Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

05 października 2026

Od Felixa do Nikolaia

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał. Felix wkroczył do sklepu krokiem luźnym, swobodnym, właściwym człowiekowi, który nigdzie się tego dnia nie spieszy i z tej przyczyny ma bardzo dobry humor. Starannie dobrana maska przypadkowego przechodnia, jednego z wielu klientów przybytku, skrywała bystre na co dzień spojrzenie i analityczny umysł, w okamgnieniu oceniający zebrane wokół przedmioty według tego, jak dałoby się ich użyć jeśli sprawy przybrałyby krytycznie zły obrót, szukał potencjalnych dróg ucieczki, gdyby przeciwnik postanowił nie przebierać w środkach. Felix nabrał głębiej oddechu. Drzewo sandałowe, wosk, zielony zapach ziół, szczypta magii i kryształu – gdyby kompozycję zamknąć we flakonie, nazywałaby się Magiczne Różności.
Malowane kamyki, odpowiednie dla każdego ze znaków zodiaku. Woreczki nieistniejących soli, kurujących najdziwniejsze dolegliwości. Szklane kule, wahadełka, talie tarota, lekko wytarte, bo w tym przypadku „wytarte” znaczy „sprawdzone” a nie „zużyte”. Laleczki ze sznurka i brokatu, mające brać na siebie wszelkie klątwy rzucone przez nieżyczliwych, do tego łapacze snów, tęczowe piramidki, kadzielnice, przepotężny wybór kadzidełek na każdą możliwą okazję, jeszcze puzderka niewiadomego przeznaczenia, filigranowe figurki, szklane kulki, paciorki, cała szafa biżuterii i na końcu kula-wróżba, nie do odróżnienia od tej, którą kiedyś dołączali do dziecięcego zestawu w McRonaldzie… Felix uśmiechnął się pod nosem.
To była pierwsza dobra wiadomość w całej tej kabale: nie miał do czynienia z mafią, z gangsterami, nie miał do czynienia z policją, z agentami, nie miał też do czynienia z wróżbitą, prawdziwym ekspertem świadomym w pełni, co takiego trzymał w rękach. To był tylko zwykły, drobny naciągacz, sprzedający ludziom kolorowe placebo na ich szare i zwyczajne problemy. Felix poczuł, jak z jego ramion spada nieco ciężaru.
— Dobry wieczór! — Zza lady wychynął młodzieniec w spiczastym kapeluszu, odgarniając za ucho fioletową grzywkę, uśmiechając się do niego tak ładnie i zachęcająco, że Felix poczuł coś na kształt zawodowego szacunku. — Zdążył pan idealnie na wieczorną promocję. Jest pan zainteresowany? W czym mogę pomóc?
— O, niech się pan mną nie przejmuje. — Felix odpowiedział równie przyjaznym i promiennym uśmiechem, zerknął na plakietkę z imieniem. — Rozglądam się tylko. Przechodziłem, zobaczyłem szyld i pomyślałem, że dawno nie byłem w porządnym sklepie z… — zatoczył ręką krąg po półkach — …różnościami.
— RZĄD UKRYWA PRAWDĘ O GOŁĘBIACH — oznajmił biały kruk z żerdki nad kasą.
— Proszę się nim nie przejmować. — Nikolai machnął ręką. — Kokos ma dziś dzień sceptyka.
— A więc to jest Kokos.
Felix wolnym krokiem okrążył jedną z półek, obdarzył uwagą każdą ze znajdujących się na niej różności. Podniósł jeden z malowanych kamyków, obrócił go w palcach, uniósł brwi z odmierzoną dozą naiwnego zachwytu.
— A ten tutaj? Co potrafi?
Nikolai rozpromienił się, złożył dłonie w profesjonalną piramidkę.
— Doskonały wybór! Widzę, że jest pan prawdziwym znawcą i oko pana nie myli. To najprawdziwszy awenturyn, kamień przychylny finansom. Jest ulubionym kamieniem szlachetnym Ebisu-jina, senkawańskiego patrona kupców, a jeśli ktoś nosi go w lewej kieszeni marynarki, tuż nad sercem… — zniżył głos do konfidencjonalnego szeptu — …pieniądze same zaczynają go szukać.
— Profesjonalisty to aż miło posłuchać — przyznał Felix.
Obracał w palcach otoczak z parku, pomalowany zmyślnie lakierem do paznokci, chyba starym i lekko wyschniętym, bo po bokach zostały zastygłe fragmenty, tym bardziej upodabniające kamyk do czegoś, koło czego nigdy nie leżał.
— Biorę. — Dziesięć funtów zmieniło właściciela, a w oczach sprzedawcy błysnęło zadowolenie. Teraz Felix był już klientem, nie intruzem, i mógł robić to, po co naprawdę przyszedł: grać.
Grał więc, sącząc uprzejme pytania między jedną błyskotką a drugą. O interes – szedł znakomicie, dziękuję, że pan pyta. O kruka – kupiony jako pisklę, karmiony z ręki, teraz powtarza, co usłyszy u dziadka w telewizji. Nikolai mówił dużo i chętnie, z tą zawodową serdecznością, która u Felixa zapalała zawsze tę samą lampkę – bratnia dusza, tylko grająca o bezpieczną stawkę – a przy okazji nie zdradził o sobie niczego, czego nie chciał zdradzić. Dobry był. Naprawdę dobry.
A potem Felix podniósł wzrok na ladę i cała lekkość wyparowała mu z klatki piersiowej, choć uśmiech nawet nie drgnął.
Leżała tam figurka. To znaczy to, co z niej zostało – nefrytowy człowiek z rozprutą klatką piersiową i pustymi oczodołami, ułożony na skrawku aksamitu niczym pacjent porzucony w połowie operacji. Obok, na tekturce, widniał odręczny cennik, a nad nim radosny szyld: „REMEDIA NA WSZELKIE DOLEGLIWOŚCI – organy naturalne, £250 /szt.".
„O. Nie.”, pomyślał Felix bardzo spokojnie, nie przestając się uśmiechać.
— A to co? — zapytał lekkim tonem, stukając palcem w blat obok rozprutej figurki, jakby dopiero ją zauważył. — Ciekawa sztuka. Ten cały komplet. Ile za całość?
— Aaa, widzę konesera. — Nikolai zatarł dłonie. — Tyle że to nie żaden komplet, proszę pana. To kolekcja niezależnych remediów, każdy organ sam jest majstersztykiem. Serce na sprawy sercowe, płuca na oddech i spokój, żołądek na niestrawność, wątroba, wiadomo, na skutki zbyt udanych imprez. Sprzedaję pojedynczo. Dwieście pięćdziesiąt od sztuki.
— Hm, to w takim razie to policzmy. — Felix uśmiechnął się z zapałem człowieka, który właśnie wybrał z katalogu swoją kuchnię marzeń. — Serce, płuca, żołądek, wątroba, cała reszta, plus ta taka… to opakowanie na wszystko. Kukła? Ciało? No, nie ważne, jak zwał tak zwał. — Uśmiechnął się szerzej. — Jeśli wezmę wszystko, policzy mi pan jakąś zniżkę? Tak dla ostatniego klienta, przed zamknięciem? Ta wieczorna promocja…
Uśmiech sprzedawcy przeszedł gładko przez feerię barw, przenosząc ich przez wszystkie emocje, aż do obramowanego smutkiem zawodu.
— I tu, widzi pan, pojawia się delikatny problem natury logistycznej. — Nikolai rozłożył ręce w geście bezradności, dopracowanym pewnie przed lustrem. — Większość artykułów trafiła już w ręce zadowolonych nabywców.
Felix skinął głową, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, w myślach zaś nie musiał nawet liczyć, ile śmierci chodziło w tej chwili po mieście w cudzych kieszeniach.
— Ach, to pech. — Westchnął lekko, jakby chodziło wyłącznie o spóźniony tramwaj. — No ale od czego są poprzedni właściciele. Niech mi pan szepnie, kto co kupił, a ja resztę załatwię sam. Powiedzmy, że mam żyłkę kolekcjonera i z chęcią stałbym się szczęśliwym posiadaczem kompletu takich pięknych organów.
— Ach, niestety. — Sprzedawca przyłożył dłoń do serca. — Obowiązuje mnie dyskrecja – nie mogę przecież powiedzieć komuś innemu, kto co u mnie u mnie kupił. To nieprofesjonalne, a na brak profesjonalizmu w swym zawodzie nie daję miejsca. U mnie zaufanie klienta to rzecz święta.
— Święta jak ten awenturyn z parku?
Przez twarz sprzedawcy przemknął cień – wpier urazy, potem zaś uznania. Felix zaliczył sobie pół punktu.
— Awenturyn działa wyłącznie na tych, którzy weń wierzą — odparł gładko. — Pan nie wierzy, a i tak go kupił. To się dopiero nazywa prawdziwa magia.
— ZAUFANIE TO KONSTRUKT — zaskrzeczał Kokos. — KUP AMULET.
— Nawet pana kruk zna się na interesach — mruknął Felix.
— Jest wyjątkowo inteligentny. — Sprzedawca pochylił się nad ladą. — Proszę posłuchać, bo widzę, że jest pan człowiekiem rozsądnym i niebagatelnym. Listy klientów, którzy zakupili organy niestety nie mogę panu dać i to nie jest coś, co możemy tutaj negocjować. Widzi pan, chodzi o zasady i ochronę konsumenta – na pewno pan sam nie chciałby, żebym paplał na prawo i lewo, co takiego pan kupił w moim sklepiku. Honor sprzedawcy tego zabrania i choćby mnie pan na ogniu przypiekał, niczego panu nie powiem.
Felix przelotnie zastanowił się, czy musiałby w ogóle rozpalać grilla, żeby Nikolai wszystko mu wyśpiewał.
— Niemniej jednak nie chciałbym pana zupełnie odprawiać z kwitkiem, jest pan w końcu również moim klientem, dlatego też mam pewną ofertę. Z 80% zniżką mogę panu sprzedać wahadełko do odnajdywania rzeczy zagubionych. Co w nim najlepsze to to, że im bardziej się czegoś pragnie, tym mocniej się wychyla i tym precyzyjniej wskazuje lokalizację zguby. Dwadzieścia funtów i wytropi pan te organy jeden po drugim, a jeśli kiedykolwiek coś się panu zgubi, wahadełko z pewnością to znajdzie. To nie tylko rozwiązanie pana obecnego problemu, ale i inwestycja na przyszłość. I tylko dwadzieścia funtów! Normalnie chodzi po sto!
— Kusząca oferta. — Felix oparł się o ladę. — Tylko że gdyby to wahadełko cokolwiek tropiło, nie opychałby go pan nikomu, lecz sam chodził po skarby. A pan stoi za ladą.
— A pan kupuje rozebraną kukłę, o którą nikt przytomny by nie zapytał. — Sprzedawca uśmiechnął się promiennie. — Każdy ma swoje dziwactwa. Swoimi zaś śmiało jestem w stanie opłacić czynsz.
Felix roześmiał się, szczerze, krótko, potem postawił sprawę jasno. Zabawa zabawą, ale słońce dawno zaszło, a gdzieś w mieście tatuowany człowiek szukał swojej zguby.
— Zapomnijmy o liście. Nie chcę pańskich klientów, chcę tego, co pan jeszcze ma. Co zostało z zestawu?
Nikolai zmierzył go długim spojrzeniem.
— Ostatnia nerka — powiedział w końcu. — I sama figurka. Bez organów wewnętrznych jest wyłącznie dekoracją. — Pogładził pustego nefrytowego człowieka. — Dla pana, z sentymentu do kolekcjonerów, jedynie trzysta.
— Trzysta? Za jedną nerkę i pustą kukłę, kiedy sama nerka idzie po dwieście pięćdziesiąt? — Felix uniósł brew.
— Dwieście osiemdziesiąt i dorzucam woreczek soli księżycowej. — Uśmiech ani drgnął.
— Dwieście pięćdziesiąt, a sól niech pan zostawi sobie. Widziałem, z której miejskiej skrzyni pan ją nabiera.
Chwila ciszy. W końcu sprzedawca wyciągnął rękę.
— Dwieście pięćdziesiąt. — Dłonie się spotkały. — Ale wróży pan sobie sam.
Pięć minut później stał już na ulicy, ściskając w dłoni torbę z pustym nefrytowym człowiekiem i jedną jedyną nerką, za plecami słysząc jeszcze radosne „zapraszam ponownie!” i skrzek o chemtrailach.
Miał figurkę i ostatni kawałek, jaki dało się tu zdobyć. Nikolai zaś nie miał pojęcia, co przeszło przez jego przybytek, i – jeśli Los okaże odrobinę jebanej przyzwoitości, na co Felix akurat nie liczył – nigdy się nie dowie. Tyle że reszta Héhé Yùrén była już rozsypana po całym mieście, i z każdą godziną robiła swoim właścicielom coś, czego żaden z nich sobie nie życzył. A gdzieś za tym wszystkim czaił się Biały Lotos i solmaryjska mafia, którzy prędzej czy później stwierdzą, że żarty się skończyły.
Felix postawił kołnierz i przyspieszył kroku, z jedną żarliwą nadzieją – z gatunku tych, które Los uwielbiał spełniać à rebours – że zanim Shen Hongyan wytropi swoją zgubę, on zdąży ją pozbierać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz