Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

02 października 2026

Od Azury do Ignisa

Nie potrafiłam jednoznacznie powiedzieć, jakie emocje pozostawiła po sobie wizyta tego młodego mężczyzny. Spokój po możliwości wyrzucenia z siebie wszystkich wątpliwości, które mną tamtego dnia targały? Jeszcze większe zagubienie we wszystkim, co czułam, czego pragnęłam, obawach co do kontynuowania życia w sposób, jaki wiodłam do tej pory? Bo przecież niechybnie miał rację, a życie wśród ludzi bez budowania z nimi relacji kto wie, czy nie bolało bardziej, niż czerpanie z każdej wspólnej chwili… Aż do końca.
A jednak nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak po raz kolejny się tego podejmuję.
Ostatecznie zdążyłam wrócić do domu przed zapadnięciem zmroku, choć ostatnie metry pokonałam w niemal zupełnej ciemności. Przekroczyłam próg tego starego domu bez wahania, rzuciłam torebkę byle gdzie, zdjęłam buty przydeptując piętę jednego drugim, nie przejmując się zupełnie, że takie traktowanie je niszczy. Nie znajdując w sobie ochoty ani w zasadzie sił, by brać kąpiel albo może chociaż przebrać się z eleganckich ubrań, w jakich byłam w pracy, zgarnęłam po prostu jego gitarę ze stojaka i, trzymając ją w objęciach, opadłam na miękkie poduszki kanapy. Przesunęłam palcami po strunach, drugą dłoń trzymając na nich płasko gdzieś w połowie gryfu, powstrzymując ich wibrowanie. Nie potrzebowałam teraz dźwięków instrumentu, bo melodie, tak dobrze znane, wciąż grały mi w głowie. Znajomym ciepłem, jaki ze sobą niosły, prosiły, by raz jeszcze dać im wybrzmieć. Jednak nie potrafiłam… Już nie... Siedziałam tak, obejmując lakierowane drewno, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie, a w myślach wciąż mieląc stare kawałki, choć w uszach boleśnie dudniła jedynie cisza… Aż za oknem poranek przywitały pierwsze promienie słońca, nieśmiało wychylające się zza horyzontu.


Choć ostatnie kilka lat dość szybko dochodziłam do siebie po wszelkich naszych rocznicach, tym razem coś złapało mnie za serce zbyt mocno i nie chciało puścić. Ciąg nieprzespanych nocy stał się zbyt długi, bym miała siłę czy chęci je liczyć. Dzień za dniem, wszystkie zlewały się w jedno, ciąg powtarzalnych zdarzeń, niechcianych zadań do odbębnienia, a w tle wieczna wędrówka słońca po horyzoncie.
Dusiłam się.
Jak ryba wyrzucona na ląd, po każdej najmniejszej czynności, którą zrobiłam, łapałam oddech, spragniona tlenu, choć zewsząd mnie otaczał i przecież wykorzystanie go powinno być tak proste… Wdech, powietrze wypełnia moje płuca, wędruje gardłem, tchawicą, oskrzelami i oskrzelikami do pęcherzyków, które stale pozostają otwarte, gotowe przyjąć nowe porcje powietrza, wykorzystać zawarty w nim tlen i nakarmić każdą komórkę ciała. A potem wydech, to samo powietrze, a jednak już inne, choć minęło przecież tylko kilka sekund, pokonuje drogę powrotną jeszcze szybciej, niż wcześniej. I znowu. Wdech. Wydech.
Oddychaj.
Trudno mi było zajmować się galerią, traciłam z oczu terminy, zapominałam o spotkaniach. Odwoływałam sesje, które miesiące wcześniej komuś obiecałam, bo nie byłam w stanie zwizualizować sobie przed oczami niczego z tego, co przecież tak jasno widziałam raptem niedawno, gdy obiecywałam zająć się zdjęciami na okładki czasopism czy portfolio modeli. W końcu zaszyłam się z aparatem w domu, zostawiając wszystko na głowie Avy. Nie pierwszy raz, więc słowem nie skomentowała, gdy poinformowałam ją, że przez kilka dni nie będę przychodzić. Nie byłam pewna, czy wciąż mi zależało na prowadzeniu tego miejsca, ona jednak zawsze podejmowała tę decyzję za mnie, robiąc niesamowitą robotę podczas moich nieobecności. Za każdym kolejnym razem coraz mocniej uderzała mnie myśl, że pociągnęłaby to sama znacznie lepiej, niż mając mnie u boku, jak kotwica ciągnącą ją w dół w jej rozwoju.
Pieśń morza docierała do mnie aż tutaj, za te grube, ceglane mury, noszące tyle ważnych dla mnie wspomnień. Była przytłaczająca.
Czy, niczym ryba powracająca do wody, odczułabym ulgę, gdybym jej uległa?


Zebrałam się w końcu w sobie. Jak zawsze. Połatałam wyrwy w sercu, niektóre zszywając szczelnie, inne zaklejając taśmą, byle jakkolwiek się ich pozbyć. Móc zapomnieć, że istnieją. Chociaż na chwilę, nim puści klej, a zużyte nici silnej woli raz jeszcze odmówią posłuszeństwa.
Miałam zaległości. Cholernie wielkie zaległości i perspektywę kolejnych nieprzespanych nocy przed sobą, tym razem jednak zamierzałam wykorzystać ten czas produktywnie. Łatwo było marnować swój, gdy miało się go tak dużo… Jednak niemiło było tracić cudzy. Dzięki pomocy Avy dopięłam więc wszystkie terminy dosłownie na styk, przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie nie mając w zasadzie ani skrawka wolnej chwili do rozdysponowania. Planowane sesje przeplatały się z wernisażami i spotkaniami z potencjalnymi kupcami dzieł z naszej obecnej wystawy. Którą, swoją drogą, Ava ogarnęła zupełnie sama w czasie mojej nieobecności.
Była niezastąpiona. Ta myśl zakłuła moje dopiero co połatane serce.
O jej poprzedniczce też tak myślałam, zanim nie odeszła na emeryturę.
Może nie istniały na tym świecie osoby niezastąpione?
A jednak był człowiek, o którym nigdy bym w ten sposób nie pomyślała. Choćbym spotkała na swojej drodze kolejne setki istnień, przez kolejne stulecia dalej kroczyła po tym skrawku ziemi… Nikt nie zastąpi mi jego. Nie miałam co do tego wątpliwości.


— Może cię zawiozę? — w głosie Avy słyszałam troskę, gdy patrzyła, jak opatulam się szalem, zbierając do wyjścia. Torba z aparatem ciążyła mi na ramieniu, był to jednak ciężar znajomy i z wielu względów pokrzepiający. Trzymałam się go, by pozostać myślami na ziemi. Skupić na zadaniu, które na mnie czekało i wykonać je najlepiej, jak potrafiłam.
— Nie jadę swoim samochodem, żeby nie władować się w korki, więc nie ma sensu, żebyś ty to robiła — uśmiechnęłam się do niej ciepło. Poprawiłam poły czarnego płaszcza, długiego do kolan, bo jedna zawinęła się przy zakładaniu. Raz jeszcze upewniłam się, czy zabrałam wszystkie potrzebne obiektywy i nie targam ze sobą czegoś, co raczej mi się nie przyda. — Metro to też dobry środek transportu.
— Zapowiadają dzisiaj deszcz.
Nie słyszałam wesołych nawoływań kropli w przestworzach. Spojrzałam mimowolnie za okno, na szare chmury przysłaniające niebo. Było w istocie dość ponuro, wątpiłam jednak, by choć kropla wody spadła na ziemię w przeciągu następnych kilku godzin. A nawet gdyby spadła, nie robiło mi to tak naprawdę różnicy. Wzruszyłam więc ramionami, zapinając zamek błyskawiczny w torbie.
— Jeszcze jeden argument za metrem, wszyscy ekologicznie jeżdżący rowerami do pracy na pewno wybiorą dzisiaj samochód. Zaraz nie da się przejechać przez centrum — kolejny uśmiech, miałam nadzieję, uspokajający. — Lekkie niedogodności publicznego transportu jeszcze nikogo nie zabiły, prawda?
— Ale wielu już straciło przez niego swój dobytek — kobieta westchnęła ciężko, kręcąc głową. Poprawiłam pasek torby z aparatem.
— Jak dotąd nigdy nie próbowano mi jej ukraść, co nie? — poklepałam Avę pokrzepiająco po ramieniu, po czym odwróciłam się na pięcie i pomachałam jej przez ramię, drugą ręką otwierając drzwi do galerii. — Wrócę wieczorem po samochód.
Gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, wsadziłam bezprzewodowe słuchawki w uszy, a ręce w kieszenie płaszcza, i ruszyłam przed siebie, dając muzyce zagłuszyć wszystkie dźwięki dookoła.


Spacer na pobliską pętlę linii metra, jak i podróż na stację przesiadkową, minął dość szybko. Dudniący mi w uszach rytm linii basu ze starych piosenek rockowych dyktował tempo kolejnym stawianym przeze mnie krokom. Oczami wyobraźni widziałam układ palców na strunach, który był potrzebny, by poszczególne akordy wybrzmiały. Uśmiechnęłam się lekko, sama do siebie, delektując pierwszorzędną solówką gitarową w jednym z odtwarzanych właśnie utworów, gdy wysiadałam z pociągu. Od razu skręciłam w prawo, by dobrze sobie znaną trasą przejść na inną linię. Widząc dzikie tłumy na schodach ruchomych, postanowiłam skorzystać z klasycznych, tuż obok. Czułam na sobie kilka śledzących mnie par oczu osób znudzonych powolnym ruchem taśmociągu, którym się przemieszczali. Wbiłam wzrok w czubki moich czerwonych trampek, średnio pasujących do eleganckiego płaszcza, kontynuując mozolny marsz na górę.
Dotarłszy na szczyt schodów, skręciłam w korytarz po lewej. Wciąż nie podnosiłam wzroku, zgrabnie przeciskałam się przez falę ludzi poruszającą się chaotycznie nieszczególnie szerokim korytarzem. Udało mi się niemal nikogo przy tym nie trącić, a gdy niemożliwe było uniknięcie tego, od razu wylewnie przepraszałam, choć większość nawet nie zwracało na to uwagi i szło dalej, w sobie tylko znanym kierunku. Sprawne parcie naprzód w rytm muzyki zostało jednak w pewnym momencie przerwane przez nagle zatorowany korytarz. Zmarszczyłam brwi, skonsternowana. Cóż też mogło zatrzymać w miejscu tyle osób?
Wyjęłam jedną słuchawkę z ucha, zatrzymując tym samym odtwarzanie kolejnego kawałka, który znałam na pamięć. Jednak muzyka rozbrzmiewająca mi w uszach nie ucichła — została tylko zastąpiona nieco inną. Lekko zachrypnięty głos niósł się po kiepskich akustycznie podziemnych korytarzach, a jednak słyszalna w nim była pewność kogoś, kto często to robił. To znaczy śpiewał — i to nie pod prysznicem czy na imprezach ze znajomymi. Ani sekundy zwątpienia, ni śladu zawahania, czy trafi w kolejną nutę bez fałszu. Nim się spostrzegłam, obydwie słuchawki ściskałam w zaciśniętej dłoni, chcąc lepiej doświadczyć utworu. Tekstu. Melodii. Emocji. Tego wszystkiego spinającego się w przepiękną całość. Muzyka niosła się po tym odartym z emocji miejscu, wypełniając każdą jego szczelinę, zatrzymując nawet najbardziej niewzruszonych przechodniów, by choć chwilę dłużej mogli posłuchać.
Karmili się melodią, słowami, rytmem… emocjami grającego.
Stałam tam jak wmurowana, nawet gdy początkowo naprawdę gęsty tłum zaczął się już przerzedzać. Melodia z naprawdę przemyślanej, dobrze napisanej i zdecydowanie wielokrotnie przez mężczyznę granej, stała się nieco niechlujnym łapaniem akordów i testowaniem instrumentu. Wszyscy do tej pory zafascynowani brzmieniem, wrócili w końcu do płynięcia z nurtem, ku celowi swojej dzisiejszej podróży. Mnie coś nadal trzymało w miejscu. Dlatego dane mi było zobaczyć w końcu tego, kto wręcz zaczarował dziś metro swoją muzyką.
Znajoma sylwetka, potem twarz. Zmarszczyłam brwi. Mężczyzna, z którym rozmawiałam tamtego dnia. Stał, cały uradowany… Naprawdę. Krzyczał całym sobą — postawą, mimiką, gestykulacją — w jak dobrym jest humorze. W rękach trzymał gitarę. Czerwony lakier, który ją pokrywał, był w wielu miejscach odrapany, a struny zdecydowanie chciałyby niedługo zostać wymienione. Mimo to dotyk mężczyzny na gryfie był delikatny, jakby trzymał w rękach czyjś największy skarb. Z niespodziewaną dla mnie delikatnością przekazał ją innemu mężczyźnie, siedzącemu za nim na rozkładanym taborecie turystycznym. Zamrugałam zaskoczona. Do tamtego momentu zupełnie nie zwróciłam na niego uwagi, jakby jego obecność przytłumiona została przez ogień bijący od zielonookiego.
— Niezła jest — pochwalił, bez dwóch zdań odnosząc się do gitary. — Dzięki, że mogłem przetestować. Dawno nie słyszałem tak czystego brzmienia w tak niekorzystnych warunkach.
— Kurde, chłopie — facet na zydelku miał minę, jakby co najmniej objawiło się przed nim jakieś bóstwo, guru czy inny byt, którego sama obecność obok sprawiała, że czuliśmy się wyjątkowi. Poprawiłam szary szal na szyi, schowałam pod niego brodę. — W życiu nie osiągnąłem takiego efektu, jak ty teraz! Jesteś jakimś profesjonalistą czy co? To było OBŁĘDNE. Kurde, szkoda, że tego nie nagrałem…
Chyba nawet nie dziwiłam się jego reakcji. Sama dalej stałam w miejscu, choć przedstawienie dawno się skończyło. Przestąpiłam z nogi na nogę, denerwując się nieco, sama na siebie, że dalej nie zmusiłam się do zrobienia kroku. Miałam metro do złapania i nawet, jeśli jeździło co chwilę, musiałam dojechać do studia o odpowiedniej godzinie. Jednak wciąż…
Zielonooki mężczyzna z galerii odwrócił nagle głowę. Nie zdążyłam uciec wzrokiem, przytrzymał mnie spojrzeniem, w którym wciąż odbijała się ta szczera, niemal dziecięca radość z grania muzyki.
A potem się uśmiechnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz