Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

11 października 2026

Od Merlina – Halloween

Merlin od trzech tygodni prowadził w Miejskiej Bibliotece coś, co sam nazywał dyskretnym azylem, a jego siostra Talia – ucieczką z domu na raty.
Nie było w tym nic osobistego. Merlin kochał swoją rodzinę – w ten specyficzny sposób, w jaki kocha się burzę, kiedy ogląda się ją zza szyby – ale esej z etyki magii o odpowiedzialności przywołującego wobec bytu przywołanego nie chciał napisać się sam, a pisanie czegokolwiek w domu Spellmanów przypominało rozwiązywanie krzyżówki w środku koncertu orkiestry dętej. Na dole Melpomena kłóciła się z Erato o łazienkę, na górze Euterpe ćwiczyła gamy, ze strychu znowu ciągnęło siarką, a Falkor od tygodnia budził cały dom koło północy, stając na parapecie i prychając na las za oknem, jakby las zamierzał dostać nóżek i gdzieś sobie pójść bez jego zgody. Mama twierdziła, że to pewnie lisy – zwierzaki szykowały się na zimę, może leśnicy wyłożyli te takie szczepionki na wściekliznę, albo może opryski na kleszcze i komary były, i to dlatego to wszystko. Merlin trochę się tym początkowo denerwował – w końcu Halloween za pasem, spooky season, strach wchodził łatwiej – jednak po dwóch takich rozrywkowych nocach marzył tylko o tym, żeby Falkor odpuścił i dał lichu z lasu po prostu zjeść Merlina. Może i zginie tragicznie, ale przynajmniej zginie wyspany.
Biblioteka spowita była nabożną ciszą ciężkiego wysiłku intelektualnego. Merlin czuł się trochę nieswojo, miał wrażenie, jakby to Guinevere stała nad nim i oceniała, jak powstaje esej, jednak wrażenie to dość szybko z Merlina wyparowało, gdy chłopak rozłożył wokół siebie bogactwo brokatowych pisaków, swoje książki i zeszyty. Merlin zawsze zajmował stolik w kącie, przy oknie, najdalej od drzwi i całkiem mu to miejsce odpowiadało. Nie było ludzi, nikt nic od niego nie chciał i młody czarodziej mógł śmiało zrobić sobie to takie pomodoro, że 10 minut pracy nad esejem i 50 minut czytania o smokach. Uczył się? Uczył. Pisał esej? Pisał. Lepiej pisać troszkę codziennie niż kompletnie nic albo robić szalony speedrun zadania wieczór przed oddaniem, tak?
Merlin cieszył się spokojną samotnością, gdy pewnego wieczoru ktoś usiadł obok.
Był duży – za duży na krzesło trzeszczące pod nim przy każdym ruchu – i zgarbiony tak, jakby przywykł do przeciskania się przez każde drzwi. Do tego siedział w czapce z daszkiem i okularach przeciwsłonecznych, zupełnie jak jakaś gwiazda filmowa na urlopie, miał maseczkę, szalik okręcony trzy razy wokół szyi, rękawiczki i kurtkę zapiętą pod samą brodę. W październiku. W ogrzewanej czytelni.
Merlin, jako zaprawiony pesymista, w pierwszej kolejności założył, że to seryjny morderca. Bernadette, stwierdziła, że to na pewno ktoś sławny. Hawthorn, rzecz jasna, wiedział lepiej – reptilianin, szpieg rządu, a najpewniej jedno i drugie. Guinevere zaś przytomnie stwierdziła, że może być to ktoś należący do rasy o specjalnych wymaganiach temperaturowych i żeby Merlin skupił się na swoim eseju. Merlin po tygodniu obserwacji doszedł do wniosku, że to po prostu ktoś, kto nie lubi, jak się na niego patrzy. To akurat rozumiał.
Mimowolnie zerknął na dobór lektur swego skupionego na prywatności towarzysza. Spodziewał się zastać tam jakieś potężne książki, w końcu ktokolwiek to był, wyglądał na osobę dorosłą, a dorośli czytali potężne i poważne książki. Był gdzieś w głębi przygotowany na książki z kategorii spicy, bo skoro gość tak bardzo nie chciał być rozpoznany, to może i dobór jego lektur był odważny. Ale nie. Kimkolwiek nieznajomy był, przedzierał się przez książki dla dzieci.
— Mi-ś... wra-ca... do... do-mu — sylabizował z wysiłkiem, wodząc okrytym rękawiczką palcem po wielkich literach.
Merlin udawał, że nie słyszy. Pisał esej. Skreślał. Pisał od nowa. I łapał się jednak na tym, że czeka aż miś w końcu dotrze do tego domu. Nie zwracał nawet uwagi na chłód bijący od nieznajomego ani na dziwną, apteczną woń podobną do tego, jak czuć było w starej pracowni biologicznej na trzecim piętrze, tam gdzie stały stare preparaty w formalinie, z którymi nikt nie wiedział, co zrobić.


Powstający w bólach esej miał już dwie strony i Merlin miał wrażenie, że jego argumentacja chyba nawet ma znamiona sensu.
— Już bliżej niż dalej — mówił sobie, ciesząc się w duchu tym, że chociaż jeden raz uda mu się oddać pracę pisemną przed terminem. Potrzebował jeszcze tylko trochę czasu, trochę spokoju, żeby właśnie nikt niczego od niego nie chciał, i wtedy…
— P-przepra… szam — odezwał się nagle nieznajomy.
Tym razem nie było to sylabizowane słowo z książki. Tym razem okulary przeciwsłoneczne skierowane były prosto na Merlina, a w stronę młodego czarodzieja przesunęła się książeczka.
— Rozumie p-pan to… słowo? — spytał, starannie rzeźbiąc każdą głoskę.
Gruby palec wskazywał linijkę pod obrazkiem, na którym lisia rodzina siedziała przy stole w swojej przytulnej, lisiej norce. Merlin pochylił się, żeby przeczytać.
Rodzina.
Popatrzył znów na nieznajomego. Gdy nie musiał już udawać, że się na niego nie gapi, dostrzegł, jak szalik zsunął się trochę, kiedy nieznajomy się pochylił, maseczka nie dochodziła do niego tak szczelnie jak powinna, i w tej szparze, w świetle zielonej lampy, była skóra. A raczej dwie skóry. Jedna blada, prawie sina, druga ciemniejsza, oliwkowa, a między nimi szew, gruby i czarny, jak na skarpecie zacerowanej przez Merlina na piątym poziomie.
Merlinowi zrobiło się zimno w żołądku. W palcach zamrowiło, magia zawirowała w jego ciele niespokojnie, a lampa nad stolikiem zamrugała. To przez tę burzę za oknem.
Nieznajomy zauważył, że Merlin zauważył i cofnął się. Krzesło zgrzytnęło po podłodze, pani Ottilie uniosła brew – i zaczął ciągnąć książeczkę z powrotem do siebie, poprawiając szalik drugą ręką.
— Prze… Przepraszam — powiedział znowu, tym razem szybciej, ciszej. — Ja już pójdę.
Merlin powinien się cieszyć, że po tej turbulencji zostawiano go w spokoju. Logika podpowiadała, że powinien dać nieznajomemu odejść, pozwolić, by nie wciągano go w żadną pomoc i zostawiono jego pracy. Jednak Merlin nie należał do osób podążających za logiką, nie należał też do osób postępujących zdroworozsądkowo, toteż ten jeden raz, zamiast pozwolić wypadkom toczyć się samym, wyciągnął rękę.
— Nie, pan poczeka — powiedział. — Spoko, ja ten... No to jest takie jakby no, trudne słowo, tak myślę?
Nieznajomy zastygł, puścił książeczkę, pozwolił Merlinowi na powrót ją do siebie przyciągnąć.
— Ale że z czytaniem ma pan problem, tak?
Ten drugi pokręcił głową.
— Ze znaczeniem — wyjaśnił.
Merlin zamrugał. W jego szkolnej karierze wiele osób prosiło go o podanie definicji jakiegoś trudnego pojęcia i w przypadku Merlina kończyło się to najczęściej czerwoną pałą w dzienniku, jednak tym razem pojęcie nie było trudne, mimo to Merlin poczuł, że ma problem ze sformułowaniem zdania. Nie to, że nie wiedział, o co chodzi. W kwestii rodziny był prawdziwym specjalistą – w końcu miał oboje rodziców, dziewięć sióstr, miał też ciocie, kuzynów, miał Salema i Falkora, do tego jednym z jego ulubionych trope w anime było found family. Tyle że kiedy zaczął szukać słów, okazało się, że wszystkie mu się pogubiły.
— No rodzina to jest eee… Bo chyba no… Bo w słowniku — zafrasował się. — W słowniku to jest chyba, że to jest grupa osób spokrewnionych…
— Spokrewnionych? — Nieznajomy przechylił głowę.
— No, że mają tę samą krew. Genetycznie tak. Podobne są do siebie, że no… jak w tych wszystkich rodach szlacheckich czy coś?
— Ja mam dużo różnej krwi — powiedział nieznajomy cicho.
Merlin otworzył usta, potem je zamknął, bo nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Słownik, jak się okazywało, był wyjątkowo kiepskim wsparciem w sytuacjach kryzysowych. Ktoś powinien był ostrzec o tym w przedmowie.
— Nie, niech pan czeka, to znaczy… — Merlin zamachał rękami, jakby mógł w ten sposób rozgonić to, co przed chwilą powiedział. — To jest głupia definicja. Znaczy nie głupia, bo to ze słownika, a słownik to ten, no, mądrzy ludzie pisali, ale taka ta definicja jest eee… niepełna? Bo na przykład moja ciocia, znaczy się ciocia Andrea, to no. Ona i wujek mają adoptowane dzieci, czyli takie, no, nie ich, znaczy ich, tylko nie że sami majstrowali, i to jest rodzina. Na sto procent rodzina — powiedział z mocą. — Jakby ktoś powiedział, że nie, to ciocia by go chyba aresztowała. Ona jest w policji. — Zawahał się. — I w ogóle ciocia przez jakiś czas była nieżywa, a dalej jest rodziną, więc „dopóki śmierć nas nie rozłączy” to też nic nie zmienia.
Nieznajomy aż wyprostował się na krześle. Skrzypnęło.
— Nie… żywa?
— No… wróciła. — Merlin podrapał się po karku. — To długa historia, smutna, strasznie płakałem, ale w końcu było dobrze. U nas w rodzinie to się zdarza. Znaczy, nie zdarza się, ale się zdarzyło, raz w sensie, że ktoś umarł i wrócił.
Nieznajomy przez chwilę trawił tę informację w milczeniu, wodząc palcem po krawędzi książeczki. W końcu odezwał się z nowym pytaniem:
— Czy trzeba… być tego samego… gatunku?
Merlin pomyślał o Salemie, obserwującym całą jego zwariowaną rodzinę z wyrozumiałością kulturalnego antropologa. Pomyślał o Falkorze, który spał mu na nogach, bawił się jego brudnymi skarpetkami, a kiedy Merlin wracał ze szkoły, rzucał się na niego z takim impetem, jakby nie widzieli się od stu lat.
— Nie — powiedział od razu. — Mam kota, Salema i smoka Falkora. Falkor to znaczy oficjalnie jest mojej siostry, ale… no. Oni też są rodziną. Salem nawet bardziej niż niektóre siostry, ale niech pan im nie mówi.
— Więc nie krew — powtórzył nieznajomy powoli, jakby odhaczał punkty na liście. — Nie gatunek. Nie… życie. To co?
„Bardzo dobre pytanie,” pomyślał Merlin żałując, że nie siedzi koło niego Guinevere. Ona na pewno miałaby gotową odpowiedź, i to w punktach z przypisami. Ale Guinevere nie było – był tylko Merlin, lampka i ten nieszczęsny esej, który w tym momencie nie pomagały absolutnie w niczym.
— To chyba… — zaczął znów i urwał. — To są tacy ludzie. Albo nie-ludzie. Albo smoki, wszystko jedno. Których się… kocha?
— Kocha. — Nieznajomy westchnął smutno. — Tego słowa… też nie rozumiem.
Merlin odpowiedział równie smutnym westchnieniem, potarł twarz dłońmi. Już serio wolałby tłumaczyć, czym się różni pęd od prędkości.
Pomyślał o Melpomene i ich wspólnej herbacie w środku nocy, chociaż kilka godzin wcześniej oboje mieli ochotę się pozabijać o pilota. Pomyślał Talii, która odtańczyła taniec zwycięstwa na kanapie, kiedy dostał tę pracę w księgarni, a potem nagle spoważniała i powiedziała, że jest z niego dumna. I o Terpsychorze, która co chwila zerkała ze sceny na pierwszy rząd, jakby sprawdzała, czy brat dalej tam jest.
— To są tacy… — Merlin zmarszczył brwi, szukając słów, które nie rozsypią mu się w rękach. — Że ich zdanie się dla pana liczy. Że chce pan z nimi być. Nawet jak się kłócicie, nawet jak pana wkurzają, to i tak pan chce, żeby byli obok. I chce pan… — zawahał się — chce pan, żeby się do pana uśmiechali. Żeby byli z panem szczęśliwi. Jak na przykład… jak siostra ma występ, a pan siedzi na widowni, i ona pana zobaczy i się uśmiechnie, to wtedy… No. To takie coś.
Zapadła cisza. Nieznajomy siedział tak nieruchomo, że Merlin przez chwilę nie był pewien, czy w ogóle oddycha. Za oknem deszcz bębnił o parapet, lampa brzęczała cicho, gdzieś w głębi czytelni ktoś przewrócił stronę.
— Uśmiechali — powtórzył w końcu nieznajomy. — On się… nigdy… do mnie nie uśmiechnął.
— Kto?
Długo nie odpowiadał. A kiedy się odezwał, mówił jeszcze wolniej niż do tej pory, jakby słowa wydobywał z bardzo głęboka.
— Pierwsze… co pamiętam… to światło. Dużo światła. I huk. Taki jak teraz.
Jakby na zawołanie, za oknem przetoczył się grzmot, lampa mrugnęła, Merlin drgnął na krześle.
— Leżałem na stole. Było zimno. Nade mną stał on. Miał białe ręce. — Okryte rękawiczką palce poruszyły się na blacie, jakby same coś sobie przypominały. — Patrzył na mnie, długo. Tak jak pan… przed chwilą. Na szwy.
Merlinowi zrobiło się gorąco w uszy. Chciał coś powiedzieć, przeprosić może, że się tak wgapiał, ale nieznajomy mówił dalej, bez wyrzutu.
— Potem krzyknął. I uciekł. Zostawił otwarte drzwi.
— I… nie wrócił? — zapytał Merlin, chociaż znał już odpowiedź.
— Nie wrócił. — Nieznajomy przesunął palcem po obrazku z lisią rodziną, po stole w norce, po małych lisiątkach z łyżkami w puchatych łapkach. — Ja go szukałem. Długo. Patrzyłem przez okna. Widziałem, jak ludzie siedzą przy stole. Jak ktoś wraca do domu i ktoś inny się cieszy. Jak się do siebie uśmiechają. Nie wiedziałem, jak to się nazywa. — Okulary przeciwsłoneczne zwróciły się w stronę Merlina. — Teraz wiem.
Merlin poczuł w żołądku coś dziwnego. Jakby połknął kamień, który zamiast opaść na dno, utknął gdzieś po drodze i nie chciał ruszyć ani w górę, ani w dół.
Nieznajomy wstał, krzesło jęknęło z ulgą. Ostrożnie zamknął książeczkę, położył ją na środku stołu, wyrównał z krawędzią, jakby te stare kartki były cennym artefaktem.
— Dziękuję panu — powiedział. — Pan… bardzo dobrze tłumaczy.
Nikt nigdy nie powiedział Merlinowi, że bardzo dobrze tłumaczy. Merlin zaś nie wiedział, co zrobić z tą informacją, więc tylko kiwnął głową.
— Pójdę do niego — oznajmił nieznajomy. — Do tego, kto mnie zrobił. Pokażę mu, że umiem czytać. Że umiem mówić… grzecznie. Że rozumiem już, co to jest rodzina. Może wtedy… się uśmiechnie.
— No… — Merlin przełknął ślinę. — No, to super. Znaczy… mam nadzieję, że się uda i że no, że się uśmiechnie.
— A jeśli się nie uśmiechnie — ciągnął nieznajomy tym samym spokojnym i uprzejmym głosem — to niech mi zrobi kogoś. Kogoś takiego jak ja. Żebym ja też mógł… kochać. Żeby ktoś się do mnie uśmiechał. — Poprawił szalik, podciągnął kurtkę pod samą brodę. — On potrafi to zrobić. Raz już mu się udało.
Za oknem błysnęło, tak jasno, że na moment cała czytelnia zrobiła się biała, a cień nieznajomego, wyrzucony na ścianę, urósł do sufitu. Zagrzmiało. Merlinowi zjeżyły się włoski na przedramionach.
— No… — powiedział, żeby nie siedzieć w milczeniu jak kołek. — Chyba… tak?
Nieznajomy skinął mu głową uprzejmie i zniknął między regałami. Tym razem nic nie zgrzytnęło, pani Ottilie nie uniosła brwi, a drzwi czytelni zamknęły się za nim bezszelestnie. Merlin przez okno zobaczył jeszcze, jak wysoka, zgarbiona postać wychodzi na ulicę, prosto w deszcz, bez parasola, i znika za rogiem w kolejnym błysku.
Został sam. Tak, jak chciał. Nikt nic od niego nie chciał, nikt mu nie przeszkadzał, mógł wreszcie skończyć esej.
Przeczytał swoje dwie strony. Argumentacja, która jeszcze pół godziny temu miała znamiona sensu, teraz wyglądała jak wypracowanie kogoś, kto o odpowiedzialności przywołującego wobec bytu przywołanego słyszał wyłącznie z podręcznika. Co, uczciwie mówiąc, było prawdą.
Merlin odwrócił stronę, wygładził kartkę, wziął ulubiony długopis i na czystej stronie, napisał jedno zdanie:
Jeśli ktoś coś stworzył, to powinien się do tego chociaż raz uśmiechnąć.
Książeczka o lisach leżała na środku stołu, równiutko, jak ją zostawiono. Merlin otworzył ją na stronie z lisią rodziną przy stole. Wszystkie lisy się uśmiechały.
Bardzo chciał wierzyć, że tamten człowiek z białymi rękami też się uśmiechnie, ale Merlin był pesymistą. A pesymiści, jak wiadomo, mylą się wyjątkowo rzadko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz