Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

10 października 2026

Od Virgila – Ten trud miłości nigdy mych barków nie zmęczy

Gdy brat napisał mu, że przez roboty drogowe odcięło mu wodę w mieszkaniu i według wodociągów awaria mogła potrwać nawet dwa dni, Virgil nie wahał się, tylko ściągnął go ze wszystkimi najpotrzebniejszymi rzeczami do jego i Seymoura apartamentu. Na wieści o sytuacji Valeriusa były czarodziej sklął przez wiadomości pozbawiony rozumu zarząd budowy, po czym upewnił się, że młodszy z Moerisów wszystko ma i ewentualny przystanek w sklepie w drodze powrotnej do domu ze studia nie będzie potrzebny. Valerius podziękował, rozlokował się na przygotowanej przez Vi kanapie, rzucił plecak pod nogi, rozłożył jakieś papiery z kancelarii na stoliku i już, niczego mu nie brakowało. Starszy brat zostawił go ze swoim sprawami, zajmując samemu miejsce przy stole z laptopem, za plecami mając kuchnię, nie salon z ciekawskim wilkołakiem. Przypomniały mu się lata mieszkania pod jednym dachem z Valeriusem i próby ukrycia przed nim ekranu.
Virgil zostawił brata z jego papierami, ale najwyraźniej brat nie zamierzał zostawić go z jego stronami internetowymi.
— Vi, a wiesz, co będziesz robił w sobotę? — zaczął luźno, bez konkretów, nawet na niego nie patrząc. Przełożył jedną kartkę, drugą, obojętnie podchodząc do rozmowy jak wilk okrążający bezbronne stado. Coś w braterskiej pewności siedzącej głęboko w Vi drgnęło, bo dobrze znany szczeniak wyrabiał się w swoim zawodzie szybciej, niż starszy wilkołak był w stanie się z tym oswoić. Przecież wciąż miał przed sobą małego chłopca, głupiego wilczka zbierającego pod łóżkiem piłki i puszącego się, gdy nie dostał jeszcze jednego ciastka. Tylko że ten mały chłopiec właśnie wycelował i strzelił, trafił do celu, którego nie powinien był widzieć. Vi spiął się mimowolnie, dobrze wiedząc, co jest w sobotę i że Valeriusowi nic do tego.
— Wiem — rzucił tylko, z ostrzeżeniem kołyszącym się w jego tonie niczym pojedyncze, niepełne warknięcie. Nie drąż tematu.
Valerius szkolił się jednak na prawnika, jego pracą było drążenie tematu, czyje zaś życie jest lepsze do zbadania upierdliwymi pytaniami, jak nie życie starszego brata.
— Naprawdę? — Zainteresował się wreszcie, uniósł bystre spojrzenie, przenikliwe wręcz. Vi zerknął przelotnie na niego i uciekł wzrokiem szybciej, niż by tego chciał. — Masz wszystko zaplanowane?
— Tak.
Drugie warknięcie. Głośniejsze, mocniejsze, bardziej zdecydowane.
— I specjalne rzeczy masz przygotowane?
Virgil zaczynał wątpić, czy naprawdę wydarzyła się jakaś awaria, czy po prostu Valerius nie stworzył sobie pretekstu, by wcisnąć nos między drzwi a framugę i podążyć za nieprzeznaczonym dla niego tropem.
— Odpytujesz świadka, czy co? — fuknął na niego, samego siebie zaskakując twardością swojej uszczypliwości, ciężarem frustracji.
Valerius wiedział, że znalazł źródło unoszącego się w powietrzu zapachu niepewności, jeszcze zanim Vi się odezwał. Ale nie uśmiechnął się, nie wyprostował ramion, jego pycha cofnęła się w kąt, zostawiając na twarzy młodszego brata zmartwienie. A tak uwielbiał on wygrywać, butnie unosić brodę, co nie raz prosiła się o przywalenie za te wszystkie przechwałki.
Nie teraz.
— Nie masz pojęcia, co zrobić na urodziny Seymoura.
Już nie pytał. Spokojne stwierdzenie zmroziło Vi barki, wlało się w pęknięte szczeliny dzieła trwalszego niż ze spiżu, gotowego przetrwać wichury, sztormy, burze, cisze. I miało je przetrwać, choć nikt nie obiecał, że wyjdzie po drugiej stronie ciemnych chmur niezmienione, pozbawione rys i uszczerbków. Czym jednak je wypełnić, jakie narzędzia wziąć w dłonie, które raz zniszczyły prawie wszystko? Nie, nie miał pojęcia, jak uczcić ten wyjątkowy dzień, gdy to praca jego rąk miała przekuć zwykłe popołudnie w coś miłego, ocieplającego serce. Rzeźbiarz nieufający własnym dłoniom nadawał się jedynie do przekazania dłuta komuś innemu, kto nie zmarnuje cennego marmuru.
— Co ci do tego? — zareagował ostro, obronnie, bo za nim była już tylko ściana, zero miejsca do ucieczki w stronę wygodniejszych tematów. Ale Vi nigdy nie był mistrzem trzymania długo kłów odsłoniętych, męczył się tym jak długim płynięciem przez mętne jezioro, jak biegiem bez mety, pozbawionym celu. Dlatego Valerius nie odpuścił, docisnął go do reszty i zmęczył.
— Nawet prezentu nie masz.
Virgil zacisnął usta, wymierzył w brata to pełne szczególnej nienawiści spojrzenie, którym wyłącznie rodzeństwo potrafiło się obdarzyć, po czym westchnął jak nadmuchana zabawka przekuta szpilką. Ramiona mu opadły, głowę zwiesił, cały jakoś zapadł się w sobie, skulił, przypominając niedorobiony szkic siebie samego – poszarzały, ze starym śladem po ołówku w miejscu, gdzie powinien być uśmiech.
— Po prostu… — mruknął, machnął ręką na ekran, choć Valerius nie mógł zobaczyć tych wszystkich drogich rzeczy wyszukanych przez Vi na prezent. — Chciałbym mu dać coś… dobrego. Wartościowego.
Coś z jego ligi. Dotąd Seymour dostawał od niego własnoręcznie robione prezenty, bo co dać osobie, która może kupić sobie wszystko w każdej chwili, jak nie własne serce oraz czas? Więc tworzył dla niego z poczuciem, że ta artystyczna praca jest czymś zdolnym znaleźć drogę do schowanego głęboko serca Seymoura. Teraz wątpił. Bał się, że robił za mało w porównaniu do wycieczek niczym z bajek, magicznych prezentów i wszystkich tych pięknych chwil tworzonych przez muzyka pstryknięciem palca. Że korzystał z rozmachu Seymoura jak z pewnika, sądząc, że cokolwiek mniej wystarcza, by dać mu to samo poczucie wyjątkowości. Szukał, oglądał, patrzył, porównywał, lecz im bardziej cena wzrastała, tym paradoksalnie rosło jego poczucie, że wszystko jest jego czarodzieja niewarte, włącznie z nim samym.
Gdyby było inaczej, nigdy by go nie skrzywdził.
Valerius pokręcił głową.
— Przedobrzasz — powiedział cicho.
— Słucham?
— Przedobrzasz. Tak jak przedobrzyłeś z tą całą akcją z… — Brat zawiesił głos, wpatrzył się w Vi z niemym pytaniem, czy rozumie, do czego było to nawiązanie. Rozumiał aż za dobrze.
— Do czego zmierzasz?
— Że zawsze chcesz zrobić coś bardziej dla innych, ale nie zastanowisz się, czy to bardziej jest równe lepiej.
Wzrok bezwiednie powędrował z powrotem na ekran laptopa, krytycznie przyjrzał się wygórowanym cenom za rzeczy, które, tak mu się wydawało, były odpowiedzią na wybrakowany pomysł urodzinowy. Przyjrzał się wspomnieniom, tym palącym i wciąż bolącym, choć przecież miało być już lepiej. Przyjrzał się sobie, swojemu przekonaniu, że robi wszystko dla dobra Seymoura, chroniąc go, choć ochrona nigdy nie była tym, o co czarodziej go prosił. Zaufanie, szczerość – w tej walucie liczyły się podjęte przez Vi decyzje, lecz wszystkie monety przeleciały mu przez palce.
Chciał dać Seymourowi niebo razem ze wszystkimi gwiazdami, ale to nie zawsze o to chodziło, prawda? Czasem miłością było zerwanie jednego kwiatu na polu i powiedzenie „chodź ze mną po więcej”.
— Może najlepszym prezentem, jaki Seymour mógłby teraz od ciebie dostać, to pewność, że jesteście w tym razem — dokończył Valerius, przyglądając się znieruchomiałemu na krześle Virgilowi.


Pewne rzeczy się nie zmieniały.
Kroki wybrzmiały w korytarzu, równe, spokojne, wiedzące dokładnie, gdzie zmierzają. Dłoń sięgnęła klamki przez zwykłych odruch, chociaż serce dobrze wiedziało, co zaraz się wydarzy. Virgil otworzył drzwi swojego studia, nim palce zdążyły się zacisnąć na metalu, znalazł przed progiem Seymoura, jak inaczej, usłyszał go i wyczuł już u wejścia do budynku.
— Seymour — powiedział cicho jak zaklęcie, nie tak dawno temu wypowiadane bez skutku, aż blisko stanęło się niewiary w jego moc. Ale w wilczej naturze leżało przywiązanie do niemożliwego, nawet jeśli samochód dawno odjechał, a pociąg latami nie wypluł z siebie znajomej twarzy, uszy wciąż nasłuchiwały, oczy wypatrywały.
Były czarodziej uśmiechnął się lekko, szczerze i nawet nie było w nim bólu. Przywitanie było zbyt krótkie, by w sercu pojawiło się zawahanie, a w obliczu coś trudnego do rozszyfrowania.
— Vi — odpowiedział Seymour również półgłosem, domykając rytuał i tę prostą chwilę, gdy było po prostu dobrze. Dla tych kilku sekund Virgil spędziłby godziny trudów.
Wciągnął w swoje objęcia mężczyznę, ścisnął mocno, a Seymour mu na to pozwolił, wtulając twarz w jego szyję. Ciała znały siebie, wiedziały, gdzie chwycić, by przyciągnąć siebie jeszcze bliżej, gdzie się oprzeć, by najlepiej poczuć swoje ciepło, nawet jeśli coś w środku myślało o przeszłości, a nie o łagodności tego dotyku. Ich ruchy były zbyt instynktowne, naturalne, potrzebne im obydwu. Mimo iż wciąż czuli zgrzyty i widzieli te wszystkie różnice, których kiedyś tam nie było, trwanie w swoich ramionach rodziło ponad tym tę jedną, oczywistą pewność – że tak powinno być.
— Wszystkiego najlepszego — szepnął Vi do ucha czarodzieja.
Chwila ciszy, w końcu poczuł ciepły oddech na skórze.
— Już jest najlepiej.
Virgil zagryzł lekko wargę, bo usłyszał w głosie Seymoura tę rozterkę, miłość, usłyszał tę radość, że to wciąż Vi trwał przy nim, jak i ten żal do siebie samego, zawsze do siebie samego. Zawór puścił na chwilę, pozwolił zajrzeć do wnętrza, a wilkołak spojrzał, choć o wiele łatwiej byłoby odwrócić wzrok.
Pociągnął Seymoura w głąb studia, między kamienny pył, kurz i artystyczny nieład czyniący z tego miejsca jego prywatne sanktuarium, gdzie chłód marmuru zmieniał się pod jego opuszkami w dzieło z sercem. Teraz lampy pogrążone były we śnie, niedokończone rzeźby zmieniając w ciemnych strażników półmroku. Wystarczył jeden krok, by nadziać się na ich ostry fragment, otrzeć dłoń o nieoszlifowany piaskowiec, Vi jednak wymijał zgrabnie niebezpieczne kanty, widząc i czując więcej, trzymając za rękę Seymoura i prowadząc go dalej, ku oazie światła majaczącej przed nimi.
Zabrane z pchlego targu lampy i świece zamknięte w latarenkach zepchnęły łagodnym blaskiem mrok w zagłębienia stojących obok rzeźb, przegoniły go w kąty, by nie zawadzał. Z otoczonego ich łagodnym światłem kawałka studia uczyniły samotną gwiazdę na ciemnym niebie pomieszczenia, gwiazdę miłą i ciepłą, wypełnioną kocami, poduchami i przekąskami, choć wcale nie to przykuło uwagę Seymoura. Vi dostrzegł, jak szafirowy wzrok łowi koło garncarskie, miskę z wodą, glinę i resztę przyborów rozłożonych na stoliku obok, błyszczących prawie jak nowe.
— Um, ja… Nie jestem mistrzem gliny — zaczął jakoś nieskładnie, nerwowo. Czuł się tak, jak podczas tego pierwszego razu, gdy Seymour zajrzał do jego studia, a on nieudolnie próbował udawać, że wcale go nie goni w labiryncie rzeźb. — Kiedyś próbowałem się tym więcej bawić, ale tak to wszystko leżało zakurzone… Wyciągnąłem to teraz, bo może… — Uśmiechnął się, choć dłonie potarły o siebie mocno, niespokojnie. — Zrobimy twój prezent urodzinowy razem? Jeśli chcesz?
Specjalnie wybrał coś, w czym obaj byli niedoświadczeni, Virgil może trochę mniej niż Seymour, nadal jednak ceramika stanowiła dla niego nieokiełznaną dziedzinę, liźniętą przypadkiem, bo artysta z piętra wyżej miał piec, swego czasu pozwalał mu wypalać pojedyncze prace. Poza tym glina stanowiła wyjątkowy surowiec umożliwiający podjęcie pracy mnóstwo razy od nowa. Wymagała wprawy, owszem, potrafiła zapaść się przy niewłaściwym ułożeniu ręki, ale potem koło obracało się dalej, materiał zamieniał się z powrotem w kulę i woda znów się lała, pozwalając wyrabiać kształty raz jeszcze. I tak godzinami, aż przed sobą miało się efekt swojej pracy, choć droga prowadząca ku niemu była bodaj tą najważniejszą częścią procesu.
Pojawił się w Seymourze ten znajomy błysk, otwarty i radosny, jakby Vi był lustrem, w którym odbija się ukryte w mężczyźnie światło i potęguje jego moc. Ale tatuaże na dłoniach szybko przygasły, owo światło umknęło, zduszone u źródła. Przed sobą Virgil znów miał ten sam kamień, co przyszedł do jego studia bez uśmiechu na twarzy, bez zbędnych gestów, z krawędziami ostrymi jak jego język i zimnem oblepiającym powierzchnię. Wzruszał obojętnie ramionami, sprawiając wrażenie kogoś, po kim wszystko spływa, ale Vi dobrze pamiętał, jak samotnie wyglądał on we wypełnionym muzykami studiu Voxa.
— Wiesz, to nie jest chyba dobry pomysł — powiedział, nie patrząc na wilkołaka. — Chwila, moment i coś zjebię…
Virgil wepchnął się z całą wilczą siłą między jego słowa.
— To naprawimy to. — Splótł palce Seymoura ze swoimi, czekając, aż mężczyzna na niego spojrzy. Szafir zerknął na ich dłonie, po czym wziął sobie za asekuracyjną linę wilczą rękę, wspinając się po niej powoli, z obawą, że zaraz spadnie znów w przepaść własnych wątpliwości. — Ty i ja. Okej?
Seymour nie potrafił mu odmawiać i Virgil wiedział, że tak też się nie stanie. Dlatego też patrzył na niego i prosił, by jego odpowiedź była czymś więcej niż zwykłą zgodą. By uwierzył na tę chwilę, że tak właśnie będzie, nieważne co, nieważne jak wcześniej się rzeczy potoczyły.
— Okej — odpowiedział prawie szeptem, zacisnął mocniej palce na śniadej skórze. Wierzę. Nieśmiały uśmiech wygiął kąciki ust Vi nieznacznie w górę.
Zostawili wygodę przygotowanego legowiska na później, przeszli do tworzenia w glinie. Roboczy fartuszek osłonił przód Seymoura, były czarodziej podwinął rękawy, wziął łyk otworzonego piwa i stanął nieruchomo między kocami a kołem, jakby nie był pewien, gdzie się podziać, ile miejsca ma zająć.
— Nie wiem, od czego zacząć — mruknął, patrząc na glinę i narzędzia jak na dzikie stworzenia mające w zamiarze go ugryźć. Obce przyrządy były prostą drogą do nieosiągnięcia perfekcji przy pierwszym podejściu. Do pokazania raz jeszcze, że do niczego się nie nadaje, więc gdzie był cały sens w zaczynaniu tej pracy.
— Najlepiej od gliny — odezwał się Vi z zaczepną nutą tlącą się na dnie głosu. — Fundamentu wszystkiego. Trzeba ją wpierw nieco wyrobić, żeby potem bańki powietrza nie przeszkodziły w dalszych krokach.
Bloczek brunatnego surowca czekał na roboczym stole, aż ktoś rozgrzeje go w swoich dłoniach. Virgil pokazał Seymourowi drucik do wycinania kawałków, pokierował go, gdzie najlepiej będzie odciąć część, a potem razem zaczęli ugniatać glinę. Trochę on, trochę Seymour, gdy jednemu zmęczyły się dłonie, drugi przejmował pałeczkę, póki Vi nie stwierdził, że się na da.
Zajął miejsce przy pedale, Seymoura sadzając naprzeciwko, by pozwolić mu skupić się na rzeźbieniu, gdy on będzie w międzyczasie nadawał tempo. Pokazał mu podstawy, jak trzymać ręce, gdzie oprzeć łokcie i pamiętać, żeby nie uciekały w górę, jak znaleźć właściwy kąt dla dłoni do pracy. Mężczyzna słuchał uważnie, ale w ruchach było zawahanie, w spojrzeniu brak przekonania. Zaufał, choć nie obiecał, że nie zwątpi, Vi nie mógł mu się dziwić.
Sam wątpił. Czy to wyjdzie, czy Seymour po prostu nie porzuci tego w połowie, czy faktycznie przyjmie od niego coś, czego nie dało się policzyć po jednym dniu i powiedzieć, że prezent się przyjął. Poszedł jednak za wskazaniem brata i próbował, bo Seymour wart był każdej próby.
— Na kole glina musi siedzieć mocno i stabilnie — powiedział, mocnym ruchem rzucając gliną w środek koła. Z głuchym uderzeniem surowiec trafił na powierzchnię, Vi poprawił jego kulistą formę, sprawdził, czy na pewno zajmuje centralną część. — Inaczej gdy wszystko nabierze tempa, po prostu się rozleci.
— To śrubą najlepiej by było przykręcić — prychnął Seymour, naparł lekko podstawą dłoni na glinę. Nie poruszyła się.
— Nie można cały czas trzymać jej na siłę w dłoniach — odparł Virgil i sięgnął po wodę z miski. Wilgotne palce otuliły glinę, pedał poruszył kołem i całość zaczęła wirować pod jego ostrożnym dotykiem. — Musisz dać jej oddech, by mogła zmienić się w coś pięknego. Podstawa ma siedzieć twardo, zgadza się, ale reszta… — Spojrzał na Seymoura, ten poprawił się na krześle, westchnął cicho, wyciągnął wreszcie rękę. Vi ułożył blade palce tam, gdzie przed chwilą były jego, pozwolił znaleźć mu samemu właściwą siłę nacisku. — Reszta powinna przepływać ci przez dłonie.
Przez chwilę tylko poruszał pedałem i patrzył, jak uparcie wręcz Seymour trzyma glinę zamkniętą w dłoniach, bojąc się poruszyć. Ściskał ją i ściskał, a gdy wreszcie odważył się oderwać od niej ręce, zrobił to nieco za szybko, wywołał drgania i glina rozpadła się w nieokreślony kształt.
— To się dzieje, jak puszczam — stwierdził tak spokojnie, naturalnie, jakby dopisywał kolejny argument do potwierdzonej już hipotezy. — Wszystko się wali.
— Więc spróbujmy jeszcze raz — odpowiedział łagodnie Virgil, chwytając dłonie Seymoura, zanim mężczyzna zdążył je zabrać zupełnie. Wilgotnym kciukiem potarł jego nadgarstek, uśmiechnął się ciepło, zachęcająco, bo porażka nie była końcem. Nie tutaj. Nie między nimi.
Przekonał Seymoura i przekonał sam siebie, że mimo pęknięcia jego dłonie są w stanie wciąż tworzyć, że mogą dotknąć i nie poszerzyć stworzonej wyrwy, lecz pozwolić jej scalić się z oryginalnym dziełem i wykwitnąć nowym, innym życiem. Razem pochylili się nad kołem, podjęli pracę, choć glina raz po raz odmawiała współpracy, zapadając się, rozlatując, brudząc wszystko dookoła, aż więcej jej było na nich niż na kole. Ale nie przerwali rzeźbienia, po jakimś czasie znajdując tę harmonię, której potrzebowali. Ich głowy oparły się o siebie, nieco zmęczone ramiona wiedziały, jak się poruszać, by odpowiedzieć na ruch tego drugiego, ściszonymi głosami poprawiali się, cieszyli, klęli, głupio martwiąc się, że krzyk wpłynie na niestabilny twór i znów wszystko pójdzie w cholerę. Zapach mokrej gliny łaskotał nos, jej resztki zasychały na czołach i policzkach, gdy przecierali je dłońmi bądź poprawiali sobie nawzajem włosy. Gdzieś w tle wypalał się wosk w latarenkach, gdzieś daleko miasto zasypiało, a ich palce w tym czasie odnajdowały siebie na cienkich ściankach powstającej miski i rozumiały wzajemną, czułą pracę. Bez pytań, bez układania otrzymanych odpowiedzi pod swoje niepewności. Tylko oni i ten łagodny dotyk, skupiający na sobie całą uwagę.
Koło zawirowało po raz ostatni, ręce opadły, oddechy ze świstem opuściły usta. Głęboka miska miała nieco falowane krawędzie, z jednej strony wydawała się bardziej wypukła niż z drugiej, ale mieli ją wreszcie przed sobą. Vi zaczął wybiegać myślami wprzód, gdy przejdzie czas na pierwsze wypalenie i będą mogli ją pomalować.
— Nie wyszło idealnie — wyrwał go z zamyślenia Seymour, krytycznym okiem oceniając gliniany twór. Nie było w nim tej frustracji, z jaką podchodził na początku do rzeźbienia, bardziej chłodne pogodzenie się z tym, że tak musiało być.
— Nie usiadłem tutaj z tobą, żeby stworzyć coś idealnego — odparł Virgil, chwytając dłoń mężczyzny własną, tak samo brudną od gliny i zmęczoną. Szare, mokre, twarde na opuszkach, niby wykute z jednego kamienia. — Może nie jest perfekcyjne, gładkie, równe… ale nie musi być, żeby było dobre. Nigdy nie musiało. — Głos mu nagle zadrżał i czuł, że słowa już nie dotyczą gliny, że serce samo zaczęło mówić, gdy ich spojrzenia nie oderwały się od siebie. Nawet gdy dzieliło ich coś więcej niż odległość, zatracał się w Seymourze tak, jakby jego bliskość była tlenem, a samo jego istnienie płucami pozwalającymi mu oddychać. — To, że jest, stanowi wystarczający powód, by go kochać.

Cytat w tytule: Wergiliusz – Eneida

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz