Jeszcze raz, co mnie podkusiło, żeby się tam tego wieczoru przyczołgać?
Całe towarzystwo było już podpite, niektórzy, jak ich znałem, prawdopodobnie skorzystali również z innych towarów wyskokowych. Nic niespodziewanego, sam przecież także nie byłem niewiniątkiem pod tym względem. Mimo to, akurat tamtego dnia myśl o białym wyjątkowo mnie irytowała, przynosząc ze sobą natychmiast niechciane wspomnienia, które obiecałem sobie trzymać zakopane głęboko. Ciemne uliczki tamtego wyjętego spod prawa zaułka, popiskiwanie szczurów w śmietnikach, gorący oddech na moim karku…
Tym bardziej byłem na siebie wkurwiony. Choć doskonale wiedziałem, że nie mam ochoty tu być, dalej jak debil siedziałem przy tym stoliku, zerując kolejne polewane mi trunki. Wydawało się to lepszą opcją, niż siedzieć samemu w mieszkaniu i słuchać lementów pobliskich duchów. Niby nieprzespana noc to nieprzespana noc, ale jakoś lepiej smakowała utopiona w alkoholu i innych używkach. W towarzystwie kogokolwiek, poza tym nieszczęsnym demonem w moim cieniu, jakoś szybciej upływał czas, a głosy w głowie nie angażowały tak bardzo, zagłuszone rozmowami i śmiechem otaczających mnie żywych.
Naprawdę trudno było mnie upić, a jednak zaczynało mi się już powoli kręcić w głowie.
Pozostało we mnie jednak zbyt dużo kontaktu z rzeczywistością. Ale może na dobre wyszło. Zdążyłem zareagować niemal od razu, jak Maxowi znowu odjebało z nudów i postanowił zwyzywać bogu ducha winną dziewczynę. Tylko przechodziła, nawet na nas nie spojrzała, dla demona była to jednak wystarczająca przewina, żeby odpalić wrotki. I oczywiście ostatecznie to ja musiałem się szarpać z konsekwencjami jego durnego pierdolenia. Jeszcze jak skończony debil (którym był) zamiast odpuścić, gdy nie zareagowała na pierwszą kąśliwą uwagę, uznał, że poprawi, bo tak. Bo nie ma co robić w życiu, bo ileż można udawać grzecznego pieska (jakby robił to chociaż przez minutę naszej znajomości), bo lepiej na każdym jebanym kroku rozpierdalać mi życie…
Kazała mu powtórzyć, a ten półmózg uznał, że faktycznie powtórzy. Oberwał za to glanem po tym durnym łbie, przemocą władowałem go z powrotem w cienie. Zaczął jednak zdanie, nieskończenie go wyglądałoby dziwnie, szczególnie, że całe towarzystwo patrzyło już na mnie, uradowane niespodziewaną atrakcją wieczoru… Jak złagodzić te jego brednie? Kurwa, na bank i tak doskonale słyszała, zaraz się zacznie jeden wielki cyrk…
— No. Pytałem się, czy w domu wszystko dobrze — poprawiłem nacisk buta na cienistym łbie Saga, żeby jasno dać mu do zrozumienia, że ma kurwa nawet nie próbować wystawić nosa ze swojego miejsca pod stolikiem.
Oczywiście, kobiety nie dało się w taki błachy sposób pozbyć po tym, co już usłyszała. Nie spodziewałem się jednak, że będzie kazała mi wstawać od stolika… I co? Bić się z nią? Pojedynek o satysfakcję? Przeniosło mnie do średniowiecza…? Nie byłem w stanie powstrzymać śmiechu, tak surrealistyczne się to wydawało. Ona jednak pozostała śmiertelnie poważna, ciskając w moją stronę gromy samym tylko spojrzeniem. Straszna. Dlaczego akurat ją musiałeś zaczepić, Sag, debilu?
I dlaczego, kurwa, dlaczego wszyscy nagle uznali, że ta bójka o honor to zajebisty pomysł?
Ubierając na twarz tak dobrze już wyćwiczoną maskę rozbawienia wstałem w końcu od stołu, dopijając postawione niedawno przede mną piwo. Dla dodania animuszu… Cholernie nie miałem ochoty się z nią tłuc, gdyby nie cała otaczająca mnie zgraja po prostu bym padł przed nią na kolana błagając o wybaczenie, byleby tylko uniknąć rękoczynów. Niestety, nie byłem najlepszy w odpuszczaniu, jeśli miałoby mnie to zbłaźnić w towarzystwie… Gorąco dopingowany przez wszystkich wyszedłem naprzeciw kobiety. Była tylko kilka centymetrów niższa ode mnie, do tego, cholera, dobrze zbudowana… Zacząłem w myślach kalkulować, jak duże miałem szanse na skończenie nieprzytomnym. Nie byłem z tych, co nie doceniali siły kobiet. Doskonale wiedziałem, jak mocno potrafią przywalić. Szczególnie, gdy były wkurwione.
Dzięki, Sag. Obyś się tym swoim długim jęzorem udławił.
Jeszcze ten tekst, że jedyną zasadą jest to, żeby nie umrzeć? Dzięki, dzięki… Wezmę to sobie do serca… Od urodzenia niczego innego nie robiłem, tylko starałem się nie zginąć. W tym akurat miałem doświadczenie.
Uniknąłem pierwszego ciosu, cudem chyba. Mignęła mi zaciśnięta z irytacji szczęka kobiety, zanim jej łokieć trafił w mój podbródek. Mroczki przeleciały mi przed oczami. Przez moment myślałem, że czarne plamy zupełnie zasłonią mi pole widzenia i padnę tam jak długi od pierwszego ciosu, ale jakoś ustałem. Przypłaciłem to co prawda koniecznością wykonania kilku kroków wstecz, a potem przyjęciem kolejnego, dość potężnego ciosu w żołądek, po którym zgiąłem się wpół i z trudem utrzymałem jego zawartość na miejscu. Kolejny już udało mi się zablokować, kopnięcie także cudem zatrzymałem podniesionym piszczelem. Mimo to zabolało, skrzywiłem się, miałem nadzieję, że towarzystwo za mną nie zauważyło, w końcu stałem do nich plecami, na pewno nie zwrócili uwagi… Słyszałem co prawda głośne owacje i śmiechy z ich strony, ale to pewnie przez to, że ponownie popisowo zblokowałem cios twarzą. Jak zwykle. Zawsze strasznie to wszystkich bawiło.
— Widzę, że jesteś mocny tylko w gębie? — syknęła, dając mi chwilę, żebym się pozbierał. Odetchnąłem parę razy głęboko, zanim ponownie uniosłem dłonie na wysokość twarzy, nie do końca zaciskając palce w pięści. — Typowe — prychnęła. Żar wściekłości w jej oczach był widoczny jak na dłoni, nie zamierzała odpuszczać po tych kilku ciosach, oj nie…
Powstrzymałem się przed dramatycznym westchnięciem.
— Ale cóż cię aż tak ugryzło?
Sag, zajebię cię, siedź cicho.
— Co? — ruszyła na mnie już bez oporów, prawie skutecznie wyprowadzając kolejny cios, który z niemałym wysiłkiem zbiłem. Zrobiłem w głowie mentalną notatkę, żeby może przestać tyle chlać po nocach i wrócić na treningi. To, jak żałośnie słabe było moje ciało, byłoby nie do pomyślenia jeszcze parę lat temu. Naprawdę się stoczyłem. — Powtórz, bo chyba sam nie wiesz, o co pytasz.
— Walczysz jak wściekła lwica — rzuciłem na poczekaniu, znowu próbując załagodzić choć trochę sytuację. Kolejny sparowany (znowu cudem) cios prosto w środek twarzy. Sapnąłem zaskoczony zawartą w nim zaciętością. Gdybym tego nie zbił, złamałaby mi nos. — Czy naprawdę aż tak wyprowadziła cię z równowagi uwaga nieznajomego? — tego debila, Saga, ściślej rzecz ujmując.
— Czy obrażanie losowym przechodniom rodziny to jakiś lokalny sport wyczynowy? — wycedziła przez zaciśnięte zęby, jakby starała się nie wybuchnąć. Szlag. Jeśli to jeszcze było jej w miarę opanowane wydanie, to zdecydowanie nie chciałem zobaczyć jej naprawdę wściekłej.
— Nie, generalnie, wiesz co? Wybacz? Napiłem się, nie wiem, co bredzę… — próbowałem jakoś wyratować się z sytuacji… Więc Maxiu uznał, że musi interweniować, no bo przecież za szybko by się to wszystko skończyło, jakbym jednak skapitulował.
— Ale łażenie na obczyźnie z tak wysoko zadartą głową to raczej durny pomysł dla małolaty i nic innego jak proszenie się o wpierdol — głos spod moich stóp rozległ się, choć nie poruszyłem ustami. Zazgrzytałem zębami z irytacji, zrobiłem dla postronnego obserwatora zupełnie niepotrzebny krok w bok, żeby raz jeszcze zapodać demonowi z glana, nawet jeśli szanse na trafienie go miałem nikłe. Dziewczyna natomiast na moment, krótki bardzo, zmarszczyła brwi, jakby w konsternacji. Analizując coś.
Bojąc się, iż się połapie, że coś w całej tej sytuacji nie gra, wyprowadziłem cios celując prosto w jej splot słoneczny, przez co musiała skupić się na tym, żebym nie trafił, zamiast na rozkminianiu, kto w zasadzie się przed chwilą odezwał. Za nami natychmiast rozbrzmiały wiwaty, okrzyki dopingujące, bym ,,nie dawał się tak dymać losowej babie”.
Nie zdołałem powstrzymać odruchowego skrzywienia na te słowa. Żenujące. Dlaczego ja to, kurwa, w ogóle robiłem… Może lepiej było po prostu dać się trafić tak mocno, żeby stracić przytomność i mieć to za sobą? Przynajmniej dzięki temu udałoby mi się choć na chwilę zasnąć… Podejrzewałem, że byłoby to odświeżające doświadczenie po ostatnich, niemal zupełnie nieprzespanych, nocach. Idealna chwila na drzemkę, akurat wtedy, kiedy była potrzebna…
Wyprowadziłem jeszcze kilka ciosów, raczej dla niejakiego popisu, niż żeby zrobić dziewczynie jakąś krzywdę. Bądźmy szczerzy, zapewne zasłużyłem na skopanie mi tyłka… Albo raczej Maxiu zasłużył, ale o tym wiedziałem tylko ja. Większość z ciosów i tak nie trafiała, niespodziewanie dobra była w te klocki. Albo ja tak powolny.
— Serio, Eirik? — podniesiony głos dobiegający ze strony stołu, przy którym moi znajomi mieli znakomity punkt obserwacyjny na całą sytuację, odwrócił moją uwagę od przeciwniczki, przez co zebrałem kolejny cios. Syknąłem, poczułem, jak moja warga pęka, a na ranie natychmiast zbiera się krew. Dobrze, że nie wybiła mi zęba czy coś. — Co się z tobą stało, że nawet porządnie oddać jej nie potrafisz?! Sam zmieniasz się w panienkę?!
Przewróciłem oczami, ocierając usta przedramieniem. Moja mimika nie umknęła uwadze brunetki. Opuściła nieznacznie trzymaną do tej pory szczelnie gardę. Patrzyła na mnie spod zmrużonych powiek, porzucając także pozycję bokserską na lekko ugiętych kolanach, prostując się zupełnie. Przeniosła spojrzenie ze mnie na ludzi za mną.
— Taka pewna siebie jest, to pokaż, że obcy nie powinni się tak panoszyć po naszym mieście! — kolejne okrzyki, które jednak chyba nie ruszyły już stojącej przede mną kobiety. Już zupełnie opuściła ręce.
— Jak ostatnio sprawdzałem, to nie są właścicielami ani metra kwadratowego żadnego fragmentu tego miasta, także… — odpuści, jak jeszcze trochę załagodzę sytuację? Czy ten cyrk z bójką w końcu się skończy? Proszę proszę proszę?
— Nie bądź pizda, Eiriczek — tak znajomy głos Aidena przebił się przez generalny harmider uwag moich towarzyszy. — Wszyscy wiemy, że bić się nie potrafisz, ale żeby baba ci tak dupę łoiła?
Kobieta nagle zrobiła krok w moją stronę. Odruchowo uszczelniłem gardę, gotowy na kolejny, niespodziewany cios… Który nie nadszedł. Zamrugałem zaskoczony, odwracając się na pięcie, patrząc za nią, jak odchodzi. Odchodzi…? Nie, szła prosto w stronę Aidena, który siedział jak król rozparty na swoim krześle, szczerząc się jak głupi do sera. Pewny siebie, jak zawsze, przekonany, że nikt ani nic nie jest w stanie zachwiać jego autorytetem lokalnego celebryty, choć nie wiadomo z jakiego powodu znanego. Rozszerzone źrenice oczu przysłoniętych przez przydługie pasma blond włosów jasno mówiły, że brał.
Za późno zorientowałem się, co kobieta chce zrobić. Naprawdę! Powstrzymałbym ją przecież. Tylko nie zdążyłem tam dobiec… Zabrakło mi dosłownie kroku, żeby ją uprzedzić.
Stanęła przy nim, złapała za kołnierz i, bez szczypania się, dbania o konwenanse… Przywaliła mu z pięści prosto w nos. Coś chrupnęło, Aiden się wydarł… Wtedy dopiero znalazłem się na tyle blisko, żeby jej dosięgnąć. Złapałem ją za ramię i pociągnąłem, natychmiast wpychając się na jej miejsce przed moim obecnym partnerem. Znałem go zbyt długo, by nie wiedzieć, że oddałby jej trzy razy mocniej bez chwili wahania. Musiałem ją jakoś zasłonić. Bójka na pięści ze mną to jedno, ale z tym gigantem? Spojrzałem na niego przez ramię, trzymał się za nos, spomiędzy palców krew z rozkwaszonego nosa kapała na jego białą koszulę… W oczach oszalałych z wściekłości nie było ni grama zdrowego rozsądku. Zakląłem pod nosem, bo zaczął wstawać, odwróciłem się do niego, żeby go jednak usadzić na miejscu, ale…
No głupi pomysł to był. Po prostu.
Nie jestem pewny, czy to we mnie faktycznie chciał trafić, czy jednak w dziewczynę, którą sobą zasłaniałem. Jakiego planu by nie miał, jego zaciśnięta w pięść, zakrwawiona dłoń zaliczyła bliskie spotkanie z moją twarzą. Tak mocne, że głowa odleciała mi na bok. Nie mam, kurwa, pojęcia, jakim cudem ustałem, bo ból w miejscu uderzenia był nieznośny. Czułem jak coś ciepłego spływa mi po policzku.
Drugiego, pełnego wściekłości ciosu już nie wyprowadził, zacisnąłem mu palce na nadgarstku i ścisnąłem. Splunąłem w bok, żeby pozbyć się metalicznego posmaku z ust i, wbijając wzrok w jego buty, nie chcąc go jeszcze bardziej rozsierdzić, odezwałem się. Mój ton zupełnie niekontrolowanie przybrał błagalny wręcz ton.
— Już wystarczy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz