Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

01 października 2026

Od Dantego – Zapałka z kozami

— Karpiu, ale weź, nic na urodziny mi nie rób, dobra?
Dante znieruchomiał ze szklaneczką whiskey będącej w połowie drogi do jego ust, spojrzał ponad szkłem na to utrapienie robiące mu za nauczyciela muzyki. Zadekowali się u Ignisa na kwadracie, tak jak zwykle na czas ich wspólnych zajęć, bo jak to genashi stwierdził na początku tej przygody, nie można było narażać niewinnych postronnych na morskie zawodzenie nazywane przez Dantego śpiewem. Pan mądrala stał teraz nad nim z własną szklanką, markotny jak chuj stetryczałego emeryta i podobnie pomarszczony na gębie.
— Skąd ci przyszło do głowy, że mnie cokolwiek obchodzi świętowanie twojego zasranego istnienia? — parsknął syren bez zająknięcia, bo to, że datę urodzin Zapałki miał z wyprzedzeniem wpisaną do notatniczka z dopiskiem „do przemyślenia”, nie miało żadnego związku z obecną sytuacją.
Ignis wywrócił gałami, skrzywił się, westchnął. Dłonią przeczesał to morze tłuszczu, które miał na głowie.
— Słuchaj, jest zapierdol z krążkiem — powiedział jakimś innym tonem, bardziej zmęczonym, przygaszonym jak tlący się żar w popiołach ogniska. Muzykę kochał całym sercem, ale nigdy tej miłości nie nazywał łatwym uczuciem, zawsze jednak wartym swojej ceny. — Norbi nas ciśnie z kolejnymi wywiadami, jeszcze dwa festiwale przed nami… — Pokręcił głową. — Lepiej będzie, jak sobie w studiu zrobimy dłuższą przerwę, wypijemy na zdrowie i wrócimy do grania.
— Nie wiem, kto pytał — trwał uparcie przy swoim Dante, tak jak Zapałka trwał przy swoim, patrząc i patrząc na syrena, i widząc jedynie ten sam mur upartości wzniesiony na braku przekory, zaszpachlowany zawziętością przez kogoś pozbawionego piątej klepki.
Na tym dyskusja siłą rzeczy się skończyła. Ignis westchnął raz jeszcze, ciężej i głośniej, chcąc chyba tym marnym gestem przemówić do karpiego móżdżka, ale jakby na biologii bardziej uważał, to by wiedział, że ryby wyrzutów sumienia względem idiotów nie mają. Dante śledził wzrokiem swojego nauczyciela, jak przygotowuje nuty i miejsce pod dzisiejszą lekcję, a w głowie zrodził się zalążek pomysłu o doskonałych urodzinach, zasiany tam przez tę samą gębę, która przed owymi urodzinami się wzbraniała.


Feralny dzień nadszedł, a Zapałki dalej jakimś cudem piorun nie trafił, choć szlag był temu bliski, gdy Dante wpakował całą ekipę do busa i wywiózł poza centrum, w bardziej zieloną dzielnicę.
— Mówiłem ci, do chuja, że masz nic nie robić…
— Naprawdę coś mówiłeś? — Dante wydymał usta, z niezwykłym przekonaniem udał zamyślenie. — Tyle bezsensownego pierdolenia wychodzi z twojej paszczy na co dzień, że ta dodatkowa gówno-opinia gdzieś mi umknęła.
Prawda była taka, że choćby studio zalało, Ignis by tam został, jeśli i jego chłopaki uznaliby, że nigdzie się nie ruszają. Syren ich jednak długo nie musiał przekonywać do swojego pomysłu, gdy wszyscy zgodnie przyznali, że Zapałce trzeba poluzować drzazgi w dupie, bo zaparcia dostanie od pracy nad nowym albumem, a i reszcie zespołu przydałaby się mała odskocznia pozwalająca zająć myśli prostszymi rzeczami. Tym oto sposobem wylądowali przed niepozornym budyneczkiem z ogrodzonym spłachetkiem trawy rosnącym po jego lewej stronie, jedyną zaś wskazówką dotyczącą urodzinowej atrakcji był rozwieszony nad drzwiami baner zapraszający na zajęcia jogi.
Rozsądnie Ignis wybrał milczenie po zobaczeniu baneru, wiedząc dobrze, że idący za nim Raam posłałby go jednym strzałem w plecy przez zamknięte drzwi na salę do jogi, jeśli genashi spróbowałby pomarudzić — choćby w żartach – na temat dobra kulturowego asury. Stan ten jednak nie mógł utrzymać się wiecznie, szczególnie gdy w grę wchodziło przebieranie się z wyciągniętej koszulki w strój do ćwiczeń.
— Ale żebym w coś takiego musiał się wciskać… — burknął Ignis, trzepiąc dłonią o luźne spodenki.
— Też nie jestem zadowolony widokiem twoich koślawych kulasów — odpowiedział mu Dante, wyszykowany na jogę wedle gustów doktorka, w obcisłe legginsy oraz top założony dla zasady niż próby zakrycia czegokolwiek. — Chodź, nie pierdol, będzie fajnie. Strzeli ci w kręgosłupie ze dwa razy i od razu poczujesz się lepiej.
Przemiła pani z recepcji, po zebraniu brygady sześciu dorosłych chłopa, już ubranych w wygodne odzienie, poprowadziła ich jasnym i przytulnym korytarzem, raz po raz zerkając przez ramię, jak ta nauczycielka na szkolnym wyjeździe upewniająca się, że się żadne z dzieci magicznie nie zgubiło. Bóstwa Bharatu uśmiechały się łagodnie do nich z obrazów rozwieszonych na ścianach, pozostałą przestrzeń wypełniały filozoficzne cytaty, w powietrzu unosiła się kadzidlana woń, lecz delikatna, nienachalna. Stonowana aura studia strawiła, że wszelkie kuksańce i docinki na krótką chwilę ustały, a dzieci grzecznie dały się poprowadzić do sali na końcu korytarza.
Przestronna, w szarych odcieniach, wyglądała jak zaproszenie do porzucenia głośnego świata za drzwiami i zatopienia się w spokojny wymiar własnego umysłu. Łagodne światło patronowało głębokiej medytacji na czarnych matach rozstawionych w równych odstępach, otulając spięte ramiona przytulnym blaskiem. Czekająca w sali instruktorka przywitała ich niczym przewodniczka zagubionych dusz, skromnym gestem dłoni zapraszając ich do pałacu wewnętrznego opanowania. Przedstawiła się jako pani Elena, a jej głos zadźwięczał melodyjnie, jakby słowa wyśpiewała w tonie skrytego w gęstwinie ptaka.
Zajęcia z początku niczym nie odróżniały się od typowych lekcji jogi, spokojnie wprowadzając ich w stan rozluźnienia. Powtarzali ćwiczenia na oddychanie, wstępne pozycje i przejścia między nimi, czyli wszystko, czego Dante nauczył się na jodze z Basharem i śmiało zadzierał nosa jako uczeń niekwalifikujący się już dłużej jako początkujący. Zapałka coś tam klął pod nosem, że karpie nie mają kręgosłupa i dlatego mogą wyginać grzbiet pod nieludzkim kątem, ale mimo wszystko było z jego strony więcej starań poluźnienia dupy niż prychania dymem pod nosem. Gdy usiedli ponownie skrzyżnie na matach, Dante zastanawiał się, czy debil poczuł to, jak jego ramiona zmieniły się od wejścia do studia, jak opadły, bo ścięgna wzięły wreszcie oddech.
— A teraz zaprosimy przyjaciół — powiedziała pani Elena.
— Przyjaciół? — powtórzył Zapałka.
— Beczą tak jak ty — rzucił Dante.
Na te słowa, za zamkniętymi dotąd, bocznymi drzwiami, odezwała się nietypowa brygada. Od drugiej strony otworzyła je pani z recepcji, wpuszczając do środka falę rozbrykanego futra. Kozy wszelkiej maści, od kasztanowego brązu po czarne łatki na tle szarości, zastukały delikatnie obwiązanymi materiałem kopytkami, ciekawskim okiem łypiąc na nowe zabawki. Było ich z tuzin, jak obszył, małych i dużych, wszystkie jednak wydawały się jednakowo skore do figli. Dziarskim krokiem zajęły miejsce w sali, wąchając, podszczypując i becząc do najbliższego ucha. Ignis, niewątpliwie poruszony melodią swego ludu, zabeczał jak rasowa koza, chórek zwierząt odpowiedział mu w tej samej tonacji.
— Kozy lubią płaskie powierzchnie… — zaczęła pani Elena, głaszcząc łaszącą się do niej kózkę.
— Spodoba im się twoja dupa — wtrącił cicho Dante, pochylając się ku Zapałce.
— Oby któraś cię w twoją ugryzła.
— …więc będę chętnie na panów wskakiwać przy różnych pozycjach — dokończyła instruktorka. — Proszę powtarzać dalej za mną i głęboko oddychać.
Oddychali, ale po to, by zaczerpnąć choć krzty powietrza po salwie śmiechu, gdy kozy bez ogródek używały ich do wspinaczki. Raama pokochały bodaj najmocniej, był w końcu największy i najfajniejszy do efektownych skoków, zaraz po nim upodobały sobie Zapałkę, bo to na niego z asury przeskakiwały i to on odpowiadał im najpiękniej w ich języku. Arieth i Ioannis wydawali się dla nich zagadkami, za to Seymourowi chciały zjeść tatuaże.
— Zobacz, Zapałka, ktoś jednak chce się na ciebie wspiąć — skomentował Dante poczynania młodej kozy. Oparła kopytka o uniesiona biodra genashiego i trybiki w główce pracowały na pełnych obrotach, próbując oszacować najlepszą trasę do wejścia na górę.
— Ty lepiej na włosy uważaj, a nie patrzysz, kto się na mnie wspina — polecił mu Zapałka, kiwnął brodą.
Dante parsknął, spojrzał, zamarł. Brązowo-czarna koza przeżuwała niespiesznie zwisający mu przez ramię warkocz.
— Ej! — obruszył się, nie mając nawet jak wyrwać z pyska delikwentki końca warkocza, gdy dwie inne koleżaneczki stojące na jego plecach testowały balans utrzymywany przez stopy i dłonie. — Wiesz, ile kosztuje pielęgnacja tych włosów?!
Syren był święcie przekonany, że właśnie wejrzał w oczy wcieleniu złośliwości, to zaś odpowiedziało mu przepełnionym premedytacją mlaśnięciem. Koza ugryzła inaczej warkocz, rozsmakowana we wcierce z bursztynem.
— Co się stało, Seymour? — odezwał się tymczasem gdzieś z boku Arieth. Reszta przeskoczyła spojrzeniem z niego na byłego czarodzieja.
Seymour przysiadł na piętach ze skrzywioną miną. Jedną dłoń trzymał w powietrzu, jakby nie wiedział, co z nią zrobić.
— Któraś naszczała mi na matę.


Do studia wrócili lżejsi o kilka supełków zaciśniętych w mięśniach i z dniowym limitem głupawki wyczerpanym w mniej niż w godzinę. Gdzieś tam kogoś pobolewała łopatka, bo kopytka, choć obwiązane materiałem, wciąż potrafiły wbić się w mocno w ciało, ktoś całą drogę narzekał na brutalne traktowanie jego włosów, ale każdy się uśmiechał, cieszył, śmiał, wspominając, jak kózki zrobiły sobie z nich istny plac zabaw. Zapałka zostawił dalsze próby przed festiwalem, powiedział, że jutro poprawią ten jeden fragment do albumu, po czym wyciągnął alkohol z szafek i zamówił wszystkim pizzę. Ogień w końcu potrzebował świeżego powietrza, by móc palić się dalej.
— Niestety kozy postanowiły obdarzyć kielichem złotego moczu Seymoura — rzucił Dante, gdy wszyscy już rozsiedli się na kanapach, z piciem w ręku oczekując przyjazdu zbawiennego salami na podwójnym serze — więc musiałem wymyślić inny najlepszy prezent dla Zapałki.
Siedzący naprzeciwko niego solenizant przekrzywił głowę.
— Wyprowadzasz się ze Stellaire?
Tylko z racji dzielącej ich przestrzeni Ignis jeszcze grzał dupę o poduchy, a nie całował podłogę.
— Drugi najlepszy prezent dla Zapałki.
— Przestajesz być rybą?
Dante odsłonił kły w uśmiechu, który nie wyglądał ani trochę przyjaźnie.
— Zamknij wreszcie — wyciągnął ze swojej torby miękki kwadrat materiału przewiązany niebieską wstążką… — kurwa — i rzucił nim prosto w Zapałkę — mordę!
Trafił w sam środek tej spalonej jadaczki, aż się whiskey z jego szklanki wylała i zmoczyła spodnie. Kurwy poleciały jak deszcz z nieba, środkowe palce podniosły się na baczność z szybkością wyszkolonych żołnierzy. Zapałka odłożył szklankę, jednym ruchem ręki rozwiązał tę szkaradną (jego wątpliwym zdaniem) wstążkę, rozłożył materiał. Ten rozwinął się w luźną, czarną koszulkę rozmiarowo odpowiadającą temu, co zazwyczaj Ignis nosił. Z przodu miała typowy znaczek merchu Voxa, ale to z tyłu tkwiła (prawie) cała jej wyjątkowość. Muzyk obrócił ją, wpatrywał się dobrą chwilę w haftowany wzór. Ogólny zarys granic Stellaire wyznaczała biała nić, a konkretne punkty na mapie miasta Dante wyszył czerwoną. Wiedział, że Zapałka potrzebował mniej niż sekundy, żeby ogarnąć bez nazwy ulic znaczenie każdego punktu. To tam poznał członków swojej bandy pomyleńców – na chodniku, w restauracji, gdzieś w barze. Kolejna ognista nitka prowadziła z punktów tam, gdzie znajdowali się teraz, do domu tych wariatów.
— Tu coś jest. — Ignis zmarszczył przelotnie brwi, namacawszy twardy obiekt w koszulce. Coś, co było w wielu krojach kieszonką, tutaj robiło za wieczny schowek.
— Twoja stara — mruknął Dante, topiąc usta w szampanie.
— Wszył nad sercem kopię twojej kostki, której użyłeś na naszym pierwszym większym koncercie — odpowiedział za niego Arieth. — Specjalnie nas pytał, jak wyglądała.
Ignis podniósł na syrena wzrok, ale ten nie dał mu dojść do słowa.
— Wiesz, czego tylko się teraz boję? Że będziesz zakładał tę koszulkę aż do usranej śmierci, nawet jak będziesz nosił już więcej dziur niż koszulki — prychnął.
Uśmiech na twarzy Zapałki był niezdrowo szeroki.
— No raczej, że tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz