Vaeril zatrzymał się raptownie i obejrzał za siebie. Widział jedynie nieprzeniknioną ludzkim okiem ciemność. Gęstą i niemal duszącą. Ciasny korytarz jeszcze przez chwilę wypełniały jedynie rytmiczne kroki jego towarzysza, Gaspara, który usłyszawszy słowa przyjaciela, także przerwał marsz i skierował nikłe światło latarki w jego stronę.
— Nie świruj — prychnął poirytowany. — Wydawało ci się.
Nie czekając na odpowiedź ze strony Vaerila, odwrócił się na pięcie i ruszył prosto przed siebie — w głąb wąskiego, pokrytego mchem i wilgocią korytarza.
Elf zagryzł zęby. Nie wiedział, dlaczego, ale odkąd postawił pierwsze kroki w opuszczonym kościele, czuł, że coś go obserwuje. Było to uczucie całkiem dla niego nowe, kompletnie obce, ale na tyle silne i niepokojące, że nie myślał o niczym innym.
Gaspar zadzwonił do niego rano ze wspaniałą informacją, że znalazł nowe miejsce, które mogą razem zwiedzić — porzucony przed wieloma laty kościół. Właściwie z zewnątrz już się rozpadał, a oprócz fundamentów i pozostałości ścian ozdobionych witrażami, niewiele po nim pozostało. Przynajmniej pozornie. Ukrytą pod powierzchnią piwnicę budowli stanowił labirynt katakumb prowadzący do podziemnego ołtarza. Tam, podobno, wciąż odbywały się mroczne msze i inne mrożące krew w żyłach rytuały. Według wielu relacji tajemnicze zakapturzone postacie pojawiały się w ruinach nocami i w akompaniamencie świętych pieśni w nieznanym nikomu języku, wspólnie schodziły w mrok zawiłych korytarzy.
A więc miejsce wprost idealne dla osób spragnionych dreszczyku emocji. Czyli między innymi dla Gaspara i Vaerila. Odwiedzili już razem niejedną równie owianą złą sławą lokację. Im straszniejsza i bardziej niepokojąca, tym lepiej. Dlatego elf nawet nie zastanawiał się długo, tylko od razu przystał na zaproszenie swojego przyjaciela. Spakował najważniejsze rzeczy i nim zaszło słońce, spotkali się na zgliszczach zniszczonego kościoła. Tam zrobili kilka zdjęć (tak na pamiątkę), a następnie zeszli ostrożnie do katakumb.
Korytarz był wąski, musieli iść jeden za drugim. Gaspar prowadził, rozświetlając drogę przed sobą latarką o bladym świetle. Vaeril w ciszy podążał za nim, z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej doceniając swój niski wzrost — nie musiał nawet się chylić, żeby nie zaczepiać głową o mokry, kamienny sufit.
Im niżej byli, tym powietrze stawało się zimniejsze, śmierdzące stęchlizną i czymś dusznym, słodkim. Vaeril marszczył nos. Próbował oddychać przez usta, ale nieprzyjemny posmak pozostający na języku szybko go do tego zniechęcił.
Mimo wszystko nie narzekał. Vaeril w swojej urbexowej karierze zwiedził już wiele miejsc, do których nikt o zdrowym rozsądku nawet nie pomyślałby, aby wejść. Wąski korytarz, który zdawał się ciaśniejszy z każdym krokiem, nie zniechęcał więc go nawet odrobinę. Wręcz przeciwnie, motywował, aby przeć niestrudzenie naprzód i dowiedzieć się, co kamienny labirynt skrywa w swym odległym końcu.
Lecz mimo tego, elf czuł się dzisiaj wyjątkowo dziwnie. Pierwszy raz, od początku swojej przygody z opuszczonymi budynkami, opanował go niewyjaśniony niepokój — dziwny ścisk w żołądku i dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Wzrastały one wprost proporcjonalnie do ciekawości i podniecenia płynącego z samej eksploracji. Odkąd tylko Vaeril pojawił się na zgliszczach, miał niesłabnące wrażenie, że jest przez kogoś bacznie obserwowany. Tak, jakby każdy jego ruch, nawet ten najmniejszy, nie umykał czyjemuś czujnemu spojrzeniu. I nawet teraz, podążając pogrążonym w mroku korytarzem, był święcie przekonany, że ktoś na niego patrzy, nie spuszczając wzroku ani na chwilę.
Choć podzielił się swoimi wątpliwościami z przyjacielem, ten absolutnie ich nie współodczuwał. Wprawdzie dla Gaspara był to najzwyklejszy wypad, przygoda taka, jak każda dotychczasowa. Miał on już na swoim koncie wiele podobnych lokalizacji, więc podchodził do niepokoju Vaerila z dystansem i stoickim rozsądkiem. Uspokajał elfa, przypominając, że nikogo w tunelu, oprócz nich, nie ma. Bo gdyby ktoś tu był — echa korków tej osoby rozbrzmiewałyby wzdłuż i wszerz. A wokół panowała cisza.
Vaeril zdawał mu się wierzyć. Przynajmniej pocieszał się, że to, o czym mówił jego przyjaciel, ma wiele sensu. Do tej pory wielokrotnie zwiedzali wspólnie opuszczone budowle — dziwniejsze i bardziej niebezpieczne nawet od tej, w której teraz się znajdujdowali — i nic złego się nie wydarzyło. Podejrzane odgłosy były najczęściej szumem wiatru, dreszcz na plecach wynikiem przeciągu, a stukające wokół dźwięki pracą starych, drewnianych budowli. Wszystko dało się logicznie wyjaśnić. A jeśli faktycznie natknęli się na żywego człowieka — był to najczęściej inny poszukujący wrażeń zwiedzający. Kiwali sobie wtedy głowami na przywitanie i ruszali w przeciwne strony. Bez zwady, bez żadnych zbędnych słów.
Rosnące poczucie niepokoju zaczął tłumaczyć zmęczeniem. Całą noc grał, poranek spędził na uczelni, popołudnie w pracy. Otaczająca wokół ciemność jedynie potęgowała chęć położenia się i zaśnięcia. Możliwe więc, że ta swoista nadwrażliwość jest wynikiem zwykłego niewyspania, a nie żadnym paranormalnym zjawiskiem czy innym zwiastunem nadchodzącego zagrożenia.
Vaeril ziewnął. Tak, to musiało być zmęczenie. Zaczął nawet żałować, że nie wziął ze sobą kawy. Właściwie już miał zapytać Gaspara, czy przypadkiem nie zapakował do plecaka puszki z napojem energetycznym, kiedy niespodziewanie tunel zaczął się rozszerzać i wreszcie dotarli do celu swojej podróży. Elf ożywił się na widok niewielkiej świątyni, oświetlonej blaskiem latarki.
Wokół ktoś krzywo poustawiał ławki — było ich naprawdę wiele, a każdą zbito w dość nieumiejętny sposób. Większość już na pierwszy rzut oka nie wyglądała na stabilne. Ich nóżki były powykrzywiane i koślawe. Vaeril z ciekawości oparł się o jedną z nich, chcąc przekonać się, czy zachowa równowagę. Zgodnie z jego przewidywaniami ławka zachwiała się niebezpiecznie, chyląc się ku ziemi.
Najciekawszym elementem kaplicy był jednak, oczywiście, ołtarz. Stał pod przeciwległą do wyjścia z korytarza ścianą. Nad nim zawieszono obraz, choć niestety było zbyt ciemno, a on sam był zbyt zniszczony, aby dokładnie przyjrzeć się temu, co przedstawiał. Vaeril rozpoznał na nim jedynie ciemne, niewyraźne kształty oraz kilka zadrapań, najpewniej wykonanych celowo jakimś ostrym narzędziem.
Sam ołtarz był właściwie dużym marmurowym stołem — misternie zdobionym i przykrytym czarnym obrusem, który, jak na takie miejsce, wcale nie był w najgorszym stanie. Na jego blacie ustawiono świeczniki z wypalonymi już świecami oraz kilka tajemniczych ksiąg. Vaeril przyglądał im się z ciekawością, ale nie poruszył żadnej. Zgodnie z niepisaną zasadą, miejsce eksploracji powinno pozostać w nienaruszonym stanie dla przyszłych zwiedzających. Niczego się nie przestawiało ani tym bardziej nie zabierało.
Gaspar wykonał kilka zdjęć na dowód, że udało im się odhaczyć kolejne miejsce na ich prywatnej mapie ciekawych lokacji do eksploracji. Fotografował wszystko, co akurat rzuciło mu się w oczy: powykrzywiane ławki, zakurzone książki, świece, porozrzucane po podłodze wysuszone kwiaty i czerwone plamy znajdujące się na podłoże tuż przed ołtarzem.
— Myślisz, że to krew? — Gaspar przywołał do siebie Vaerila ruchem dłoni. Elf, do tej pory podziwiający coś, co mogło pełnić funkcję mównicy, bez słowa podszedł do przyjaciela.
— A zdziwiłoby cię to? — zapytał, kucając tuż nad wyschniętą czerwoną kałużą. — Kto wie, jakie niepojęte rzeczy mają tutaj miejsce.
Oczywiście powiedział to w żarcie, z uśmiechem na ustach i wzruszeniem ramion. Domyślał się, że jakiś żartowniś przed nimi specjalnie zostawił tutaj ten ślad, aby przestraszyć potencjalnych odwiedzających. Vaeril spotykał się już z podobnymi niespodziankami wiele razy, więc plama nie budziła w nim już żadnych obaw.
I wtedy, całkiem nieoczekiwanie, wciąż skupiony na „krwistym” śladzie, dostrzegł coś kątem oka.
Ruch, krótki błysk czegoś złotego w zacienionym korytarzu. Vaeril zauważył to zaledwie na ułamek sekundy, jedynie ulotną chwilę gdzieś na granicy swojego pola widzenia, ale nie było mowy o pomyłce. On naprawdę coś widział.
Zachwiał się i stracił równowagę. Boleśnie upadł na zakurzoną podłogę, zaledwie kilka centymetrów od tajemniczej plamy. W powietrze wzbiła się chmura kurzu, a głuchy huk upadku rozbrzmiał wokół echem. Gaspar odskoczył, równie zaskoczony. Wkrótce zaczął pospiesznie omiatać latarką wszystkie kąty — raz kierując światło na wyjście z korytarza, raz na obolałego Vaerila.
Niczego niepokojącego jednak nie dostrzegł.
— Co się dzisiaj z tobą dzieje?
Vaeril dostrzegł w bladym świetle zmarszczone brwi swojego przyjaciela. Gaspar wyglądał na zdenerwowanego.
— Zdawało mi się, że coś widziałem…
— Przyznaj się, że znowu grałeś całą noc i nie spałeś? Wystarczyło powiedzieć, przyszlibyśmy tutaj innym razem!
Okrutne oskarżenia, jednak tkwiło w nich ziarno prawdy. Vaeril chyba naprawdę był przemęczony. Podniósł się powoli, otrzepując się z pyłu. Jego czarne spodnie kleiły się od pajęczyn i kurzu. Miał wrażenie, że na podłodze, oprócz krwistej plamy, leży teraz również jego własna godność.
Gaspar na szczęście nie gniewał się długo. Przewrócił oczami i wrócił do fotografowania wszystkiego, co wydawało mu się interesujące. Vaeril w milczeniu podążał za nim. Tym razem wyjątkowo nie miał już ochoty na eksplorację. Bolały go dłonie, poranione od kurzu i drobnych kamyków, było mu zimno, a wciąż narastało w nim nieprzemijające przekonanie, że ktoś na niego patrzy.
— Chcesz zdjęcie na ołtarzu?
Nagła propozycja Gaspara odrobinę go ożywiła. Oczywiście, że chciał.
— Pytasz.
Nie czekając długo, posiłkując się jedną z ławek, od której zręcznie się odbił, wspiął się na marmurowy blat i usiadł na czarnym, poszarpanym obrusie. Miejsca było wystarczająco, aby wyprostować nogi oraz wygodnie się ułożyć. Korzystając z tej sposobności, ustawił się i zaczął pozować do amatorskich zdjęć przyjaciela.
Od zawsze lubił ten dreszcz emocji. Lubił, otoczony ze wszystkich stron mrokiem, czuć na skórze chłód starego budynku i gorzki zapach stęchlizny. Widział w tym nieopisany urok — w poczuciu pozornego zagrożenia, w przeżywaniu wrażeń, na które niewielu odważyłoby się zdobyć, a przede wszystkim w uznaniu słuchaczy, gdy później snuł opowieści o tym, co niezwykłego udało mu się zobaczyć.
Opierał się właśnie łokciami o zimny marmur ołtarza, pozując do zdjęcia, kiedy niespodziewanie ciche wnętrze krypty, w której do tej pory rozbrzmiewały jedynie ściszone rozmowy przyjaciół i „kilk” aparatu, przeszedł głośny huk.
Z bijącym z przerażenia sercem Vaeril zerwał się na równe nogi. W gotowości do nagłej ewakuacji, niezdarnie zeskoczył z ołtarza. Początkowo myślał, że to znów wyobraźnia płata mu figle, ale widząc przerażoną minę przyjaciela, gorzko zdał sobie sprawę, że tym razem wcale mu się nie zdawało. Gaspar, drżącą dłonią, skierował światło latarki w stronę dźwięku.
I wtedy im oczom ukazało się coś doprawdy nieprawdopodobnego.
Kot.
Na jednej z koślawych ławek siedział kot.
Najzwyklejszy, czarny; o gęstej, długiej sierści i pędzelkach przy wąskich uszach. Na jego widok oczy Vaerila zalśniły z ekscytacji chyba jaśniej od przymglonego blasku latarki.
Kot wpatrywał się intensywnie pomarańczowymi ślepiami w dwójkę mężczyzn. Machał przy tym puszystą kitą to w prawo, to w lewo, podrzucające w powietrze cały pobliski kurz.
— A to niespodzianka. — Pierwszy odezwał się Gaspar. W jego głosie zabrzmiała słyszalna ulga. — Myślałem, że zaraz zejdę na zawał.
— Mówiłem ci, że coś widziałem! — Vaeril wreszcie zdał sobie sprawę, że wcale nie zwariował. Tajemniczy ruch i błysk musiał być odbiciem latarki w kocich oczach. Zwierzak najpewniej podążał za nimi całą drogę w dół i to właśnie jego obecność elf wyczuwał. Zagadka właśnie została rozwiązana.
— Pewnie się zgubił — stwierdził rozsądnie elf, podchodząc do zwierzaka. Kot wcale się nie przestraszył. Wygładził zjeżoną sierść i teraz już z większą ciekawością spoglądał w stronę zbliżającego się młodzieńca. Gdy ten był blisko, kotek podniósł się z pozycji siedzącej i przywitał Vaerila głośnym mruczeniem.
Tyle wystarczyło, aby zdobyć serce elfa. Młody mężczyzna nie zwlekał ani chwili i podniósł kota, przytulając go do swojej klatki piersiowej. Zwierzak ani na moment nie przerywał zadowolonego mruczenia, ocierając się o szyję Vaerila. Zaczął nawet ugniatać łapkami materiał jego bluzy. Wyglądał na naprawdę szczęśliwego, że może cieszyć się pieszczotami.
— To co z nim zrobimy?
Gaspar podszedł bliżej, oświetlając kota latarką. Dopiero teraz Vaeril dostrzegł białą plamkę na jego piersi, wyraźnie odcinającą się od czarnego futra.
— Nie możemy go tutaj zostawić — odparł po chwili zastanowienia. — Jesteśmy pośrodku niczego. W piwnicy opuszczonego kościoła. A to nie jest miejsce dla kota. Chyba wezmę go ze sobą do fundacji. Tam sprawdzą, czy przypadkiem ktoś nie zgubił takiego słodziaka. Jeśli nie, znajdą mu nowy dom.
Odechciało im się dalszej eksploracji. Zresztą zobaczyli już wszystko, co zobaczyć mieli. Piwnica została odwiedzona, ołtarz obejrzany, zdjęcia zrobione. Będzie o czym opowiadać, więc najwyższa pora wracać do domu.
Vaeril, z kotem na rękach, przecisnął się przez ciasny korytarz i wkrótce znalazł się na zewnątrz. Wreszcie mógł odetchnąć świeżym powietrzem. Do tej pory miał wrażenie, że jego płuca wypełniały pleśń i wilgoć, dlatego z ulgą powitał powiew nocnego wiatru oraz niesiony przez niego zapach jesiennych liści.
Wsiedli do samochodu. Gaspar kierował, kiedy Vaeril, siedząc na miejscu pasażera, próbował skontaktować się z właścicielką fundacji. Wysyłał jej kilka z wielu zdjęć kota (a zdążył ich zrobić do tej pory bardzo dużo) i czekał na odpowiedź.
— On się jakoś na mnie dziwnie patrzy — jęknął Gaspar, zerkając to na kota, to na leśną drogę przed nimi.
Vaeril zmarszczył brwi i podniósł zwierzaka tak, aby znalazł się on tuż przed jego twarzą. Przez chwilę wpatrywał się w jego pomarańczowe oczy ze skupieniem.
— Wiesz, to kot — odezwał się wreszcie, a następnie wzruszył ramionami i ponownie położył zwierzaka na swoich kolanach. — One już chyba tak mają.
— No tak, ale… jest w nim coś niepokojącego — mruknął Gaspar, nie potrafiąc wyrazić tego, że widok kota przyprawia go o dreszcze. — Zajmą się nim w fundacji?
Vaeril sięgnął po telefon, aby przeczytać wiadomość od organizatorki całego wolontariatu.
— Potrzebują kilku dni na znalezienie domu tymczasowego — streścił. — Kociarnia jest zapełniona.
— To co z nim zrobisz?
— Wezmę do siebie — odpowiedział bez chwili zastanowienia. — Nie mogę przecież go zostawić na pastwę losu.
— Chcesz go trzymać w akademiku? A co na to administracja?
— Nie muszą wiedzieć — zaśmiał się Vaeril, drapiąc kota za uchem. — To tylko kilka dni, więc nawet nie zauważą. Przemycę go w plecaku.
— A twój nowy współlokator?
No tak. Vaerilowi kompletnie wypadło to z głowy. Przecież nie mieszkał sam. Wierzył jednak, że kiedy tylko opowie swojemu przyjacielowi o tym, w jakich okolicznościach znalazł tę biedną przybędę, to ten nie będzie miał nic przeciwko, aby kot pozostał u nich na kilka dni.
— Sammy? Uwielbia zwierzęta — powiedział z przekonaniem. — A jeśli się nie zgodzi, to zawsze mogę zapytać Sorena, czy nie zajmie się nim przez ten czas. On akurat nie będzie miał serca mi odmówić.
Vaeril przytulił kota. Spostrzegł, że ma on naprawdę miękkie, zadbane futerko. Elf domyślał się, że wcześniej musiał to być zdecydowanie kot domowy. Pewnie zgubił się w lesie i widząc ludzi, podążył za nimi w poszukiwaniu ratunku. Miał szczęście, że trafił akurat na nich!
Kot był też bardzo chudy, niemal dało policzyć mu się wszystkie żebra. Wskazywało to na to, że pewnie dawno nic nie jadł. Vaerilowi zrobiło się bardzo żal tej niewinnej istoty. Porzuconej, samotnej i bardzo przestraszonej.
— Nazwałem go Rodzynek — oznajmił niespodziewanie. — Bo ma taką białą plamkę na piersi. Widziałeś? Wygląda jak rodzynek.
— Nadałeś mu imię? — Gaspar zdziwił się. — Weź, przestań. Bo zaraz się przywiążesz.
— Nic nie mogę na to poradzić! — bronił się z zapałem elf. — Rodzynek po prostu jest zbyt słodki. No, spójrz tylko na niego!
Gaspar przewrócił oczami.
— Wiesz, ja wolałbym, aby on nie patrzył się na mnie w ogóle.
Niedługo później dotarli pod akademik. Tam pożegnali się, a ich drogi się rozeszły. Vaeril, nim wrócił jeszcze do swojego pokoju, zaszedł do pobliskiego sklepiku po karmę. Nie chciał, aby jego nowy puszysty przyjaciel głodował przez całą noc. Nigdy by sobie tego nie wybaczył. Dopiero po zakupie kilku puszek karmy o całkiem znośnym składzie jak na jego marny budżet, udał się do swojego pokoju.
Sammy siedział akurat na łóżku. Przeglądał coś na telefonie, wygodnie rozłożony na kilku poduszkach. Był ubrany, co oznaczać mogło, że najpewniej niedługo wyjdzie na jeden z nocnych dyżurów.
Na widok wchodzącego do pokoju Vaerila, zaprzestał zabawę komórką, wyjął z uszu słuchawki i przywitał się z przyjacielem.
— I jak było?
Nim Vaeril zdążył odpowiedzieć, z jego plecaka wydobyło się głośne miauknięcie. Tak, jakby było ono wcześniej ustalonym sygnałem, elf wypuścił z kota. Sammy uniósł wysoko brwi i podniósł się z łóżka.
— O rety — skomentował.
— Zaraz ci wszystko wyjaśnię! — obiecał Vaeril, rzucając plecakiem w przypadkowym kierunku. Przez chwilę obserwował, jak Rodzynek przechadza się po niewielkim pomieszczeniu. Uszy oraz ogon miał sztywno wyprostowane, a jego pomarańczowe oczy badawczo snuły się po meblach i ułożonych na nich przedmiotach, aż wreszcie zatrzymały się na Sammy’m. Kot miauknął w jego stronę.
Vaeril nie mógł jednak pozostawić swojego przyjaciela w dłuższej niepewności. Przygotowując dla Rodzynka kolację, opowiedział współlokatorowi ze szczegółami wszystko, co spotkało ich podczas zwiedzania opuszczonego kościoła. Na sam koniec zapytał Sammy’ego, czy nie będzie przeszkadzała mu obecność kota przez kilka kolejnych dni. Oczywiście obiecywał, że to jednorazowa i wyjątkowa sytuacja. Jego przyjaciel, choć pełen obaw w związku z zasadami wynajmu pokoju, ostatecznie wyraził swoją zgodę.
— Jest całkiem uroczy — powiedział, klepiąc Rodzynka po głowie. — Mam nadzieję, że znajdzie jakiś dobry dom.
— Tego jestem pewien! — przytaknął z uśmiechem Vaeril. — To najgrzeczniejszy kociak, jakiego kiedykolwiek spotkałem.
Rodzynek od samego początku był naprawdę przyjacielski. Mruczał, miauczał i domagał się pieszczot. Wykazywał się też dużą ciekawością. Eksplorował ich pokój wzdłuż i wszerz, będąc przy tym naprawdę — jak na kota — ostrożnym. Niczego nie zrzucił na ziemię, niczego nie pogryzł ani nie podrapał. Grzecznie zjadł przygotowaną przez Vaerila karmę, a następnie zwinął się na kolanach elfa i zasnął, rytmicznie pomrukując.
— Przekochany zwierzak. — Elf nie mógł znieść słodkości Rodzynka. Uwielbiał koty od zawsze. Rozczulały go, sprawiały, że czuł się lepiej. Zanim poznał Sorena, to ich istnienie było jedyną radością w jego marnym życiu.
Szybko też uznał, że jego chłopak poznać Rodzynka. Dosłownie w tej chwili. Napisał więc do niego szereg podekscytowanych wiadomości z zaproszeniem. Na odpowiedź nie musiał czekać długo — Soren już sekundę później zapewnił, że wkrótce przyjedzie.
Zwierzęta bardzo lubiły Sammy’ego. Vaeril zdążył się o tym przekonać już niejednokrotnie. Nie inaczej było i tym razem. Choć wobec Gaspara kot pozostawał mniej ufny, do Sammy’ego przekonał się błyskawicznie. Mruczał i miauczał, gdy tylko ten pojawiał się w pobliżu.
Co ciekawe, nieustannie też nie odstępował obu młodych mężczyzn na krok — podążał za nimi wszędzie, gdzie tylko się ruszyli. Prawie nie mrugając, wpatrywał się w każdy ich ruch z ciekawością i niezwykłą intensywnością pomarańczowych oczu.
Okazało się, że właściwie z wzajemnością — młody lekarz wkrótce sam zaczął bacznie przyglądać się zwierzakowi.
— Vaeril… Czy nie myślisz, że ten kot zachowuje się trochę… inaczej? — szepnął, jakby obawiał się, że Rodzynek usłyszy, a na dźwięk głosu Sammy’ego, uszy kocura faktycznie drgnęły.
— Inaczej? — Elf uniósł brwi. — Że dziwnie? Przecież każdy kot ma swój indywidualny charakter. Podobnie jak my wszyscy, co nie? — zaśmiał się. — Ale jeśli pytasz, czy jest wściekły, to nie, raczej nie. Widywałem już wściekłe koty. I dobrze sam o tym wiesz, bo nieraz mnie szczepiłeś, kiedy mnie pogryzły.
— Pamiętam, ale… Nie wiem, coś mi w nim nie pasuje.
Vaeril przewrócił oczami, kiedy Sammy zadrżał pod wpływem wpatrujących się w niego pomarańczowych oczu. W końcu to był tylko kot. Najzwyklejszy na świecie. Najbardziej koci, jaki tylko może być. Puchaty i niezwykle słodki. Obserwujący wszystko wokół, jak każdy typowy kot, który nie lubi, gdy coś go zaskakuje.
— Pewnie jest po prostu zestresowany — uspokajał przyjaciela Vaeril. — To dla niego całkiem obce miejsce. Musi się przyzwyczaić.
— Tak, może masz rację…
Nie ciągnęli tej rozmowy dłużej. W milczeniu wpatrywali się w Rodzynka, który z największym spokojem na świecie lizał jedną ze swoich przednich łapek. Elf nie potrafił oderwać od niego wzroku. Zwierzak był niezwykle uroczy. Miał w sobie coś wyjątkowego, coś, co nadawało jego całej sylwetce niemal majestatyczny charakter. Fala czarnej sierści spływała gładko po jego grzbiecie, pędzelki przy uszach drżały przy każdym najmniejszym ruchu, a czujne, lśniące ślepia omiatały wszystko wokół w niemej zadumie. Vaeril wiedział, że Sorenowi na pewno się on spodoba. A podświadomie nawet ten kot odrobinę mu go przypominał — w tych eleganckich, choć niezwykle pewnych i stanowczych ruchach oraz w tym głębokim, przenikliwym spojrzeniu.
W tej samej chwili, gdy Vaeril zaczął dostrzegać podobieństwa między Rodzynkiem a swoim chłopakiem, rozległo się pukanie do drzwi. Jakby przywołany samą myślą, w progu stanął, w pełnej swej okazałości, nie kto inny, jak sam Soren. Uśmiechnięty, wyprostowany i zachwycająco idealny, co zawsze.
Elf podniósł się z łóżka, niemal potykając się o własne nogi (i porzucony wcześniej niedbale plecak), aby powitać swojego chłopaka.
— To gdzie jest ta piękność? — zapytał entuzjastycznie mężczyzna, wchodząc do pokoju, choć nie wyglądało na to, aby właściwie podjął próbę poszukiwania kota. Jego wzrok wciąż pozostawał utkwiony w Vaerilu, do którego od razu podszedł i zamknął w ciasnym uścisku. Elf niemal stracił równowagę pod wpływem tego mocnego powitania. Zachwiał się i przechylił, nie podejmując jednak próby uwolnienia się.
— Znalazłem. To było łatwe — zaśmiał się Soren, nie wypuszczając swojego partnera z ramion.
— Odpowiedź byłaby trudniejsza, gdybym miał lustro w pokoju, mam rację? — droczył się Vaeril, rzucając swojemu partnerowi pytające spojrzenie.
Soren prychnął z rozbawieniem. Wzruszył tylko ramionami, unikając wzroku swojego chłopaka. Obydwaj doskonale znali jednak odpowiedź na to pytanie.
Wtedy też Vaeril przypomniał sobie, że nie są w pokoju sami. Sammy wciąż siedział na swoim łóżku, teraz udając, że sprawdza coś niezwykle istotnego w telefonie. Elf poczuł się zakłopotany, więc pośpiesznie wyplątał się z uścisku. Poprawił zmierzwione włosy, kaptur bluzy i wyprostował się. Soren, choć początkowo niezadowolony z przerwanych nagle pieszczot, również zauważył obecność współlokatora swojego partnera, więc uprzejmie kiwnął mu na przywitanie.
— Kot. Miałem pokazać ci kota — rzekł wreszcie rezolutnie Vaeril, przerywając niezręczną ciszę, która zapanowała w pokoju. Nie mógł doczekać się, aby przedstawić Rodzynka Sorenowi.
Myśląc, że zwierzak pewnie wciąż siedzi na dywanie nieopodal łóżka, odwrócił się, aby wziąć go na ręce, lecz nieoczekiwanie spostrzegł, że kota wcale tam nie było. Vaeril rozejrzał się po pokoju. Po Rodzynku nie było ani śladu. Zaskoczony elf zerknął w stronę drzwi, ale te pozostawały zamknięte. Oznaczało to, że kot wciąż musiał znajdować się gdzieś w sypialni.
Nie mając żadnego innego pomysłu, Vaeril schylił się i zajrzał pod swoje łóżko. Strzał w dziesiątkę — kot siedział skulony pod stelażem i rzucał niepewne spojrzenie w stronę elfa. Ten z kolei nie przejął się tym specjalnie i bezceremonialnie wyciągnął zwierzaka z kryjówki.
— Chyba się ciebie trochę boi — zwrócił się do Sorena, uspokajająco głaszcząc Rodzynka po czarnym łebku.
— Nie on jedyny — Acedia wcale się nie zgorszył słowami elfa. Uniósł dłoń, aby przywitać się ze zwierzakiem, lecz w tej samej chwili, całkowicie niespodziewanie, kot prychnął. Soren cofnął rękę, a Vaeril przycisnął mocniej Rodzynka do piersi.
— To coś nowego. Nie zachowywał się do tej pory. Naprawdę go przestraszyłeś — stwierdził elf, marszcząc brwi. — Może to kwestia perfum? Pewnie pachniesz za mocno.
— Kwestia moich perfum? — oburzył się Soren. Zaplótł ręce na piersi i posłał Rodzynkowi równie wrogie spojrzenie. — Ten kot nie wie, jak drogie były. Czy on w ogóle ma jakiekolwiek pojęcie na temat perfum? Bo wygląda na to, że wcale się nie zna.
— Cóż, to kot. Obawiam się, że na temat perfum wie tyle, co ja. — Vaeril próbował obrócić całą tę niezręczną sytuację w żart. Wciąż wierzył, że zwierzak szybko przekona się do Sorena i już za chwilę będzie się do niego łasić tak samo chętnie jak do niego samego.
Nic jednak na to nie wskazywało. Rodzynek pozostawał najeżony, bezustannie posyłając Sorenowi wrogie spojrzenia. Ani na moment nie spuszczał z niego poirytowanego wzroku.
— Vaeril, nie podoba mi się, jak on na mnie spogląda… — pożalił się wreszcie Acedia, który usilnie starał się unikać kontaktu wzrokowego z kotem.
— To pierwszy raz, kiedy ktoś tak na ciebie patrzy? — Na ustach elfa pojawił się zawadiacki uśmiech. — Pani Cerese obserwuje mnie z podobną nienawiścią zawsze, kiedy tylko mnie widzi. Może w takim razie powinienem zmienić imię Rodzynkowi. Na bardziej pasujące. Na Cerese Junior. Co o tym myślisz?
— Wypraszam sobie! — oburzył się Soren, prostując się. — Cerese nigdy by tak mnie nie potraktowała!
Gdzieś z drugiego końca pokoju rozbrzmiał cichy śmiech. To Sammy, słyszący ich sprzeczkę, nie potrafił się nie zaśmiać. Soren posłał mu w zamian ostrzegające spojrzenie — niemal tak samo wrogie, co spojrzenie Rodzynka. Sammy odchrząknął, wyprostował się i odwracając wzrok, wstał powoli, a następnie zamknął w łazience. Tak na wszelki wypadek.
Małymi kroczkami do przodu. Przynajmniej taką postawę przybrał Vaeril, starając się w jakiś sposób sprawić, aby Rodzynek wreszcie zaakceptował Sorena. Albo żeby przynajmniej Soren zaakceptował Rodzynka — co wydawało się jednak znacznie trudniejszym wyzwaniem.
Kot reagował nerwowo za każdym razem, gdy tylko Soren próbował zbliżyć się do swojego chłopaka. Prychał, syczał i warczał, nie opuszczając przy tym swojego posterunku na kolanach Vaerila. Zupełnie jakby faktycznie był zazdrosny i za nic nie zamierzał dać Acedii najmniejszej szansy. Mężczyźnie szybko przestało mu się to podobać.
— Vaeril… — jęczał niepocieszony. — Ja chcę cię tylko przytulić. Powiesz może kotu, kto jest twoim prawdziwym chłopakiem?
Jakby zrozumiał jego słowa, Rodzynek prychnął głośno, wciąż nie spuszczając wzroku ze swojego rywala. Vaeril, równie zmartwiony, co rozbawiony, nie mając innego wyboru, wstał z miejsca i odłożył kota na łóżko wciąż ukrywającego się w łazience Sammy’ego.
Tam elf podrapał Rodzynka między uszami, a następnie zostawił go i wrócił na swoje miejsce tuż obok Sorena. Aby wreszcie ukontentować swojego chłopaka, przysunął się do niego, objął go i złożył czuły pocałunek na jego ustach. Nim jednak zdążyli w pełni oddać się dalszym pieszczotom, Vaeril poczuł znajome ciepło na kolanach. Kot w mgnieniu oka wrócił na swoje miejsce, a wraz z nim pojawiło się srogie warczenie skierowane prosto w stronę Sorena. Tym razem powarkiwanie zdawało się jeszcze głośniejsze, jakby poświęcenie uwagi komuś innemu niż on sam wyjątkowo nie przypadło Rodzynkowi do gustu.
— Ten kot jest homofobiczny — poskarżył się Soren, nie kryjąc już swojej irytacji. — Nie podoba mi się to. Jak długo zamierzasz się tym czymś opiekować?
Vaeril przewrócił oczami.
— Kotem. To kot. I jak to kot, denerwuje się, bo jest w obcym miejscu, wśród obcych ludzi — wyjaśniał. — Przez te kilka dni na pewno się do ciebie przekona.
— Kilka dni?! — powtórzył dramatycznie mężczyzna, opadając na materac. — Nie zniosę przecież kilku dni!
— Już szukają dla niego domu tymczasowego — zapewnił pocieszająco Vaeril. — Jest bardzo grzeczny, więc wierzę, że te kilka dni minie naprawdę szybko…
— To jest dla ciebie “grzeczny” kot? Spójrz mu tylko w oczy! Przecież wygląda, jakby chciał zaraz kogoś zabić!
Vaeril odwrócił kota, aby zerknąć na jego koci pyszczek. Nie dostrzegł tam żadnej chęci mordu.
— Mówisz, że ma mordercze myśli? W takim razie macie chyba więcej wspólnego, niż ci się wydaje.
Sammy próbował wyjść z łazienki, ale słysząc słowa elfa, odwrócił się na pięcie i ponownie zatrzasnął za sobą drzwi. To nie była rozmowa, w której chciał brać udział. I słusznie dla niego.
Elf nie potrafił ugryźć się w język. Soren doskonale zdążył się o tym przekonać już niejednokrotnie. Westchnął przeciągle i rzucił urażone spojrzenie najpierw na kota, a następnie na swojego chłopaka.
— Skąd ty w ogóle go wziąłeś?
Trudne pytanie. Vaeril zaśmiał się nerwowo, odwrócił wzrok, zagryzł policzek i podrapał się po karku. Przez to wszystko zupełnie zapomniał opowiedzieć Sorenowi o okolicznościach, w jakich znalazł Rodzynka. Doskonale wiedział, że jego chłopak nie podchodził zbyt entuzjastycznie do wszelkiego rodzaju nocnych wypadów do opuszczonych budynków. W najmniejszym stopniu nie podzielał pasji elfa, a wręcz często się denerwował, gdy słyszał o jego spacerach po rusztowaniach czy eksplorowaniu piwnic o walących się na głowę sufitach.
Dlatego też Ivesresn nie wspomniał wcześniej Sorenowi o planowanym wypadzie do opuszczonego kościoła. Doskonale wiedział, że jego chłopak zdecydowanie nie będzie zadowolony, gdy się o nim dowie. Teraz jednak nie miał już wyjścia. Czując się przypartym do ściany, wziął głęboki oddech i, unikając spojrzenia Acedii, ściszonym głosem przyznał się do nocnej wyprawy do ukrytego ołtarza, gdzie odnalazł Rodzynka.
Z każdym słowem na twarzy Sorena malował się coraz to większy szok — lub nawet ściślej mówiąc — czyste przerażenie. Mężczyzna wstał z łóżka i masując skronie, zaczął krążyć po niewielkim pokoiku.
— Chcesz mi więc powiedzieć, że dzisiaj w nocy wpadłeś na genialny pomysł, żeby zwiedzić sobie jakiś przeklęty kościółek, a następnie przyprowadziłeś stamtąd to coś? Vaeril, czy ty w ogóle jesteś pewien, że to jest kot? Co, jeśli to zmiennokształtny? Przecież on obserwował, jak się całujemy! To pewnie jakiś podejrzany perwers! Pomyślałeś o tym w ogóle?!
Cóż, Vaeril oczywiście o tym nie pomyślał. Bo nie miał ku temu żadnych powodów. Nie chciał z góry zakładać niczego złego. Do tej pory zwierzak, którego przyprowadził, zachowywał się jak najzwyklejszy kot. Musiał więc być kotem. A Vaeril przecież znał się na tym jak nikt inny.
— Chyba odrobinę przesadzasz — zarzucił swojemu chłopakowi, nie kryjąc irytacji. — Przecież wiem, jak wyglądają koty. Widziałem ich w życiu całe mnóstwo. A ten tutaj niewątpliwie jest kotem, więc błagam cię, nie doszukuj się wszędzie żadnego spisku. To, że cię nie lubi, nie oznacza od razu, że jest jakąś mroczną i drapieżną istotą.
— Nie byłbym tego taki pewien — prychnął naburmuszony Soren.
— Cóż, jeśli mogę się wtrącić, to według mnie, też jest z nim coś nie tak. — Sammy wyjrzał zza drzwi łazienki. Nieśmiało wrócił do pokoju i usiadł na swoim łóżku. — Niepokojąco się przygląda. Nie wiem, dlaczego, ale przyprawia mnie o dreszcze.
— O tym właśnie mówię! — Soren poparł słowa swojego przedmówcy. — Słyszałeś, Vaeril? Nie tylko ja uważam, że ten kot jest jakiś podejrzany!
— Ale to tylko kot!
Nie wiedział, ile razy w ciągu jednego dnia może jeszcze powtarzać jego tak proste stwierdzenia. Elf wciąż uporczywie bronił Rodzynka, choć trochę miał już dość tej konwersacji. Było mu trochę przykro, że dwie bliskie mu osoby sprzeciwiły się przeciwko niemu. Nie rozumiał, dlaczego zwykły kociak budził w nich tak wiele negatywnych emocji. Poczuł się zmęczony tym wszystkim. Westchnął cicho, odłożył kota na swoim łóżku, zabrał piżamy z szafki i ruszył w stronę wolnej już łazienki.
— Idę się myć — poinformował chłodno, a następnie zwrócił się bezpośrednio do swojego chłopaka. — Chcesz wziąć prysznic?
— Nie — mruknął Soren, odsuwając się od prychającego na niego kota, którego ominął szerokim łukiem, tylko po to, aby usiąść w bezpieczniejszym dla siebie miejscu, czyli na łóżku obok Sammy’ego. — Umyłem się przed wyjściem. I to trzynastoma różnymi produktami.
— W takim razie nic, tylko ci pogratulować.
Vaeril zatrzasnął za sobą drzwi. Mimo tego wciąż słyszał ściszone głosy Sorena i Sammy’ego. Oczywiście, że karmili nawzajem swoje własne urojenia, popychając się wspólnie w głębsze odmęty szaleństwa. Elf poczuł złość.
— Czy naprawdę mam wziąć kota ze sobą do łazienki? — zapytał poirytowany, wyglądając zza białej framugi.
Soren przez chwilę procesował w ciszy jego słowa, a następnie pospiesznie odpowiedział:
— Że miałby patrzeć jak się myjesz? NIE MA TAKIEJ MOWY. Zostaje tutaj. Muszę mieć na niego oko.
Posłał kotu wyzywające spojrzenie i (choć mogło się to Vaerilowi jedynie wydawać) pokazał mu język.
Elf i tak nie zamierzał zabierać kota ze sobą. Zwierzęta te nie lubią wody, a on nie miał serca narażać Rodzynka na dodatkowy stres tego dnia. Kot miał już za sobą naprawdę wiele wrażeń. Wystarczy mu nieprzyjemności. Jak na jednego małego kotka, był to zdecydowanie zbyt ciężki dzień.
Prysznic naprawdę był krótki. Szczególnie, że do pośpiechu zmusił go żałosny głos własnego chłopaka, który w pewnym momencie zaczął błagać wychodzącego do pracy Sammy’ego, aby ten nie zostawiał go samego. Vaeril, choć wciąż trochę zły, zbyt bardzo kochał Sorena, by się nad nim znęcać, więc szybko się wytarł i narzucił na siebie piżamę. Nie chciał zostawiać wrogiej sobie dwójki sam na sam dłużej, niż było to konieczne.
Kiedy opuścił łazienkę, okazało się, że Sammy faktycznie wyszedł. Zwykle oznaczało to, że przez resztę nocy on i Soren mogli spędzić czas w dowolny sposób, nie krępując się niczyim spojrzeniem. Dziś było jednak odrobinę inaczej. Obecność Rodzynka skutecznie psuła klimat, szczególnie że Acedia wcale nie krył swojego niezadowolenia z faktu, że musi spać w tym samym pomieszczeniu co “ten przeklęty kot”.
— A jeśli postanowi zabić mnie we śnie? — Soren dzielił się swoimi (niesłusznymi) obawami.
— To go powstrzymam — obiecywał Vaeril, ziewając już ze zmęczenia. — Chodźmy spać.
Nie czekając na reakcję ze strony swojego chłopaka, ułożył się wygodnie po swojej stronie łóżka. Nim zdążył się obejrzeć, na pozostałą część poduszki wskoczył Rodzynek i zwinąwszy się w kulkę, smacznie zasnął.
— Vaeril… on zajął moje miejsce…
— Tutaj nie ma więcej miejsca, nie zrobił tego celowo — zapewnił spokojnie elf.
Nie mając innego wyboru, wziął kota na ręce i, przytulając go do siebie, położył się na boku, pozostawiając przestrzeń dla Sorena. Acedia westchnął cicho, ale skorzystał z niemego zaproszenia i ułożył się tuż obok.
Przez kilka minut stykali się ze sobą plecami. Akademickie łóżko było wąskie i nie pozwalało na zbyt wiele, więc ostatecznie Soren odwrócił się i objął Vaerila, przyciągając go do siebie — z nadzieją, że przynajmniej resztę nocy uda im się spędzić blisko siebie.
Nie było mu to jednak dane. Niespodziewanie odsunął się niczym poparzony, by ułamek sekundy później, nie kryjąc żalu i oburzenia, zwrócił się do Vaerila:
— Ten pchlarz właśnie mnie ugryzł!
Elf powoli otworzył sklejone już snem oczy. Zostawił kota i odwrócił się w stronę swojego chłopaka. W półcieniu dostrzegł lśniącą kroplę krwi, powoli sączącą się z kciuka Sorena.
Teraz faktycznie poczuł się odrobinę winny. Nie chciał, aby tak to się skończyło. Bez słowa podniósł się z łóżka i skierował w stronę części pokoju należącej do Sammy’ego. Stamtąd wziął apteczkę i wrócił do swojego chłopaka, po czym zaczął opatrywać jego ranę.
— Przepraszam… Wiesz, on naprawdę wcześniej się tak nie zachowywał… — próbował przekonać Sorena, choć wiedział, że ma już na to marne szanse. — Nie wiem, dlaczego nagle tak się zmienił. Nie rozumiem tego…
Jego głos brzmiał słabo. Był wyczerpany. Nie miał już pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Czuł teraz wyłącznie przygniatające poczucie winy.
Odkaził ranę, ale jej nie zabandażował. Postanowił sam się nią zająć i wykorzystać swoje lecznicze zdolności. Soren, prawdę mówiąc, ucierpiał z jego winy, więc teraz to na jego barkach spoczywało zadanie, by mu pomóc. Vaeril nie wybaczyłby sobie, gdyby nie zrobił wszystkiego, co w jego mocy, aby ulżyć chłopakowi. Przymknął oczy i, całkowicie ignorując ciche syczenie kota, zabrał się do pracy. Kiedy tylko poczuł ciepło w opuszkach palców, przycisnął je do dłoni Sorena. Wkrótce po skaleczeniu nie pozostał nawet ślad. Na sam koniec delikatnie ucałował dłoń chłopaka i podnosząc wzrok do góry, zapytał:
— Czy już nie boli?
— Myślę, że powinieneś pocałować drugi raz. Tak dla pewności. Inaczej mogę umrzeć.
Vaeril zaśmiał się, ale z przyjemnością spełnił prośbę Sorena. Ucałował go nawet trzy razy. Tak dla pewności.
A w pogrążonym mroku pokoju lśniły jedynie obserwujące ich pomarańczowe ślepia Rodzynka.
— Może lepiej będzie, jeśli położę się na łóżku Sammy’ego — stwierdził Soren z żalem, zerkając na kota. — Nie wątpię w twoje moce uzdrowicielskie, ale…
— Mogą okazać się niewystarczające? — dokończył Vaeril i na wszelki wypadek odsunął Rodzynka na bezpieczną odległość. — Jeśli tak poczujesz się bezpieczniej, nie będę cię zatrzymywać.
Soren, choć bardzo niechętnie, przeniósł się na drugie łóżko. Mamrotał jeszcze pod nosem, że choć przegrał bitwę, to wygra wojnę, a następnie po uszy zakopał się w kołdrze Sammy’ego. Vaeril przez chwilę go obserwował, aż wreszcie sam padł z wyczerpania.
Wierzył, że wraz z nadejściem nowego dnia wszystko jakoś się ułoży.
O świcie, niestety, nic nie układało się lepiej. Soren oczywiście przetrwał noc, ale kiedy tylko próbował pocałować Vaerila na powitanie, Rodzynek przywitał go równie czule głośnym prychnięciem i wrogim machnięciem ogona. Wkrótce para i tak musiała się rozstać, bowiem elf powinien musiał udać się na zajęcia, a jego chłopak, jak zwykle, miał grafik wypchany po ostatnią minutę. Wspólnie opuścili mieszkanie, zostawiając kota samego w pokoju.
Zajęcia ciągnęły się elfowi w nieskończoność, ale kiedy wreszcie wrócił, powitało go radosne miauczenie. Rodzynek niejako wrócił do swoich ustawień fabrycznych. Cieszył się na widok Vaerila, łasił się do niego i domagał pieszczot. W niczym nie przypominał wrogiego stworzenia, jakim Soren próbował go przekonać, że jest. Wydawał się być tym samym kochanym zwierzakiem, co wcześniej.
Vaeril żałował, że żadna z bliskich mu osób nie miała okazji zobaczyć tej lepszej wersji Rodzynka. W końcu nawet Sammy jedynie przez chwilę mógł nacieszyć się radosnym mruczeniem kota — wczoraj wieczorem również przekonał się, jaki potrafił być on nieprzyjazny. Do tej pory kot wzbudzał w nich więc jedynie negatywne emocje. A przecież wcale taki nie był! Miał też swoją lepszą stronę, którą chętnie prezentował, choć jak dotąd wyłącznie elfowi.
Może gdyby spróbowali dać mu jeszcze jedną szansę, kot również przestałby warczeć i syczeć? Vaeril jednak wątpił, żeby Soren odważył się podjąć taką próbę. Może jedynie ze względu na uczucia dałby się przekonać, ale elf nie chciał go do niczego zmuszać. Wiedział, że byłoby to nie w porządku.
Wiedział też, że gdyby jednak przyszło mu wybierać, zawsze wybrałby Sorena.
Przy okazji miał też dziwne wrażenie, że Rodzynek również zdawał sobie z tego sprawę. Gdzieś tam podświadomie, w swoim małym kocim łebku. Kot szybko postanowił pokazać, że wcale mu się taki układ nie podoba.
Odkąd tylko elf wszedł do pokoju, Rodzynek nie opuszczał go na krok. Chodził za nim wszędzie. Nieudolnie starał się dostać za nim nawet do łazienki, ale z powodu jakiegoś niewyjaśnionego przeczucia, Vaeril zamykał przed nim drzwi.
Inaczej nie było ani chwili spokoju od Rodzynka. Wciąż domagał się pieszczot, miauczał i właściwie nie odstępował elfa na krok. Kiedy ten próbował czytać książki na zajęcia, kot rozkładał się na aktualnie otwartej stronie. Gdy tylko pojawiała się próba zagrania w legendarną ligę, zaczynał gryźć kable. Wymagał ciągłej uwagi. W każdej chwili. Nie pozwalał Vaerilowi skupić się na niczym innym niż na nim.
Choć przyznawał to z żalem i pewnym zawstydzeniem, Rodzynek powoli zaczynał działać mu na nerwy. Vaeril kochał koty. Kochał je od zawsze, odkąd tylko pamiętał, dlatego nie rozumiał, dlaczego akurat ten osobnik wzbudzał w nim taką irytację. Nieraz zajmował się już kotami i spędzał z nimi wiele czasu. Nawet te najbardziej spragnione miłości nigdy nie były tak upierdliwe jak Rodzynek. One, jak to koty, ceniły sobie swoją niezależność i zawsze potrzebowały chwili dla siebie. Nie wymagały ciągłej uwagi.
Rodzynek nawet na sekundę nie odklejał się od Vaerila. A ten wreszcie musiał przyznać przed samym sobą, że nie potrafi tego znieść.
Szczególnie złościł się, kiedy kot specjalnie wytrącał mu telefon z ręki, jakby czuł, że właśnie w tej chwili elf próbuje skontaktować się ze swoim chłopakiem. Wszystkie wysłane wiadomości wydawały się nieczytelne, doprawione dodatkowymi, niepasującymi literami czy emotkami, które Vaeril wcisnął przypadkiem, próbując napisać cokolwiek. Próba zdzwonienia się także zakończyła się fiaskiem. Rodzynek miauczał tak nieznośnie głośno, kiedy tylko usłyszał głos Sorena, że elf w pośpiechu się rozłączał, aby tylko nikt z administracji nie usłyszał ukrywanego w pokoju zwierzaka.
— Vaeril, ja nie wiem, jak długo będę w stanie to znosić… — żalił się Soren na pożegnanie po ich zbyt krótkiej rozmowie.
Vaeril również nie wiedział, jak długo będzie w stanie to znosić. Naprawdę nie wiedział. Z jakiegoś nieznanego sobie powodu pomarańczowy blask oczu Rodzynka zaczynał działać mu na nerwy.
Przed snem jeszcze przez chwilę bawił się z kotem, który wręcz domagał się jego nieustannej uwagi. Wtedy też spostrzegł — choć równie dobrze mogło mu się tylko wydawać — że plama na sierści, od której wzięło się imię zwierzaka, wyglądała na większą i zdecydowanie bardziej asymetryczną. Vaeril nie przejął się tym jednak. Możliwe, że poprzedniego dnia zwyczajnie nie przyjrzał się jej dokładnie.
Przecież to tylko kot — powtarzał sobie, próbując odgonić wszystkie niepewne myśli, które dzień wcześniej zasiali w jego głowie Soren i Sammy.
Kolejne dni mijały mu podobnie. Kiedy tylko wracał z uczelni, nie mógł liczyć nawet na odrobinę spokoju czy prywatności. Rodzynek pozostawał równie męczący jak dobę wcześniej. A może nawet bardziej?
Choć na to przekonanie mogło już wpływać samo zmęczenie elfa. Zwyczajnie zaczynał mieć dość kota — choć sam nie wierzył, że kiedykolwiek będzie w stanie pomyśleć coś takiego. Przez ten czas począł nawet wątpić, czy w ogóle nadaje się na właściciela jakiegokolwiek zwierzaka, skoro nie potrafił znieść obecności jednego kociaka przez tak krótki czas.
Czuł jednak, że coś jest nie tak. Niesłabnące ostrzeżenia ze strony Sammy’ego i Sorena jedynie potęgowały te obawy. Choć w obecności młodego lekarza Rodzynek zachowywał się równie przyjaźnie jak zawsze, na widok Acedii natychmiast zaczynał się denerwować. Warczał i prychał, nie pozwalając Sorenowi zbliżyć się do Vaerila choćby o krok.
Elf miał wrażenie, że nie może liczyć na niczyją pomoc. Został z tym sam — choć właściwie dobrowolnie odrzucał rady swoich bliskich. Nie dlatego, że wciąż im nie wierzył. Po prostu czuł, że kot jest jego odpowiedzialnością. Zgodził się nim zająć i nie mógł teraz tak po prostu go porzucić. To nie leżało w naturze Vaerila. Tak, jak mawiał jego przyjaciel Alex, skoro powiedział „R”, musiał też powiedzieć „odzynek”.
Musiał znieść to intensywne, lśniące spojrzenie.
Aż pewnego dnia Rodzynek jednak przekroczył granicę. Elf wrócił z uczelni i zastał naprawdę nieprzyjemny widok.
Plakat z Sorenem, który zabrał Dylanowi z drzwi ich wspólnego pokoju, leżał całkowicie podarty pośrodku pomieszczenia. Wokół porozrzucanych strzępków siedział Rodzynek — niezwykle z siebie zadowolony i dumny. Cieszył się, jakby faktycznie pozbył się swojej konkurencji.
Elf poczuł narastający żal. Bardzo lubił ten plakat. Wiązało się z nim wiele przyjemnych wspomnień — od poznania Sorena aż po dziś, kiedy stanowili szczęśliwą parę. Dobrze mu się więc kojarzył. W akcie desperacji próbował nawet pozbierać kilka kawałków, ale zdjęcie było nie do odratowania — porwane na drobne fragmenty, nie miało już najmniejszych szans na naprawę.
Rodzynek zdawał się wiedzieć, gdzie uderzyć, żeby zabolało.
Tyle wystarczyło, aby Vaeril podjął trudną dla siebie decyzję. Usiadł na łóżku i westchnął cicho. Wreszcie, po raz pierwszy od kilku długich dni, musiał z żalem przyznać, że z tym kotem naprawdę coś było nie tak. Wreszcie dopuścił do siebie tę myśl.
Vaeril wyraźnie widział w oczach kota dumę i satysfakcję. Dostrzegał w nich jeszcze coś, czego nie potrafił nazwać, choć doskonale wiedział, że nie oznacza to niczego dobrego.
W tej samej chwili zauważył jednak coś jeszcze. I ten widok zmroził mu krew w żyłach. Biała plamka na piersi Rodzynka. Ta sama biała i urocza plamka, po której niejednokrotnie głaskał kociaka, teraz przypominała coś zgoła innego. Kot siedział pośrodku pokoju, dumnie prezentując pierś. Pierś, na której biały wzór przybrał kształt… sztyletu?
W pierwszej chwili Vaeril pomyślał, że oszalał. Że coś mu się przywidziało. Że to tylko sen. Przeklęty koszmar, który ciągnął się już komicznie długo. Niestety wszystko wokół wskazywało na to, że ta dziwaczna scena, malująca się tuż przed jego oczami, była jak najbardziej rzeczywista.
Kot przez cały ten czas nie spuszczał z niego wzroku. Elf mimowolnie przypomniał sobie wizytę w kaplicy. W mroku korytarza czuł na sobie podobne dreszcze wywołane poczuciem, że ktoś się w niego intensywnie wpatruje. Teraz było tak samo. Tak samo przerażająco.
Vaeril nie wiedział, co robić. Nie poruszył się. Rodzynek nie poruszył się także. Jedynie patrzył na swojego przestraszonego opiekuna, nie mrugając nawet raz. Elf starał się utrzymywać to spojrzenie, bacznie obserwując kota, jakby oczekiwał, że właśnie on wykona jakiś pierwszy ruch.
A może bierne oczekiwanie działało na jego niekorzyść? Vaeril nagle zdał sobie sprawę, że musi wydostać się z pokoju. I to jak najszybciej. Nieopatrznie jednak, usiłując zebrać strzępy porwanego plakatu, podszedł do łóżka. Teraz drogę do drzwi wyjściowych zagrodził mu siedzący w przejściu Rodzynek. A Vaeril podświadomie miał przeczucie, że nie powinien przechodzić obok niego. Narastało w nim wrażenie, że jeśli tylko się zbliży, stanie się coś złego. Tak jakby kot samym swoim spojrzeniem i niespiesznym machaniem ogona dawał mu znać, że elf wkrótce skończy jak plakatowy Soren.
Nie miał zbyt wielu opcji. Nerwowo sięgnął do kieszeni spodni, z której wyciągnął telefon i od razu zadzwonił do swojego chłopaka.
— Wiesz co? Mówię to z żalem, ale tak. Miałeś rację. Z tym kotem naprawdę jest niepokojący. Przyjedziesz?
Elf rozłączył się od razu, nie czekając na odpowiedź chłopaka. Wiedział, że Soren przyjedzie na pewno, a nie mógł pozwolić sobie na to, by dalsza rozmowa go rozproszyła. Nie mógł stracić Rodzynka z oczu. Nawet na chwilę. Kot się nie poruszył. Jedynie jego ogon kołysał się na prawo i lewo. Czekał. Choć Vaeril nie wiedział dokładnie, na co.
Wolał jednak się tego nie domyślać ani nie sprawdzać tego na własnej skórze. Powoli otworzył plecak. To w nim przywiózł Rodzynka i to w nim powinien go odwieźć (lub przynajmniej taką próbę podjąć). Nie wiedział bowiem, w jaki sposób uda mu się przekonać kota, aby dobrowolnie do niego wszedł, nie tracąc przy tym oczu czy palców.
Rodzynek wcale a wcale nie przypominał już tego uroczego zwierzaka. Było w nim coś tajemniczego, mrocznego. Absolutnie mrożącego krew w żyłach. Szczególnie jego spojrzenie sprawiało, że Vaerilowi brakowało tchu. Nigdy wcześniej nie widział podobnej nienawiści. Podobnej wrogości. Czuł się, jakby był myszą, żałosnym gryzoniem, którym kot jedynie się bawi, czekając tylko na odpowiednią chwilę na atak.
Ten jednak niespiesznie pławił się w strachu. Rozkoszował się szokiem Vaerila. Niczym świadoma istota, która doskonale wie, co robi i planuje każdy swój pełen grozy ruch.
Aż wreszcie, po długiej chwili pełnej napięcia i przytłaczającej ciszy, kot niespodziewanie się poruszył. Bardzo powoli, niespiesznie podniósł się z miejsca i przeciągnął. Zaprezentował przy tym szereg ostrych pazurów, białe kiełki i bardzo wymowną plamę na piersi. Dopiero wtedy, krok za krokiem, ruszył w stronę Vaerila. Nie spuszczał z niego wzroku. Źrenice miał wąskie, przytłaczająco przerażające.
W głowie elfa zapanował chaos. Właściwie nie wiedział, czego się tak naprawdę boi. To tylko kot. Lecz jednak ten dziwny, podświadomy lęk całkowicie go sparaliżował. Był na tyle silny, że nie pozwalał mu wykonać choćby najmniejszego ruchu. Przerażenie było tak absurdalne, że aż niewytłumaczalne i duszące.
A Rodzynek wciąż się zbliżał. Przeszedł już niemal połowę dzielącej ich odległości, nim coś po przeciwnej stronie pokoju się poruszyło. Po podłodze przemknęło coś ledwie zauważalnego i niezwykle małego.
Martin. To Martin wypełzł spod łóżka Sammy’ego i ukazał się w swojej pełnej karaluchowej okazałości. Kręcił się przez chwilę po pokoju, aż wreszcie zatrzymał się nieopodal Rodzynka. Wprost naprzeciwko niego.
Wtedy też zapanowała cisza tak przytłaczająca, że aż głośna, dudniąca w uszach. Martin i Rodzynek wpatrywali się w siebie w bezruchu. Zastygli, jakby żaden z nich nie był żywy, lecz był jedynie precyzyjnie wykonaną figurką.
Chwila ta zdawała się Vaerilowi ciągnąć w nieskończoność. On także się nie poruszył, jakby obawiał się, że swoją nieuwagą sprowokuje jakieś nieszczęśliwe zdarzenie. Obserwował obie te istoty w ciszy, mając dziwne wrażenie, że jest właśnie świadkiem czegoś wielkiego. Czegoś niemal przełomowego.
Niespodziewanie Rodzynek poruszył się. A właściwie wycofał. Z uszami położonymi nisko, skulony i widocznie przestraszony, jednym susem w przerażeniu wskoczył do plecaka Vaerila. Elf nie zwlekał długo. Nie czekał na żaden sygnał. Podniósł się na równe nogi i w biegu zasunął zamek. Dopiero wtedy, wiedząc, że Rodzynek jest już uwięziony, odetchnął z ulgą.
W tej samej chwili w pomieszczeniu pojawił się Soren. Dosłownie — pojawił się. Zmaterializował się pośrodku pomieszczenia nagle i nieoczekiwanie, co bardzo zaskoczyło Vaerila, który do tej pory już ledwo radził sobie z przerażeniem. Jego serce wciąż biło szybciej ze strachu. Widząc jednak swojego chłopaka, który najpewniej porzucił wiele ważnych zobowiązań, gotowego do ratowania jego życia, nie mógł powstrzymać się od mimowolnego uśmiechu.
Bez słowa wtulił się w Sorena. Ten widząc, że sytuacja chyba jest już pod kontrolą, odetchnął głośno. O nic nie pytał. Żadne słowa nie były potrzebne.
Już kilka minut później byli w schronisku. Na drugim końcu miasta. Innego miasta, niż to, w którym mieszkali.
Rodzynek siedział grzecznie w przygotowanej przez wolontariuszkę klatce. Mruczał i miauczał, prosząc o tak wielbioną przez siebie atencję. W niczym nie przypominał dzikiego stworzenia sprzed parunastu minut.
— Taki słodki kociak! Na pewno nie chcecie go zatrzymać?
Soren i Vaeril wymienili się spojrzeniami. Nie było na to najmniejszej szansy.
— On… nie dogaduje się z moim innym zwierzakiem… — wydukał Vaeril. — Boję się, że ich koegzystencja… skończyłaby się tragicznie.
— Ah, rozumiem! — Kobieta pokiwała głową. — Cieszę się jednak, że nie zostawiliście go na pastwę losu i przywieźliście do nas. Na pewno znajdziemy mu odpowiedni dom!
— Tak, mam taką nadzieję… — odparł elf, zmuszając się do uśmiechu. Pod blatem stołu ścisnął rękę Sorena, jakby szukał w tym geście utraconej otuchy. — Obawiam się tylko, że on… Potrzebuje naprawdę wiele uwagi.
— O nic się nie martwcie! — zapewniała pracownica schroniska. — Tutaj odpowiednio się nim zajmiemy.
Vaeril westchnął. Miał nadzieję, że Rodzynek wcześniej nie zdąży zająć się nimi.
Opuścili gmach schrodnika. Początkowo elf sądził, że najlepiej będzie, jeśli odwiozą zwierzaka do opuszczonego kościoła. Właściwie podjęli nawet takową próbę. Jednakże, gdy tylko znaleźli się w odpowiednim miejscu, po ruinach nie pozostał ślad. Tak, jakby nigdy one nie istniały.
Wspólnie postanowili się nad tym długo nie zastanawiać. Podjęli jednak odpowiedzialną decyzję, aby nie porzucać jednak Rodzynka w przypadkowym miejscu. W końcu — istniała realna szansa, że zna on drogę do akademika.
Choć Soren ochoczo zaproponował pozbycie się go na dobre, Vaeril nie potrafił się zgodzić na takie rozwiązanie. Pozostało im więc najbardziej humanitarne rozwiązanie (schronisko) i nadzieja, że zajmie się nim ktoś, kto odpowiednio wyczuje, z czym ma do czynienia.
— Dziękuję, że przyjechałeś.
— Oczywiście, że przyjechałem! Przecież od początku cię ostrzegałem — kierujący autem Soren wypominał mu to, że miał rację, przez całą drogę powrotną. — Ale nie słuchałeś. Ty nigdy nie słuchasz!
— Nie moja wina. Mam słabość do kotów, dobrze wiesz o tym! — bronił się elf, nie kryjąc swojego zawstydzenia. — Uległem jego urokowi. Ale to była tylko chwila słabości, z której już się otrząsnąłem!
— Mając dopiero nóż przy gardle?
— Lepiej późno niż wcale. Chyba tak już mam, że ciągnie mnie do kłopotów — mówiąc to, Vaeril puścił mu oczko.
Soren westchnął cicho.
— Ale widzę, że dalej coś cię martwi. Chcesz o tym opowiedzieć?
Elf wciąż miał w głowie scenę z Martinem. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążył sobie tego jeszcze poukładać.
Nie rozumiał, dlaczego Rodzynek aż tak się go przestraszył. Wyglądał na naprawdę przerażonego po spotkaniu z karaluchem. Vaeril długo bił się z myślami, ale ostatecznie opowiedział o całym zajściu swojemu chłopakowi — choć Soren słuchał tego wszystkiego z odrazą wymalowaną na twarzy.
— Mnie ten szkodnik też obrzydza — odparł wreszcie Acedia, marszcząc brwi. — Więc wcale nie dziwię się „Rodzynkowi”, że uciekł. Też zawsze mam ochotę uciekać, gdy tylko widzę to paskudztwo.
Vaeril jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi.
Chyba nie pozostało mu nic innego, jak tylko żyć ze świadomością, że w zakamarkach jego pokoju mieszka istota, która jednym skinieniem czułka potrafi odesłać z powrotem do piekła nawet demoniczny pomiot.
Wprost wspaniałe wieści.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz