Poranek przyniósł ze sobą coś, czego Merlin, szczerze mówiąc, wcale się nie spodziewał:
Nic.
Na apelu nikogo nie brakowało. Nikt nie zniknął w nocy, nikt nie został porwany przez górskie bóstwo, nikt nawet specjalnie nie ucierpiał, jeśli nie liczyć Johna, który wciąż wyglądał, jakby prowadził trudne negocjacje z własnym układem pokarmowym. Nauczycielka odczytała listę, wszyscy się odhaczyli i tyle. Song An przyjął to jako niezbity dowód na to, że ofiara zadziałała – górski bóg przyjął ich skrupulatnie skonstruowaną kukłę, uznał sprawę za załatwioną i łaskawie pozwolił im zwiedzać swoją domenę. Merlin dalej miał pewne wątpliwości, ale ponieważ istotnie nikt nie ucierpiał, nie miał argumentów i postanowił się nie kłócić.
Cały dzień upłynął im pod znakiem zwiedzania, co w praktyce oznaczało, że autokar woził ich od jednego zabytku do drugiego, a Merlin z każdą kolejną godziną coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że jego prywatny limit oglądania gablot ze starymi łyżkami został dawno przekroczony. Zaliczyli muzeum regionalne, wystawę skał (która okazała się dokładnie tak porywająca, jak brzmiała) oraz prelekcję o lokalnym rzemiośle, podczas której Merlin przysnął z otwartymi oczami, co uważał za jedno ze swoich największych osiągnięć tego wyjazdu. Jedyną osobą, która bawiła się przednio, był oczywiście Song An – dla niego każda pojedyncza gablota, zardzewiały gwóźdź i każdy wyszczerbiony dzban stanowiły cud świata śmiertelników, godny nabożnego podziwu i co najmniej kilku pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi.
Do obozu wrócili tuż przed zachodem słońca, zmęczeni, przeładowani wiedzą o miejscowym garncarstwie i marzący wyłącznie o tym, by zjeść i paść na łóżko. Na to jednak było jeszcze za wcześnie, bo organizatorzy – najwyraźniej wyznający zasadę, że dziecko niedostatecznie zmęczone to dziecko niebezpieczne – przygotowali na wieczór jeszcze jedną atrakcję.
Podchody.
Gra, jak wyjaśniono, polegała na tym, że gdzieś w pobliskim lesie ukryto wcześniej rozmaite przedmioty, a zadaniem uczestników było odnaleźć je, kierując się pozostawionymi wskazówkami. Żeby nikt się nie zgubił – co Merlin przyjął z pewną ulgą, znając swoje dotychczasowe osiągnięcia na tym polu – odpowiedni odcinek lasu przezornie ogrodzono taśmą, wyznaczając granice, poza które nie wolno było wychodzić. Podzielono ich na grupy, rozdano wskazówki i wypuszczono między drzewa.
Super.
Merlin trafił do jednej drużyny z Song Anem, co uznał za dobrą wiadomość, oraz z zadaniem odnalezienia czegoś, co wskazówka nazywała tajemniczo „totemem”, co uznał za wiadomość mniej fajną, bo zapowiadało to bieganie po krzakach po ciemku. A las, trzeba przyznać, o tej porze robił się już naprawdę mroczny. Słońce zsunęło się za grań, cienie drzew wydłużyły się i zlały ze sobą, a między pniami zaczęła gęstnieć ta granatowa, wieczorna ciemność, w której każdy krzak wygląda jak coś innego, niż w rzeczywistości.
— Nie podoba mi się to — mruknął Merlin, przedzierając się przez zarośla w ślad za Song Anem, który za to zdawał się świetnie bawić. — Znaczy, sama gra spoko. Ale znowu jesteśmy w lesie. Po ciemku. A gdzieś tu przecież leży… no wiesz. Nasza wczorajsza sprawa.
— Bóstwo już ją przyjęło — odparł spokojnie Song An, odgarniając gałąź. — Nie ma się czym martwić, bo na pewno zabrało ją już do siebie do swojej świątyni. Nasz dar nie leży pod żadnym drzewem, tylko w domu bóstwa.
Merlin bardzo chciał w to wierzyć. Naprawdę bardzo. Problem polegał na tym, że wskazówki uparcie prowadziły ich na wschód, coraz bliżej tej taśmy zapobiegającej zgubieniu się uczestników zielonej szkoły, a im dłużej szli, tym bardziej Merlin miał wrażenie, że okolica zaczyna wyglądać znajomo – te same gęste krzaki, układ drzew, ten sam nieprzyjemny dreszcz na karku, który zawsze pojawiał się, gdy wiecznie towarzyszący mu pech szykował jakąś niespodziankę. Wmawiał sobie, że to tylko wyobraźnia. Wszystkie kawałki lasu wyglądają w końcu podobnie, co nie? Tak sobie to tłumaczył.
Nie zdążył jednak dojść z tym tłumaczeniem do żadnej przekonującej konkluzji, bo w tej samej chwili las rozdarł krzyk.
Był to krzyk wysoki, przeraźliwy i tak pełen czystej grozy, że Merlin poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła, zimno rozlewa się w piersi, a w dół kręgosłupa przebiega upiorny dreszcz. Gdzieś dalej ktoś inny krzyknął w odpowiedzi. A potem, ze wszystkich stron lasu, nadbiegła kakofonia szelestów, gdy dziesiątki uczestników podchodów rzuciły się biegiem w stronę, z której dobiegł dźwięk, i Merlin, chcąc nie chcąc, popędził razem z nimi, przedzierając się przez gałęzie, potykając o korzenie, z Song Anem tuż obok.
Wypadli na niewielką polanę u zbiegu ścieżek, gdzie zebrał się już spory tłum uczniów, a pośrodku niego stała dziewczyna, której Merlin nie znał. Trzęsła się na całym ciele. Twarz miała mokrą od łez, oddech rwany i płytki, a kiedy próbowała coś powiedzieć, słowa więzły jej w gardle, wargi drżały. W końcu osunęła się na kolana i uniosła drżącą rękę, wskazując coś za sobą, w głąb ciemniejących zarośli.
— Ciało! — wykrztusiła łamiącym się głosem. — Tam… tam jest ciało! Znalazłam ciało!
Merlin powiódł wzrokiem wzdłuż tej rozedrganej ręki ku kępie gęstych krzaków, ku niewielkiej, osłoniętej ze wszystkich stron polanie, dokładnie w tym miejscu, w które wczoraj wieczorem Song An niepostrzeżenie oddalił się z ich starannie umalowaną, oblaną truskawkowym kisielem kukłą i poczuł, jak cała krew odpływa mu z twarzy, a wszystkie elementy układanki, jeden po drugim, z cichym, złowieszczym trzaskiem wskakują na swoje miejsca.
Bo tylko on i trójka jego kolegów wiedzieli, co tak naprawdę leży w tych krzakach.
Problem polegał na tym, że owa trójka bynajmniej nie doszła do tych samych wniosków, co Merlin.
— To nie może być nasza kukła — oświadczył Song An szeptem, z niewzruszonym spokojem, jakby tłumaczył coś zupełnie oczywistego. — Bóstwo ją przyjęło, sam widziałeś. Rano nikogo nie brakowało. Skoro ją przyjęło, to znaczy, że jej tu już nie ma. To musi być coś zupełnie innego.
— Albo — wychrypiał Hawthorn, a jego twarz przybrała barwę świeżego tynku mimo tego, że dopiero co biegł przez las. — Albo jej nie przyjęło. Tak coś czułem, że będzie za mała! Powinniśmy byli dać coś większego! Ofiara była marna, bóstwo się obraziło i ją odrzuciło, wypluło z powrotem prosto w krzaki, i teraz jest na nas wściekłe, i to jest dopiero początek, i…
— To której wersji mam się bać? — pisnął John, wodząc przerażonym wzrokiem od jednego do drugiego. — Bo nie ogarnę dwóch naraz.
— Tej, w której Guinevere ogarnia, że zrobiliśmy ją w balona — przyznał z całą stanowczością Merlin, bo co prawda po poprzednich doświadczeniach nie chciałby mieć więcej do czynienia z czymś starym, co mieszka głęboko w lesie i jest niezadowolone, ale o wiele bardziej nie chciałby, żeby prawda o całej akcji wydała się przed Guinevere.
I to był mniej więcej ten moment, w którym Merlin zrozumiał, że jest w tym wszystkim zdany wyłącznie na siebie. Bo jeden z jego przyjaciół z niezachwianym spokojem twierdził, że w krzakach na pewno nie leży ich kukła, drugi był absolutnie przekonany, że leży i że zaraz wszyscy przez nią zginą, do tego John nie wiedział już, którą wersję wybrać jako podstawę do paniki, a żaden z tych wniosków nie pomagał im ani odrobinę. Tym bardziej że nauczyciele, przepychający się właśnie przez tłum, byli już naprawdę, ale to naprawdę blisko miejsca, w którym coś umalowanego przez Bernadette i oblanego truskawkowym kisielem cierpliwie czekało, a może nie czekało, aż zostanie znalezione.
— Kukła Schrödingera — wypalił Merlin.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz