Nosidło wrzyna mi się w ramię. Dwa wiadra, pełne po brzegi, kołyszą się w rytm kroków, a morska woda chlupie w nich ciemną irytacją, jakby chciała wrócić tam, skąd ją przemocą zabrałam. Mokry piasek kradnie całe ciepło z moich stóp, drętwieją mi z zimna, ale to dobrze. Dzięki temu nie czuję, jak obolałe są.
Jest jesień, ta późna, kiedy niebo nad Sumą robi się blade niczym rozwodniony tusz, a wiatr od morza pachnie solą i dymem z warzelni. Kolory wyciekają ze świata, słońce wstaje coraz później, coraz szybciej ucieka, coraz mniej światła daje, jak ten starzejący się robotnik, gasnący pod nadmiarem pracy. Wkrótce zima.
Akihime idzie przede mną. Zawsze to ona prowadzi, odkąd pamiętam, i zawsze narzuca zbyt szybkie tempo tak, żebym musiała podbiegać.
— No, ruszaj się — mówi ostro, nie odwraca nawet głowy. — Jak będziesz tak stała i się gapiła w morze, to przyjdzie przypływ i zabierze cię razem z wiadrami. Nikt nie zauważy różnicy.
Nie gapię się w morze. Patrzę na sosnę.
Tkwi uparcie na skraju wydmy, tam gdzie piasek przechodzi w trawę, stara, pochylona w stronę lądu, jakby całe życie uciekała przed wiatrem. Na pniu ma wyblakłą shimenawę, skręconą ze słomy tak dawno, że nikt już nie pamięta, kto ją zawiązał. Kiedyś zostawiano tam ryż i sake. Teraz już nikt nic nie zostawia.
To pod tą sosną Annikki powiedziała mi, że wróci.
Przybyła do Sumy latem, nocą, zza morza, z kraju, którego nazwy nie umiałam powtórzyć, z piórami w miejscu pędzli, z pociętym papierem w miejscu zwojów, z tuszem, który już był w płynie. Mówiła, że spisuje opowieści. Że wszędzie, gdzie przychodzi, ludzie mają swoje historie i ktoś powinien je zapamiętać, zanim przepadną, zanim rozmyją się i ludzie o nich zapomną. Spisywała nasze. O warzelni, o duchach topielców, o smoku, który śpi pod zatoką. Z jakiejś przyczyny spisywała też moje, chociaż nie wiem, kiedy zaczęłam jej je opowiadać. Nigdy nikomu niczego nie opowiadałam.
A potem przyszła jesień a wraz z nią list, że musi wracać. Zostawiła mi swój płaszcz, taki ciemny i gruby, podróżny, pachnący atramentem i nocą. Stała pod sosną, wiatr rozwiewał jej włosy, i powiedziała do mnie słowa starego wiersza, którego nauczyła się tutaj, od nas:
— Jeśli usłyszę, że czekasz – wrócę.
W naszej mowie „sosna” i „czekać” ma to samo brzmienie. Matsu. Annikki uśmiechała się, kiedy jej to wyjaśniłam, jej oczy błyszczały i mówiła, że to niesamowicie ciekawe, że jest aż tyle słów brzmiących identycznie, lecz mających tak różne znaczenie. Że w jej języku też takie są, ale u nas jest ich mnóstwo. Zapisała to w swoim notesie, starannie, przerysowując znak po znaku.
Więc czekam.
Trzeciego dnia po pełni sosna zaczyna szumieć.
Nie ma wiatru. Morze przypomina porzucone lustro, płaskie i brudne, dym z warzelni idzie prosto w niebo, wiechcie trawy na wydmach stoją nieruchomo, a sosna szumi. Łagodnie, nisko, długo. Cichnie. A potem znowu.
Szuu… haa.
Szuu… haa.
Stawiam wiadra na piasku i słucham. Znam ten rytm – tańczę od dziecka, umiem usłyszeć melodię nawet w kapaniu wody z dachu. Wdech i długi-długi wydech. Wdech i wydech. Jakby ktoś oddychał przez sen.
— Słyszysz? — pytam Akihime.
— Słyszę, że gadasz do siebie — odpowiada burknięciem. — Bierz wiadra.
Biorę wiadra. Ale wiem, co słyszałam. Sosna oddycha. Czeka. Tak jak ja.
Jeśli usłyszę, że czekasz.
Może ona słyszy.
Przykładam dłoń do kory. Jest szorstka, popękana, pokryta łuskami niczym bok karpia w świątynnym stawie. I jest ciepła. Nie tak ciepła, jak kamień, który całe popołudnie leżał w słońcu. Inaczej. Od środka. Tak jak ciepła jest kobieta, kiedy się ją obejmie, tak jak ciepłe były dłonie Annikki, kiedy zaplatała mi włosy i mówiła, że mam je czarniejsze niż tusz, którym pisze.
Pod dłonią coś się porusza. Powoli, głęboko. Szuu… haa.
Stoję tak, a słońce przesuwa się po niebie, cień sosny przechodzi z jednej strony wydmy na drugą, ja za stoję i czuję pod palcami ten oddech, i jest mi dobrze. Spokojnie. Tak spokojnie, jak nie było mi od dnia, w którym przyszedł list.
Kiedy wracam do warzelni, moje wiadra są puste, woda w nich wyschła. Na dnie leży cienka, biała warstwa soli. Nie wiem, kiedy to się stało. Mistrz krzyczy na mnie, a ja kłaniam się i przepraszam, kłaniam i przepraszam, i myślę o tym, że jutro wrócę wcześniej.
Żeby jej jeszcze posłuchać.
— Pachniesz żywicą — mówi mama przy kolacji.
Siedzimy we trzy przy palenisku, jak co wieczór. Mama nakłada mi ryżu, więcej niż sobie, jak zawsze, a potem nachyla się ku mnie i wącha moje włosy, jakbym była małym dzieckiem.
— Żywicą i mchem — powtarza. — Gdzie ty chodzisz, Hotaru?
Uśmiecham się. To miłe, że tak pachnę. Sosny pachną czysto i świeżo, a mech pachnie jak deszcz i wolne, szczęśliwe popołudnie.
— Pod sosnę — odpowiadam.
Mama i Akihime patrzą na siebie. Nie wiem, co jest w tym spojrzeniu, nie potrafię go odczytać, nie rozumiem go. Mama odkłada pałeczki. Akihime krzywi się.
— Pod sosnę – powtarza. — Codziennie. Na pół dnia! Mistrz mówi, że jeszcze raz przyniesiesz puste wiadra i możesz nie wracać. — Pochyla się nad miską, mruży oczy. — Ale ty się tym nie przejmuj! Siedź sobie pod tą sosną i nie trap swojej pustej główki! Może w końcu zrozumie, że jesteś równie bystra jak ona, i się zaprzyjaźnicie?
Śmieję się. Akihime zawsze mówi takie rzeczy, ale ja się nigdy nie gniewam. Kiedy byłyśmy małe, dała mi drewnianego zajączka, wyrzeźbionego tak małego, że mieścił mi się w dłoni. Dała mi go bez okazji – po prostu włożyła mi go w rękę, gdy szłyśmy do domu, nawet nie pamiętam skąd i powiedziała, że ten zajączek ma takie głupiutkie spojrzenie, że od razu pomyślała o mnie. Noszę go do dzisiaj, zawiniętego w furoshiki, schowanego w rękawie.
Tej nocy długo nie mogę zasnąć. Za ścianą szumi sosna. Wdech i wydech.
Nie wiem, kiedy wstaję, nie wiem, kiedy wychodzę. Budzę się na wydmie, wśród korzeni, z policzkiem przy ciepłej korze, otulona płaszczem Annikki. Świta. Na rzęsach mam rosę, a w ustach smak żywicy.
Jest mi dobrze.
Tańczę.
Nie robiłam tego od dnia, w którym przyszedł list. Lecz teraz jest rytm, słyszę go, mówi do mnie, rozbrzmiewa we mnie i nie potrafię nie tańczyć, tak jak nie potrafię nie oddychać. Zakładam płaszcz Annikki. Jest na mnie za długi, poły szurają po piasku, rękawy zakrywają mi palce. Staję przed sosną, schylam głowę i czekam, aż przyjdzie kolejny wdech.
Szuu…
Unoszę rękę.
…haa.
Opuszczam ją.
I nie ma już mnie. Jest dziewczyna z wybrzeża, która nosiła morską wodę i kochała kogoś, kto odszedł. Jest płaszcz, który pachnie atramentem i nocą. Jest księżyc, jeden na niebie i drugi na wodzie, i dziewczyna, która niesie go na ramieniu i nie wie, że wody ubywa. Jest jesień. Czerwień liści przechodzi w brąz. Brąz przechodzi w szarość. Dziewczyna kręci się w miejscu, rękawy płaszcza fruną wokół niej jak skrzydła, a sosna oddycha, coraz głębiej, coraz wolniej, i dziewczyna oddycha razem z nią.
Wdech.
Wydech.
Czekano.
Kiedy otwieram oczy, jest noc. Stoję boso na wydmie, a stopy mam zimne i ciężkie, jakby wrosły w piasek. Nie pamiętam, kiedy zapadł zmrok, nie pamiętam, gdzie zostawiłam sandały.
Ktoś woła z dołu, od strony wioski, raz za razem, przeciąga głoski. Głos niesie się po wodzie i brzmi trochę jak moje imię, a trochę jak szum.
Ho-taaa-ru!
Szu-u-u.
Siadam między korzeniami i czekam, aż przestanie.
Nie wiem, ile czasu mija.
Kiedyś liczyłam dni po tym, ile razy mistrz uderza w gong przy warzelni. Liczyłam po tym, ile razy mama nakłada mi ryżu, ile razy Akihime idzie przede mną za szybko. Teraz liczę inaczej. Po przypływach, które podchodzą pod sam nasz dom i odchodzą. Po świetle, które rano jest różowe, w południe białe, wieczorem złote, a potem znika. Po tym, jak żywica wolno spływa po korze, kropla za kroplą, i jak twardnieje w słońcu w bursztyn.
Ktoś przynosi mi jedzenie. Kładzie miskę przy korzeniach i coś mówi, ale słowa przelatują obok, jak żurawie. Ryż stygnie. Rano jest w nim piasek, a obok mrówki.
Ktoś płacze. Chyba mama.
Nie chcę, żeby płakała. Chcę jej powiedzieć, że jest mi dobrze, że moje serce jest spokojne, że nikomu nie zawadzam, że nie musi się o mnie martwić. Że nikt już nie musi. Ale kiedy otwieram usta, wychodzi z nich jedynie długi-długi oddech. Haa. Słowa są daleko. Trzeba by po nie iść, a ja nie chcę się stąd ruszać. Tu jest ciepło.
Moje dłonie leżą na korze i są tego samego koloru co ona.
Pod paznokciami mam mech.
Przychodzi Akihime.
Przychodzi codziennie, to wiem, ale nie wiem, które z tych przyjść to które. Siada na piasku obok mnie, tak blisko, że czuję jej ciepło – inne niż ciepło sosny, takie szybsze, płytsze, krótsze, gwałtowniejsze. Mówi. Mówi długo i twardo, każde słowo niczym uderzenie, a ja słucham samego dźwięku, bo dźwięk jej głosu jest jak deszcz, ostry i zimny, lecz szybko przechodzi.
Tego dnia coś przebija się przez szum.
— …nie wróci — mówi Akihime. — Słyszysz mnie? Annikki nie wróci, Hotaru. Przyszedł list od jej ludzi i ona nie wróci. Nigdy!
Odwracam powoli głowę. Szyję mam sztywną, jakby od dawna nie musiała się obracać. Patrzę na Akihime i nie rozumiem, czemu ma mokre oczy.
— Przecież jest tutaj — mówię. Mój głos jest chrapliwy, szeleszczący, jak suche igły. — Wróciła. Słyszała, że czekam.
Kładę dłoń na pniu. Pod korą pulsuje ten wolny, głęboki oddech. Szuu… haa. Ciepły. Bliski. Ten sam, który czułam przy ognisku, kiedy zaplatała mi włosy.
— Głupia — mówi Akihime, a głos jej się łamie, chociaż nigdy jej się nie łamał. — Głupia, głupia, głupia! To jest sosna. To tylko sosna, Hotaru!
Chwyta mnie za rękę. Ciągnie. Ma mocne palce, parę w rękach, silny grzbiet, ciągnie mnie ze wszystkich sił. Ale ja nie ruszam się z miejsca. Nie mogę. Moje stopy są głęboko, głębiej niż piasek, w miejscu, gdzie jest wilgotno, ciemno i cicho. Akihime krzyczy, ciągnie jeszcze raz, szarpie się. A potem przestaje.
Wciska mi coś w dłoń, coś małego, drewnianego, gładkiego od lat noszenia w rękawie.
— Masz — mówi cicho. — Zgubiłaś. Leżał w piasku.
Zamykam palce na zajączku. Coś we mnie drży, daleko, na samym dnie, jak samotny świetlik w bezksiężycową noc. Przez chwilę pamiętam. Ścieżkę do domu. Słońce. Małą dziewczynkę, która idzie przede mną trochę za szybko i nagle się odwraca.
Potem przychodzi wdech.
Wydech.
Zajączek wysuwa mi się z palców i spada między korzenie.
Wiatr od morza.
Nie, nie wiatr. Oddech.
Wdech i długi-długi wydech.
Stoimy na wydmie, pochylone w stronę lądu, i patrzymy na morze. Nie spieszymy się. Nie mamy dokąd. Czas płynie w nas wolno, jak żywica, słój po słoju, nie trzeba go liczyć. Przychodzi przypływ. Odchodzi. Przychodzi zima i szron siada nam na igłach. Odchodzi. Przychodzi wiosna. Lato. Jesień.
Czekamy.
To jest dobre słowo. Jest w nim wszystko.
Ktoś przychodzi na wydmę. Często. Zawsze ten sam ktoś, zawsze siada w tym samym miejscu, przy korzeniach, tam gdzie w mchu leży coś małego, drewnianego, co już dawno porosło zielenią. Mówi. Woła. Głos ma ostry i zimny jak przelotny deszcz, i z każdą jesienią trochę cichszy, słabszy, trochę starszy.
Ho-taaa-ru.
Słuchamy. Dźwięk jest znajomy. Kiedyś coś znaczył.
Odpowiadamy jedynym, co mamy.
Szuu… haa.
Ktoś odchodzi. Wraca. Odchodzi.
Potem już nikt nie przychodzi.
Świta. Nad Sumą niebo blednie jak rozwodniony tusz, morze leży niczym porzucone lustro, a na wydmie, tam gdzie piasek przechodzi w trawę, nie ma nikogo.
Zostaje tylko szum sosen.
Opowiadanie na motywach sztuki teatru noh, Matsukaze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz