— I jak? — zapytał Augustin. — Jak ci się podoba ten rocznik?
Ignis spojrzał na trzymany w dłoni kieliszek. Wino było ciemne, prawie czarne, gęste niczym syrop, i kiedy przechylał szkło, spływało po ściankach, zostawiając na nich rdzawe smugi. Nie pił wina. Nie lubił go, kojarzyło mu się z kryształowymi karafkami na długim stole i z rozmowami prowadzonymi w określonym celu, wyłącznie dla zysku. Lecz Augustin patrzył na niego z takim wyczekiwaniem, z takim jasnym, chłopięcym oczekiwaniem w oczach, że Ignis nie potrafił mu tego powiedzieć.
Upił łyk. Wino smakowało piwnicą, kamieniem, czymś metalicznym i starym, przywodziło na myśl źle zagojoną ranę.
— Jest… ciekawe — przyznał wymijająco. — Bardzo głębokie.
Augustin roześmiał się, głośno i serdecznie, jakby Ignis sprezentował mu właśnie świetny żart. Śmiał się ciut za długo, na tyle, by zaczęło robić się dziwnie, a echo odbijało się od sklepienia i wracało do nich z głębi korytarza. Dźwięk sprawił, że Ignis skrzywił się nieznacznie.
— Głębokie! — powtórzył Augustin, ocierając kącik oka. — Ty zawsze miałeś najlepsze określenia, Scaldorze. Pamiętasz, jak powiedziałeś o mojej matce, że ma głos jak pozytywka, której ktoś za mocno nakręcił sprężynę? Cała sala to słyszała, wszyscy się śmiali!
Ignis rozciągnął usta w uśmiechu i spróbował sobie przypomnieć. Nic. Ani sali, ani matki Augustina, ani swoich słów. W jego pamięci była tylko pozbawiona substancji mgła, w którą wsiąkały lata spędzone w domu Fuegisów.
— Ignis — poprawił go. — Wszyscy mówią do mnie Ignis.
— Oczywiście, oczywiście, jak mógłbym zapomnieć — odparł Augustin z ciepłym uśmiechem. — Widzisz, stare nawyki wolno umierają. Ale! Chodźmy dalej. — Znów się zaśmiał. — Najlepsze trzymam na końcu!
Uniósł lampę, jej żółtawe światło wydobyło z mroku ściany korytarza. Były stare, z ciemnej, nierównej cegły, gdzieniegdzie pokrytej białym nalotem, i tak obdrapane – całe w długich, równoległych rysach, biegnących w dół, jakby ktoś przez lata przesuwał po nich czymś twardym.
Albo palcami.
Ignis pomyślał, że to pewnie ślady po beczkach, które ktoś tędy przetaczał, i poszedł za gospodarzem.
Spojrzał. Przy wejściu do korytarza, tuż obok pierwszego stopnia, leżała kielnia, a obok niej starannie ułożony stos cegieł i wiadro z zaprawą, jeszcze mokrą, lśniącą w świetle lampy.
— Remont? — zagadnął.
Augustin znowu się roześmiał.
— Można tak powiedzieć. Stary dom, wiesz, jak to jest. Ciągle trzeba coś naprawiać, poprawiać… zamurowywać.
Schodzili w dół. Stopnie zdawały się wąskie, dziwnie śliskie, wydeptane pośrodku przez setki stóp, a z każdym z nich robiło się zimniej. Ignis szedł w samej koszulce, kurtkę zostawił na górze i chłód zaczynał wgryzać mu się w ramiona. Symbole na jego skórze żarzyły się słabiej niż zwykle, przygaszone, jak węgle w piecu, do którego nikt nie dorzucał drewna. Wytarł dłonie o spodnie. Były wilgotne.
— Zimno ci — zauważył Augustin z troską.
Zatrzymał się, odwrócił, a lampa oświetliła jego twarz, wydobywając zarys kości policzkowych, wyprostowane zęby, gładko zaczesane włosy. Twarz z okładki magazynu.
— Wybacz, nie pomyślałem. Tu jest wilgotno, saletra wyłazi ze ścian i… dla kogoś takiego jak ty… Możemy wrócić — powiedział z mocą. — Naprawdę. Twój głos jest zbyt cenny, żebyś go tu stracił przez jakieś tam wino.
Augustin mówił szczerze. Ignis słyszał to w jego głosie. Pod jego gładką powierzchnią, pod wystudiowanymi uprzejmościami, było coś więcej, coś drżącego i kruchego. Coś bardzo małego. Ignis spojrzał w głąb Augustina i ujrzał bezbrzeżną ciemność, ciągnącą się daleko, daleko, aż trudno było określić, gdzie była jej granica. Była piwnicą – długim, zimnym korytarzem bez końca, a gdzieś bardzo głęboko, na samym dnie, za kolejnymi zakrętami, paliło się maleńkie, chwiejne światełko, tak słabe, że ledwo je było widać.
Nie wiedział, co to światełko znaczy. Nie wiedział, jak do niego dojść ani co zrobi, kiedy już tam dotrze. Ale wiedział jedno – nie zostawi go tam samego.
— Nie, nie musimy wracać, daj spokój. Nic mi przecież nie będzie — powiedział. — Chodźmy. Chcę zobaczyć, co trzymasz na końcu.
Augustin uśmiechnął się tak szeroko, że Ignisowi na moment zrobiło się ciepło.
— Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć — odezwał się z mocą. — Zawsze mogłem, nigdy nie było inaczej. Nawet wtedy na tarasie, kiedy obiecałeś, że nauczysz mnie tego akordu, pamiętasz?
Moment ciszy, genashi zamrugał.
— Wybacz — odparł po chwili, potarł kark. — Naprawdę nie pamiętam.
— Nic nie szkodzi. — Augustin odwrócił się i ruszył dalej. — Ja pamiętam za nas obu.
Korytarz skręcał, rozwidlał się, wracał. Augustin prowadził pewnie, bez wahania, jakby szedł tą drogą tysiące razy. Mijali kolejne nisze, w których leżały butelki obrośnięte kurzem i pajęczyną, mijali beczki ze starym, wypalonym w drewnie herbem – wróblem w zamkniętej klatce i jednym słowem pod spodem: Memini. Ignis przypomniał sobie trochę łaciny z czasów prywatnych nauczycieli.
— Pamiętam — przetłumaczył na głos.
— Dewiza rodu — odparł Augustin, nie odwracając się. — Ładna, prawda? Twój ojciec bardzo ją chwalił.
Z sufitu skapnęła kropla, trafiła Ignisa w kark. Syknęło, w powietrze poszła strużka pary, a skórę przeszył ostry, kłujący ból. Jak od igły. Ignis wzdrygnął się i zaklął pod nosem, a Augustin natychmiast znalazł się obok, z chusteczką w dłoni, i już wycierał mu szyję, Ignis nie zdążył zaprotestować.
— Biedaku — powiedział miękko. — Napij się, rozgrzeje cię.
Dolał mu wina, aż po sam brzeg, więcej, niż dolewało się do kieliszka. Ignis wypił, nie chcąc urazić gospodarza, znów posmakował szarości, fioletu, zimnego metalu. Wino nie rozgrzewało. Rozlewało się w żołądku chłodem, jakby pił wodę z podziemnego jeziora.
— Lepiej? — zapytał Augustin.
— Lepiej — skłamał Ignis i od razu poczuł się z tym źle. — Dziękuję, że o mnie dbasz.
Augustin parsknął śmiechem, długim i perlistym.
— Ty zawsze byłeś taki zabawny — powiedział, kręcąc głową. — Zawsze.
Weszli do komnaty o niskim, łukowatym sklepieniu, rozległej w porównaniu do wcześniejszych korytarzy, lecz równie zimnej, wypełnionej zapachem ziemi, kamienia i zastygłego czasu. Wszystkie cztery kąty wypełniono rzeczami – w jednym stały beczki, w drugim stojak pełen zakurzonych butelek, w trzecim wysokie krzesło okryte prześcieradłem, w czwartym kolejne wiadro z zaprawą, w ostatnim zaś Ignis dostrzegł pianino.
Podszedł natychmiast, dłoń bezwiednie wyciągnęła się w stronę ciężkiej kapy, w sercu ścisnęło – piwnica nie była miejscem dla żadnego instrumentu. Chłód i wilgoć były zabójcze, tak dla drewna, jak i dla strun, do tego ciemność, pustka, cisza…
— Jak długo…? — spytał, odwracając się.
— Zagrasz mi coś? — zapytał Augustin. Stał tuż za nim. — Grałeś wtedy tak pięknie, pamiętasz?
Ignis spojrzał znów na instrument – stary, czary, z pożółkłymi klawiszami i równie pożółkłymi nutami stojącymi na pulpicie. Kolędy. Te same, które grał kiedyś w salonie dla rodziców, gdy ojciec wpatrywał się w telefon, a matka szeptała coś o kontraktach. Dotknął klawiszy. Dźwięk, który wydobył się z instrumentu, nie przypominał niczego.
— Rozstrojony.
— Och, doprawdy? — Augustin autentycznie się zdziwił. — Wielka szkoda, no cóż, trudno. Ale to nic! Nie przyszliśmy tu w końcu po muzykę.
Ignis pociągnął łyk wina i ruszył za nim.
Dalej korytarz robił się węższy i niższy, Ignis musiał się pochylać, żeby nie uderzyć głową o sklepienie. Ściany zbliżały się do siebie, coraz bardziej mokre, saletra osiadała na nich grubymi, puszystymi kożuchami, białymi jak szron, a rysy na cegłach stawały się coraz głębsze, coraz gęstsze, i gdy Ignis przesunął po nich palcami, poczuł, że są wąskie. Wąskie jak paznokcie. „Na pewno po narzędziach,” pomyślał, cofając dłoń.
Spróbował zapalić płomień na czubku palca – to takie małe, codzienne światełko którym przypalał fajka i zapalał mnogość świeczek w mieszkaniu. Ogień pojawił się na moment, lecz jego barwa… Był niebieski, blady, wątły, jak sztuczny płomień gazowego palnika, i zgasł, zanim Ignis zdążył się mu przyjrzeć.
— Jeszcze trochę — powiedział Augustin. — Już blisko.
— Augustin — odezwał się Ignis i niemal nie poznał swojego głosu, zabarwionego nienaturalną chrypą, jakby w gardle osiadła mu ta sama wilgotna saletra. — Czy ja… czy ja ci kiedyś coś zrobiłem?
Augustin zatrzymał się. Przez chwilę stał bez ruchu, odwrócony plecami, z lampą uniesioną nad głową, a jego cień kładł się na ścianie długi i chudy, i wcale niepodobny do niego.
— Ty? — powiedział wreszcie i odwrócił się z uśmiechem. — Ty nic mi nie zrobiłeś, Scaldorze. Nic a nic! Nawet wtedy, kiedy odszedłeś. Nawet wtedy, kiedy nie wróciłeś.
— Nie wróciłem… ale skąd?
Augustin roześmiał się i poszedł dalej.
Ignis szedł za nim. Gdzieś w środku coś mówiło mu, żeby się zatrzymał, zawrócił, żeby poszukał drogi na górę, do światła, ciepła, do zespołu, ale to coś mówiło cicho i niewyraźnie, a światełko na dnie Augustina paliło się wciąż, tam, przed nimi, maleńkie i drżące, i Ignis nie potrafił od niego odwrócić wzroku. Jeśli do niego dojdzie, jeśli zdąży, zagra mu to, co trzeba… Może uda się je rozdmuchać. Może Augustin przestanie się śmiać w ten sposób.
Korytarz skończył się nagle. Ostatnia komnata przypominała raczej wnękę niż pomieszczenie, wycięta w litej skale, tak niska, że Ignis musiał wejść do niej zgięty wpół. W tylnej ścianie, na wysokości pasa, wbite były dwie żelazne klamry, a między nimi zwisał krótki, zardzewiały łańcuch. Na samym środku, na kamiennej półce, stała pojedyncza butelka, bez etykiety, z woskową pieczęcią w kształcie wróbla.
Przy wejściu do wnęki leżała kielnia, zaraz obok starannie ułożony stos cegieł i wiadro z zaprawą, jeszcze mokrą, lśniącą w świetle lampy.
— Oto i on — powiedział Augustin cicho, z czcią. — Najlepszy rocznik, jaki mam. Zachowałem go specjalnie dla ciebie. Wejdź, zobacz. Nie bój się.
Ignis wszedł. Pochylił się nad butelką. Szkło było grube i mętne, a w środku, zamiast wina, coś zdawało się poruszać – szare, sine, fioletowe, kłębiło się niczym dym albo jak mgła, w którą wsiąkały wspomnienia z domu Fuegisów.
— Jaki to rocznik? — zapytał.
— Twój.
Szczęknęło. Ignis poczuł zimno na nadgarstku, spojrzał w dół, zobaczył, jak łańcuch owija się wokół jego ręki, a Augustin zatrzaskuje kłódkę, spokojnie, sprawnie, jednym ruchem, jakby robił to setki razy. Ignis szarpnął. Klamry nawet nie drgnęły.
— Augustin — odezwał się. — Co ty robisz?
— Remont — odparł pogodnie Augustin podnosząc kielnię. — Mówiłem ci przecież. To stary dom, ciągle coś trzeba zamurować.
Pierwsza cegła legła na progu z mokrym plaśnięciem. Potem druga. Augustin pracował spokojnie i starannie, nakładając zaprawę równą warstwą, dociskając każdą cegłę, sprawdzając, czy leży prosto, i nucił coś przy tym pod nosem. Ignis nie rozpoznał melodii.
— Augustin, proszę cię. — Szarpnął się znowu, mocniej, rozpaczliwiej, aż żelazo wbiło mu się w skórę. — Porozmawiajmy! Powiedz mi, co się stało. Powiedz mi, co zrobiłem, ja… ja to naprawię. Obiecuję!
— Obiecujesz — powtórzył Augustin z uśmiechem i położył kolejną cegłę. — Ty zawsze tak ładnie obiecywałeś. Mówiłeś „Pomogę ci!”, chociaż nie miałeś pojęcia, jak to zrobić, ani czy w ogóle dasz radę. Jak myślisz, Scaldorze? To jeszcze pycha, czy już zwyczajna głupota?
Mur sięgnął kolan, potem pasa. Lampa stała na ziemi, poza wnęką, a jej światło docierało do Ignisa coraz słabiej, wpełzając z trudem przez szczelinę, coraz węższą z każdą kolejną cegłą.
Słowa zawiodły. Ignis zrobił ostatnie, co mu pozostało – zaśpiewał.
Nie miał gitary, nie miał nic, prócz gardła zachrypniętego z zimna i wilgoci, oraz serca tłukącego się o żebra. To zawsze wystarczało. Sięgnął w głąb siebie, do płonącego w nim od zawsze ognia, i pchnął go w melodię, w słowa, w stronę Augustina, ku temu maleńkiemu światełku na dnie piwnicy. Śpiewał, jak śpiewał Ioannisowi w zapuszczonej klitce na poddaszu, jak śpiewał tysiącom ludzi na koncertach, jak śpiewał dla pana Macleoda w ogrodzie, gdzie śnieg nie parzył. Śpiewał o tym, że nie trzeba nikomu nic udowadniać. Że można wyjść. Że zawsze jest jakaś droga na górę, z powrotem do światła.
Głos nie poniósł się dalej niż na wyciągnięcie ręki. Nie było złota. Nie było oranżu. Dźwięk wypływał mu z ust szary i płaski, i opadał na mokry kamień, i wsiąkał w niego, jak woda w piasek, nie powracał echem. Ignis sięgnął jeszcze dalej, jeszcze głębiej, ku Augustinowi, ku jego sercu, i trafił na zimno. Na kamień. Na długi, ciemny korytarz bez końca.
Światełka na jego dnie już nie było. Może nigdy go nie było? Może to był tylko odblask lampy.
Zakrztusił się, zamilkł.
— Pięknie — powiedział Augustin przez szczelinę. Miał wilgotne oczy, jak u ryby, a jego głos doskonale imitował wzruszenie. — Szkoda tylko, że nikt tu tego nie usłyszy.
— Augustin. — Ignis przycisnął czoło do cegieł, które jeszcze nie zdążyły związać, poczuł, jak zaprawa mrozi mu skórę. — Na litość…
— Tak — odparł Augustin cicho. — Na litość.
Ostatnia cegła wsunęła się na swoje miejsce. Kielnia zgarnęła nadmiar, przeciągnęła po spoinie raz, drugi, z cichym chrobotem, i wszystko ustało.
Ignis stał zgięty w ciemności. Nie było lampy. Nie było szczeliny. Nie było kroków po drugiej stronie, ani śmiechu, ani nucenia. Była tylko wilgoć, osiadająca mu na ramionach, kłująca drobnymi igiełkami, i zimno, które zaczęło wchodzić w niego od stóp, przez łydki, przez kolana, coraz wyżej, coraz głębiej, ku piersi, gdzie od zawsze płonął ogień.
Spróbował jeszcze raz zapalić płomień na czubku palca. Na próżno.
Zaczął śpiewać. Cicho, dla siebie, gdy nic więcej nie zostało. Pierwszą piosenkę, której nauczył go pan Macleod – prostą, wesołą, taką, przy której mały Scaldor pierwszy raz uśmiechnął się szczerze. Śpiewał ją w ciemności, a ta ją połykała, nuta po nucie, słowo po słowie, topiąc dźwięki w pustce. Nie było barw. Nie było nikogo po drugiej stronie.
Śpiewał, aż zabrakło mu tchu.
Potem było już tylko zimno.
I kompletna cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz