Mgła przyszła od rzeki wczesnym popołudniem, a do zmierzchu zdążyła połknąć pół Stellaire – latarnie, szyldy, wieżę ratusza, korony kasztanów na bulwarze, wszystko, co tylko w mieście było. Zostawiła jedynie okna. W nich bowiem paliły się świece, jedna przy drugiej – w słoikach, w szklankach, w barwnych kloszach kupionych na straganie przy cmentarnej bramie, i Janek, idąc przez park, miał wrażenie, że to wcale nie miasto, tylko jedna wielka, mokra łąka, nad którą harcują świetliki.
Plecak ciążył mu na ramionach. Ogórki gruntowe, małe i twarde, do tego pęk kopru z baldachami, korzeń chrzanu, dwie główki czosnku, garść dębowych liści od starego Hrubego, handlującego tym, czego nikt na targu nie miał, i papierowa torebka gorczycy, białej, okrągłej jak paciorki od różańca. I jeszcze sól, taka zwykła, kamienna, bez żadnych tam wynalazków i prozdrowotnych ponoć udziwnień.
Od strony cmentarza szedł dym. Ktoś palił zioła – piołun, jałowiec, macierzankę – i zapach ten wsiąkał w mgłę, ciężki, gorzki i swojski, aż Janek zwolnił kroku i odetchnął głębiej. Tak pachniało mu w Noc Cieni. Tak pachniały ręce ojca, kiedy wracał od ogniska i kładł je synowi na rudej głowie, ciepłe, szorstkie, przesiąknięte dymem, w dawnych czasach, gdy świat był dla niego mniejszy i trochę bardziej zrozumiały, bezpieczny.
Z kaplicy za murem dobiegał śpiew. Unosił się niby woal, spowijając swym pięknem cały cmentarz, rozsnuwający się w jesiennym powietrzu. Ścisnęło się w jankowej piersi, bo oto groby rodziców zostały daleko, w Medwi, za górami i lasami, za granicą, której nie szło mu przekroczyć. Jedyne, co zostało, to świeczkę im w oknie zapalić, jak to robił w zeszłym roku, i w poprzednim, i jeśli bogowie dadzą, to i w przyszłym i kolejnym.
Wtedy je zobaczył.
Stały na ścieżce między dwiema ławkami, tam, gdzie mgła zadawała się najgęstsza – chłopiec i dziewczynka, trzymający się za ręce. Same. O zmierzchu, w parku przy cmentarzu, bez matki, bez ojca, bez nikogo. Takie małe.
Janek spiął się w sobie, przygotowany na ryk instynktu, bo przecież młode pozostawione bez opieki to doskonały cel, idealna zwierzyna, ofiara dla niego, wystarczyło mu tylko parę susów, jeden zamach i…
I nic.
Instynkt milczał, bodaj pierwszy raz. Wcześniej nie wadziło mu, czy Janek był najedzony, czy ranny, czy czym innym zajęty – wołał go zawsze, ledwie coś mniejszego i słabszego pojawiło się w pobliżu… Teraz jednak odpowiadał mu kompletną ciszą, zupełnie tak, jakby tam, w tej mgle, nikogo tak naprawdę nie było.
— To ci dziwowisko — mruknął Janek i ruszył w stronę dzieci.
Usłyszawszy dźwięk kroków, dzieci odwróciły się do niego. Janek po strażacku ocenił, że mają gdzie mieszkać i dba się o nie bardzo. Okrągłe buzie, uczesane włoski, nowe ubranka i to pogodne spojrzenie dzieci, które uniesioną rękę widziały tylko trzymającą łakocie lub nowego misia. Pachniały lukrem, wanilią, palonym cukrem, syropem różanym i marcepanem, jak te ciasteczka na Yule, prosto z witryny największej cukierni w centrum, jednak pod tym zapachem nie kryło się nic więcej. Pustka. Całkowita i jałowa.
Przykucnął, by na dzieciaki nie patrzeć z wysokości meblościanki.
— Zgubiliście się?
— Nie — powiedział chłopiec, potrząsając głową.
— My szukamy — dodała dziewczynka.
— A czego? Zabawka wam się tu gdzieś straciła?
Dzieci popatrzyły po sobie, odpowiedziały razem, jednym głosem, jakby mu wyuczony na pamięć wierszyk recytowały:
— Szukamy gor-czy-cy.
— Co że?
— Proszę pana — dziewczynka przechyliła głowę — czy ma pan gorczycę? Potrzebujemy dwóch ziarenek, tylko dwóch.
— A na cóż wam dwa ziarenka gorczycy?
— Bo w niebie jest nam za słodko — odparł chłopiec.
— To ci wyjaśnienie — zafrasował się Janek.
— Tam wszystko jest ze złota i z cukru — podjęła dziewczynka. — Boscy słudzy śpiewają, i wszyscy są dla siebie dobrzy i mili. Tam nikt nie jest nigdy głodny, nie jest zimno, nikt się na nikogo nie gniewa i nic nie trzeba robić. Tylko my nie możemy wejść dalej. Stoimy w bramie i nie możemy.
— Bo za życia — chłopiec wbił wzrok w czubki swoich ślicznych lakierków — nie znaliśmy goryczy. Mama dawała nam wszystko. Pierniki, karmelki, konika na biegunach, lalkę z porcelanowymi rączkami. Tata nosił nas na barana. Bawił się z nami do późna i nigdy nie kazał robić lekcji. Nikt nigdy nam nie powiedział „nie”.
— Nigdy-nigdy — dodała dziewczynka, a potem, ciszej: — I teraz nie możemy wejść.
— A kto wam tak powiedział, że wejść nie wolno? Musi jakiś bardzo dziwny człowiek.
— Boski sługa, co pilnował bramy. — Chłopiec wyprostował się i wyrecytował starannie uroczystym głosem: — Kto nie doznał goryczy ni razu, ten nie dozna słodyczy w niebie.
Janek pokiwał głową. Brzmiało to jak coś, co mogłaby powiedzieć stara Słaboniowa, gdyby jeszcze żyła – ona zawsze miała dla każdego takie rady i mądrości, do niej się ludzie zwracali z bolączkami, choć najczęściej owych rad nie słuchali. Strażak westchnął, zdjął plecak z ramion, rozsupłał troki, odsunął koper, pogmerał nieco, i wyjął papierową torebkę. Zgrzytnęła w palcach, ziarenka przesypały się w środku z suchym szmerem.
— Tu mam. Więcej, niż te dwa ziarenka się znajdzie.
Wtem dzieci cofnęły się o krok, nie puszczając swoich dłoni.
— Nie od pana — powiedział chłopiec.
— Co? A to czemu?
— Bo nie możemy wziąć od kogoś, kto sam nie wie, co to gorycz.
Dziewczynka przyglądała mu się długo, wzrokiem przeszła od rudej czupryny, przez porządną kurtkę, rozpięty plecak, szorstkie dłonie, aż po ubłocone buty.
— Pan jest jak nasz tata — orzekła w końcu. — I pachnie pan obiadem. Pan na pewno też ma wszystko. Rodzice pana kochali.
Janek nie odpowiedział od razu. Nie sprzeczał się, gdy nie był czegoś pewien, a tu nie był pewien niczego. Pomyślał o wynajętym mieszkaniu, o telefonie z kablem, o skrzynce na listy, do której zaglądał codziennie, choć listów przychodziło mało, głównie z supermarketów rzeczy. O pięciu identycznych koszulkach w szafie. O remizie, gdzie Tarik zostawiał mu na stole krzywo pokrojone ciasto, a Ylva pytała, czy się wysypia. Czy to było wszystko? Może. Może i tak.
— Ano kochali — powiedział wreszcie. — Mamuś i tatuś. Bardzo mnie kochali.
— I dawali panu wszystko?
— Nie.
— Czemu? — Dziewczynka zmarszczyła brwi. — To nie kochali pana dosyć?
Janek obrócił w palcach torebkę z gorczycą.
— Kochali za bardzo, żeby dawać wszystko.
Dzieci popatrzyły po sobie, na uroczych buziach odmalowało się to samo niezrozumienie.
— Jak byłem mały — kontynuował Janek — to jak każde dziecko chciałem dużo rzeczy. Chciałem broić i dokazywać, chciałem się bez przerwy bawić, chciałem jeść, najlepiej samo słodkie, ale rodzice mi nie pozwalali. Zakazy stawiali, że nie ma jedzenia, aż rąk nie umyję, nie ma swawolenia, aż pracy w polu nie zrobię.
— I to było gorzkie? — zapytał chłopiec.
— Wtedy mi się zdawało, że najgorsze na świecie. — Kącik ust Janka drgnął w uśmiechu. — Ale to jeszcze nie to. Póki przy mnie byli, prawdziwej goryczy żem nie zaznał.
Dzieci czekały. Mgła przesuwała się między nimi, z kaplicy płynął śpiew, a świece w oknach migotały. Janek nie zaczynał trudnych rozmów. Nie musiał, bo zawsze był ktoś, kto zaczął za niego – Ylva z tym swoim łagodnym, nieustępliwym „no to opowiedz”, kapitan Arnbjǫrg jednym krótkim pytaniem trafiającym w sedno. Teraz nikogo takiego nie było. Była tylko dwójka dzieci i ich trudne pytania.
— Tatuś nauczył mnie wszystkiego, co umiem — powiedział. — Naprawiać, pomagać… A potem zapomniał. Najpierw, jak się naprawia, potem, jak się pomaga. I w końcu zapomniał nawet, jak ja mam na imię. Mówił do mnie „proszę pana”.
Dzieci milczały.
— Mamuś moja długo leżała w szpitalu. W takim dużym, pełnym lekarzy, tam gdzie ściany są białe i lampy bardzo mocno świecą. I coraz mniej było jej w niej samej. — Przełknął ślinę.
Nie powiedział nic więcej. Dziewczynka ścisnęła mocniej rękę brata.
— Od tamtej pory nikt na mnie w domu nie czeka. — Janek popatrzył na swoje dłonie, wielkie, zdolne wyciągnąć człowieka spod betonu, skręcić kark sarnie i zaszyć dziurę w skarpecie. — Ludziom mówię, że wspominam ich bez goryczy, rodziców moich. Dziwują się trochę, ale to prawda. Nie da się, żeby człowiek gorycz cały czas w gębie trzymał – przełknąć ją trzeba, żeby móc gadać do innych, żeby coś ugotować, rano wstać i do roboty jechać. Tu ona się wtedy pojawia. — Postukał palcem w pierś. — W sercu sobie dom czyni tam, gdzie oni wcześniej byli. Osiada tam, ale tak jak w musztardzie na początku piecze, a potem smak nadaje, tak i z czasem gorycz ta w sercu zmienia się na ciepło. Ból odchodzi, lecz co dobre, to zostaje
Wahanie nadal malowało się w dziecięcych oczach.
— A nasi rodzice? — zapytała dziewczynka. — Co oni teraz robią?
Janek mógłby skłamać. Ludzie kłamią dzieciom w takich chwilach, z dobrego serca, chcąc oszczędzić im bólu. Jemu jednak rodzice nie kłamali nigdy, chociaż ciężkie pytania im czasem zadawał, i tak i jemu zostało.
— Wasi rodzice znają gorycz — powiedział cicho. — Od dnia, kiedy was nie ma.
Dzieci popatrzyły na niego dziwnie.
— Mama płacze? — szepnęła dziewczynka.
— Pewnie zapala świeczkę w oknie. — Janek skinął brodą w stronę kamienic, gdzie płomyki drżały za szybami, setki ich, rząd za rzędem, piętro za piętrem. — Taką, jak i tamte.
Dzieci odwróciły się i patrzyły na okna. Długo. Na wszystkie te świece, za którymi siedzieli żywi i czekali na swoich umarłych, na wszystkich tych, którzy zostali sami, poza granicą, którą dało się przekroczyć tylko w jedną stronę. Janek widział, jak coś zmienia się w ich małych, porcelanowych twarzach. Jak broda dziewczynki zaczyna się trząść. Jak chłopiec zaciska powieki.
Pierwsza łza spłynęła po policzku dziewczynki i spadła na biały kołnierzyk. Potem druga. Chłopiec płakał bezgłośnie, z zaciśniętymi zębami, jakby chciał być dzielny dla młodszej siostry. Słodki zapach zrzedł, zniknęła woń róż, zbladł aromat wanilii i ciastek, a spod niego wyszło coś innego – ostrego, słonego, ludzkiego, jak morska woda, jak pot na czole po akcji, jak łzy wylane nad szpitalnym łóżkiem.
Janek rozerwał torebkę i wysypał na dłoń dwa ziarenka. Leżały na jego szorstkiej skórze jak dwa okruszki, maleńkie i jasne.
— Gorczycy się garściami nie je — powiedział. — Parę ziarenek na słoik i jużci ogórki smak właściwy mieć będą.
Tym razem dzieci nie cofnęły rąk. Dziewczynka wzięła jedno, chłopiec drugie, ostrożnie, w dwa palce, jakby to były perły. Popatrzyły na siebie, kiwnęły głowami i włożyły ziarenka do ust.
Dziewczynka zakaszlała, chłopiec otarł nos rękawem płaszczyka z mosiężnymi guzikami. Potem – przez łzy, przez wykrzywione buzie – uśmiechnęli się.
— Gorzkie — powiedziała dziewczynka.
— Ano — odparł Janek.
— Dziękujemy panu.
Chłopiec obejrzał się jeszcze, kiedy już szli ścieżką w stronę muru cmentarza i kaplicy, i ręka w rękę wchodzili w mgłę.
— Niech pan też zapali świeczkę — zawołał.
Mgła zaś zamknęła się za nimi bezszelestnie, a Janek został w parku sam, przykucnięty na mokrej ścieżce, z rozdartą torebką w garści. Instynkt nadal milczał. Nic. Tylko dym ziół, wilgoć i wosk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz