczerzonemu zaczepnie mężczyźnie i jego słowom palącym na wzór ognistych strzał, co celnie trafiły w słomiany dach jej kompleksów i rozprzestrzeniły pożogę. W czasie jednej rozmowy spłonęła cała strzecha pewności, poszły z dymem obronne mury, zbudowane przeciwko przypadkowym obelgom, a nie prawdzie. Muunokhoi sama wiedziała doskonale, jak płytka jest jej gra, jak pozbawiona serca jest melodia morin khuur, który świętował z jej przodkami najważniejsze bitwy i płakał na ich pogrzebach. Ale obnażyć serce w muzyce znaczyło pozwolić słuchaczom ujrzeć pod zbroją niezłomnej szamanki wątpliwości, ból, obawę. To znaczyło stanąć przed innymi i przyznać się bez strachu do kształtu swej duszy oraz serca.
Duchy jej świadkami, że przez lata grania na morin khuur starała się nauczyć czytać z nut swego serca. Doskonaliła każdy element swej muzyki, lecz jak sam baran zauważył, zmuszać instrument do wydawania dźwięków, a tworzyć melodię płynącą przez struny z głębi duszy było czymś zupełnie innym. Nauka, która zapewniła jej przetrwanie w rodzinie pełnej wrogów i w świecie duchów – nie okazuj słabości – wchodziła w drogę otwartości oczekiwanej przez muzykę, tę prawdziwą i głęboką. Dłoń przyrosła do uchwytu najtwardszej z tarczy i odłożenie jej choćby na kilka minut nie było trywialnym zadaniem. Jednak zdolności do wypełniania takowych oczekiwano po Dziecku Nieba, dlatego też Muunokhoi rozwinęła wepchniętą do kieszeni kartkę, wzięła swój instrument i poszła dokładnie tam, gdzie czekało na nią wyzwanie. Do jego wypełnienia podeszła tak, jak do wielu poprzednich niemożliwości, zapierając się nogami i nie odpuszczając, póki granica nieosiągalnego się nie przesunęła. Jeśli baran pragnął poznać jej muzykę, niech i tak będzie. Pozna ją, aż się nią wypcha.
Dłoń zacisnęła się bojowo na pasku od futerału. Bez dalszego wahania gutale ciężkim, bojowym krokiem przekroczyły próg studia.


— Mówiłem, że przyjdzie.
Ciepły głos z lekką chrypą, miły do słuchania niczym trzeszczące wieczorem ognisko, spiął barki Muunokhoi już od progu. Ten sam głos, ta sama buta i arogancja, płonące jak bojowe ognie, mogły należeć do jednego tylko mężczyzny, lecz ten, którego ujrzała na kanapie studia, nie patrzył zielonymi oczami ani nie miał gładkich konturów twarzy. Oranż spojrzenia bardziej pasował do żarliwego tonu, a pozostawiona sama sobie uroda dodawała mu jakieś nieujarzmionej nuty. Delikwent wstał sprężyście, uśmiechnął się jak głupi, raźnie skierował w jej stronę.
W pomieszczeniu siedziała jeszcze czwórka mężczyzn, każdy kolejny bardziej niepasujący do poprzedniego. Wszyscy spojrzeli na nią, ale żaden się nie podniósł, pozwalając swojemu koledze zająć się sprawą. Muunokhoi skupiony na nim wzrok – inny od tego, który widział na festynie, bardziej zdecydowany, uważny jak u drapieżnika wybierającego swojego przeciwnika w walce o teren. Baran przewodził tej grupie, co do tego nie miała wątpliwości, a zwyciężenie nad głową węża było zawsze łatwiejsze od mozolnej potyczki z pojedynczymi segmentami jego cielska. To nie wielkie mięśnie grały tu rolę ani bystre spojrzenie najmniejszego członka towarzystwa, tylko wyzwanie wyznaczało cokolwiek, co kryło się we wnętrzu tego wręcz niepozornego głupca. Jeśli miała komuś coś udowodnić, musiała to udowodnić jemu.
Jak na nadętego kozła przystało, mężczyzna ani na moment nie zwolnił, podchodząc do niej jak do starej koleżanki spotkanej w najlepszych okolicznościach. Wyciągnął rękę, otworzył usta i jego błędem było patrzenie jej w oczy, a nie na nią całą, spiętą i gotową do wyrzucenia jednego szybkiego ciosu. Zwinięta w mniej niż mgnienie pięść wybiła całe powietrze z mężczyzny, trafiając go w sam środek brzucha. Muno poczuła wyrobione mięśnie, którym zabrakło chwili na zespolenie się w lepszą zasłonę przed jej atakiem. Mimo to, choć cios zabolał, nie sprowadził kozła błyskawicznie na ziemię. Zakaszlał, zgiął się w pół, ale ewidentnie ktoś nauczył go przyjmować już gorsze uderzenia. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę łatwość, z jaką kłapał gębą.
— A to za co? — jęknął, niewyraźne pytanie zatonęło w parsknięciach jego zespołu. Wyglądali na mniej zaskoczonych obrotem wypadków niż sam baran.
Muunokhoi patrzyła niewzruszenie na niego dłuższą chwilę, próbując ustalić, czy żarty i obelgi dalej mu były w głowie, czy naprawdę urodził się takim głupcem, na jakiego wyglądał.
— Za zachowywanie się jak skończony idiota na festynie — odparła zupełnie poważnie, gdy nie otrzymała niczego więcej poza charknięciami i przekleństwami. — Po prostu tam nie wypadało mi cię uderzyć.
Mężczyzna o czterech parach rąk wybuchł gromkim śmiechem.
— Cały Ignis!
— Nigdy nie wie, kiedy się przymknąć — mruknął blondyn siedzący kawałek dalej.
— Co ci takiego powiedział? — zainteresował się drobny jegomość.
— Że nie umiem grać na moim instrumencie i jest zdegustowany moją muzyką. — Muunokhoi rzuciła stalowe spojrzenie wciąż przełykającemu jej cios baranowi. — Tylko w bardziej bezczelny sposób to ujął.
— Chciałem dobrze — wydusił, nawet w zgięciu, z bolącym brzuchem będąc skorym do beczenia.
— Wspaniałomyślne z twojej strony. Teraz możesz mi wytłumaczyć, dlaczego twoja twarz wygląda gorzej niż na festynie, zanim ja zechcę uczynić coś dobrego dla świata i uderzę cię ponownie.
Zaśmiał się, chyba tego pożałował, patrząc po jego skrzywionej minie. Wziął jeszcze kilka głębokich wdechów i wyprostował się, dzięki czemu Muno mogła stanąć twarzą w twarz z tym, kto z łatwością sięgnął wnętrza jej muzycznej twórczości i odnalazł pustkę. Szamanka wciąż nie potrafiła stwierdzić, czy bardziej paliła ją sama jego obecność, czy jego trafne słowa.
— Trochę ludzi wie, że lubię grać na gitarze i chcą ode mnie rzeczy przez to, więc chodzę z iluzją na twarzy, żeby wtopić się w tłum — przyznał, wyciągnął ponownie rękę, równie chętnie i otwarcie, co poprzednio. Muunokhoi zerknęła nieufanie na przyjazny gest, jakby jego naturalna życzliwość miałaby ją zaraz ukąsić. Przecież przed chwilą go uderzyła. — Nazywam się Ignis, tak poza tym, a ty?
— Teneg yamaa pasowałoby do ciebie lepiej — mruknęła, podając mu w końcu własną dłoń z dziwnym ociąganiem. — Muunokhoi.
— Tam masz Raama, Arietha, Seymoura i Ioannisa — obrócił się do mężczyzn siedzących na kanapach i każdy wywołany podniósł kolejno rękę — a jak przyjdzie taki łysy zrzęda, to Norbert.
Muno przyjrzała się raz jeszcze grupie pozbawionej na pierwszy rzut oka jakiegokolwiek wspólnego ogniwa, zerknęła przez grubą szybę odgradzającą miękkie kanapy od rozgardiaszu kabli i instrumentów, przeleciała wzrokiem blaty, lodówkę, regały z płytami, wszystko takie chaotyczne i żywe, dające poczucie, że stoi się w czyimś domu, a nie w studiu muzycznym. Próbowała wyobrazić sobie, jak grają oni razem, jak utrzymują tę dziwną harmonię, ale obraz za nic nie pojawiał się w jej głowie. Zbyt wiele osób, zbyt wiele słabych punktów do wykorzystania.
— I co wy właściwie wszyscy robicie? — zapytała, w jakieś lichej nadziei, że odpowiedź pomoże jej stworzyć choćby ramę wizji.
— Napierdalamy w gary. — Wyszczerzył się Raam.
— Albo w gitarę — dodał Seymour.
— Tworzymy — odpowiedział spokojnie Arieth.
— Uzewnętrzniamy się. — Ioannis uśmiechnął się łagodnie.
— Norbert tylko nie gra — wspomniał Ignis. — On dba o to, żebyśmy za bardzo nie odpierdalali.
Muunokhoi uniosła wymownie brew.
— Najwidoczniej słabo mu to wychodzi.
Parsknęli śmiechem, różnym na pięć sposobów, a jednak wspólnym i Muunokhoi starała się nie dać po sobie poznać, jak dziwny był to dla niej dźwięk.
— Robi, co może, ale nie dostał łatwego materiału do pracy — odpowiedział Ignis, a zaraz jego oczy błysnęły, zapaliły się wręcz niczym dwa ogniki. — Chcesz zobaczyć moją gitarę?
To była ta chwila, moment, gdy chciał pokazać, kto tu jest silniejszy, lepszy. Muno zgromiła go spojrzeniem mogącym należeć do samej Khatun.
— Nie — rzekła twardo, słowo z ponurym echem przetoczyło się przez studio. — Życzyłeś sobie, żebym nauczyła cię grać, więc właśnie to będziemy robić.
Sekunda szczerego rozczarowania na twarzy Ignisa przeobraziła się na jej oczach w podekscytowany żar, jak tylko „grać” padło z jej ust.
— A już się bałem, że nigdy tego nie zaproponujesz.
Pognał do jakichś drzwi, zniknął za nimi na krótką chwilę, by powrócić z ciemnym futerałem w ręku. Otworzył go zamaszyście, wydobył z wnętrza morin khuur wykonany z pięknego, jasnego drewna. Smukły gryf zwieńczono rzeźbioną głową konia o płonącej grzywie, struny oraz pudło lśniły nowością. Muno zawahała się, mrugnęła, zbita z tropu, jak lekką ręką mężczyzna ten nabył zupełnie mu obcy przedmiot, optymistycznie zakładając, że spotka się z szamanką i własny instrument okaże się przydatny. Zgniotła jednak warstwę zaskoczenia, którym zdążyła obrosnąć. Czyn ten nie oznaczał jeszcze nic poza pochopnością. Muunokhoi zajęła się wyciągnięciem na wierzch własnego instrumentu, przysiadła obok Ignisa na kanapie.
Do całej rzeczy podchodził on z radością dziecka, a zarazem uwagą dorosłego. Zaczęła wykładać mu morin khuur tak, jak robił to każdy mistrz z Równin, malując wpierw obraz historii instrumentu, jego korzenie i całą związaną z nim kulturę, Ignis zaś słuchał z powagą, nie ponaglając i nie marudząc. Poznany przez nią na festynie tupet schował się momentalnie, gdy sprawy zaczęły dotyczyć muzyki i jej znaczenia. Pytał ochoczo, pytał wiele, pytał bez strachu o zostanie nazwanym głupim. Muunokhoi czekała na jego riposty, na kolejne zarzewie kłótni, układając w głowie odpowiedzi, których nie miała przy ich pierwszym spotkaniu, ale nie było w mężczyźnie niczego… zawistnego. Chłonął to, z czym do niego przyszła i prosił o dokładkę.
Westchnęła w duchu z frustracją. Czego on właściwie chciał?
Odpowiedź była tuż przed nią, lecz wydawała jej się zbyt prosta, zbyt łatwa, a jeśli życie ją czegoś nauczyło, to tego, że łatwe nie było jej nigdy pisane. Dlatego, gdy Ignis jej słuchał, ona dalej zastanawiała się, jak zawalczyć z kimś, kto bodajże nawet nie kroczył z nią po tej samej, ubitej ziemi.
Przeszli do gry.
Pokazała mu, jak najlepiej trzymać instrument, by dało się wygodnie manewrować smyczkiem, wytłumaczyła chwyty, ułożenie dłoni. Ignis nie gubił się w nadmiarze wiedzy. Czasami ludzie kiwali głowami, ale ich oczy zdradzały niepewność, gdyż łatwiej było iść w zaparte, niż przyznać, że straciło się wątek dziesięć zdań temu. Szukała w nim tego momentu, wypatrywała go chciwie, by móc przypomnieć mu jego własne słowa z festynu, o łatwości w osiągnięciu wprawy w muzyce jej ludu, tylko że on nie dał jej nic poza swoim zaangażowaniem.
Podstawowe nuty zakłusowały między nimi, gotowe zerwać się do galopu, jeśli tylko dłoń poprowadzi je ku właściwej melodii. Muno zagrała kilka dźwięków, Ignis zaś powtarzał po niej, oswajając się z brzmieniem, naporem smyczka i ułożeniem dźwięków. Ona sama grała wystarczająco długo, by nie musieć patrzeć na własne dłonie, skupiła zatem wzrok na nim i lekkości, z jaką poznawał instrument, wrażliwości zawartej w sumiennym odtwarzaniu nut po niej, traktując morin khuur dokładnie w opisany przez nią sposób – jak wolnego ducha konia. Czesał jego grzywę smyczkiem i uśmiechał się, gdy instrument radośnie prychał.
Muunokhoi zdjęła smyczek ze strun, by móc coś powiedzieć, lecz tym razem Ignis nie poszedł w jej ślady.
Zaczął grać, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, jedyna właściwa i naturalna. Bez zawahania, przemyślenia, splótł poznane nuty w coś nowego, własnego, na poczekaniu tworząc kulawą w błędy początkującego harmonię. Muno rozpoznała zaprezentowane mu dźwięki, a jednak brzmiały one inaczej, gdy to Ignis je grał, już bez jej przewodnictwa oraz uwag. Zamarła.
Dwie godziny. Tyle właśnie potrzebował, żeby stworzyć kanciastą wariację zawierającą w sobie więcej barwy, niż Muunokhoi kiedykolwiek wycisnęła z własnej gry. Bo tym właśnie różniła się jej perfekcja od jego zaskakującej muzyki, chłodna i bezpłciowa bezbłędność, pozbawiona ciepła tej niczym nieograniczonej pasji. Śmiała sądzić, że Ignis stepu nigdy nie widział, a właśnie splatał końskie włosie w gorąc prażącego na bezchmurnym niebie słońca, w szum złocistej trawy i wymagającą wolność odległego horyzontu. Jej serce ścisnęło się krztą tęsknoty, ledwie kroplą słodkiej goryczy dawkowanej ostrożnie. I choć był to dźwięk niepełny, pękający w niewyraźne harmonie co kilka nut, stanowił on wciąż jedną z najpiękniejszych melodii przez Muunokhoi zasłyszanych.
Odwróciła głowę, gdy do utworu dołączyły nagle inne dźwięki. Raam od niechcenia uderzał o własne kolano pałeczkami po zamówionym jedzeniu, Seymour wybijał rytm dłonią o kanapę, nawet nie patrząc na nich, Arieth nucił, Ioannis razem z nim. Wyglądali, jakby nawet nie czuli, że to robią, odpowiadając na ruch pozostałych członków zespołu własnym gestem niczym jedno serce synchronizujące swe bicie. Ujrzała ich wreszcie razem, połączonych przewodnictwem kogoś, kto ledwie chwilę temu nauczył się trzymać smyczek na gryfie instrumentu, którym Muunokhoi posługiwała się od małego.
Nigdy nie było tu żadnego wyzwania, żadnej walki, bo do kręgu nie zaprasza się dziecka, gdy jest się wprawionym wojownikiem.
Przegrała, jeszcze zanim tutaj przyszła.
Setki godzin. Jeden z wielu powodów jej licznych wyrzeczeń. A ona jedyne, co potrafiła, to pokazać komuś, jak zrobić to lepiej.
Muunokhoi wypuściła z dłoni smyczek w obawie przed złamaniem go.
Zabrała się za pakowanie swojego instrumentu, starając się przy tym upchnąć popękaną dumę do środka futerału, schować ją przed nieproszonym wzrokiem. Ignis przerwał nagle swą grę, widząc, jak pospiesznie wstała i pozbierała swoje rzeczy. Coś do niej powiedział, stanął przed nią nawet, ale Muunokhoi pchnęła go ramieniem bez wysiłku.
Trzasnęła drzwiami, aż zawiasy jęknęły.


Zawiodła. Była to pierwsza, oczywista prawda, która naszła ją po wyjściu ze studia. Prawda podburzająca do dalszego gniewu, do chęci wybicia dziury w ścianie budynku, do uderzenia znów przeklętego barana. Poczułaby się lepiej na chwilę, odzyskała kontrolę, a potem zawiesiła wspomnienie muzyki Ignisa jako kolejny element jej ornamentu niepowodzeń, które odkupić musiała czymś innym.
Porażka zabolała mocno. Uczucie to pozostało przez resztę dnia cierpkim posmakiem na języku. Wyzywała Ignisa od jego buty, lecz czymże ona się popisała, idąc do studia i wierząc, że zdoła pokonać jedną z największych swoich słabości przed nim? Czym, jeśli nie arogancją, zakrztusiła się na kanapie jego studia, niezdolna pojąć, jak zdołał on tak szybko opanować grę na morin khuur i uczynić z niej coś godnego prawdziwej muzyki. Jej krew zatruła zazdrość, tak czysta i boląca, że nie dało się jej pomylić z niczym innym.
Zachowała się jak dziecko zdolne jedynie tupać nogą i boczyć się, gdy nie otrzymało tego, co chciało. Powtórzyła sytuację na festynie, gdy broniła się byle czym, byle jak przed tym, czego nie potrafiła przyznać otwarcie, odwracając się plecami do przeciwności. Tym razem zaś uciekła zupełnie, bez słowa, chowając urażoną twarz przed światem niczym szamanka bez godności. Wyrazem siły charakteru było przyznanie, że znalazło się mistrza w swych fachu zasługującego na zniżenie głowy. I gdyby chodziło o cokolwiek innego – zapasy, strategię, jazdę konną – oddałaby należny honor, prosząc o naukę. Tylko w ten sposób dusza mogła się rozwijać, będąc ostrzoną o trudności, by nie stępiała na stojaku wzniesionym ze zwycięskich trofeów, jak mawiał Al Altan Khan.
Lecz dla kogoś, kto od najmłodszych lat zobowiązany był do bycia najlepszym, najmniejsza ułomność ciążyła niczym złamana kończyna.
Stellaire spało spokojnie za oknem, pozwalając Muunokhoi spędzić resztę nocy na medytacji i odpowiedzeniu sobie na pytanie, czy naprawdę pragnęła do końca życia ciągnąć za sobą swe serce jak kulawego konia.


Nikt w studiu muzycznym nie powinien był się jej spodziewać, ale gdy otworzyła znów drzwi, Ignis spojrzał na nią bez cienia zdziwienia. Wręcz wydawał się zachwycony.
Muunokhoi zacisnęła pięści, zgrzytnęła zębami i, zajrzawszy głęboko w oranżowe oczy mistrza, skłoniła głowę.
— Naucz mnie wkładać serce w muzykę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz