Azelan wziął głęboki wdech. Ułożywszy na białym obrusie łokcie i schowawszy w otwartych dłoniach własną twarz, poczuł, jak ciepło alkoholu wciąż utrzymuje się w przełyku, jak rozpycha się po kończynach, przyjemnym gorącem owijając się wokół nerwów, wokół mięśni i umęczonych minionym dniem kości. Sprowadzona przez danielowych wujków atmosfera pijackiego rozbawienia i dziwnych, tworzonych ze wszystkimi wokół, zażyłości, wydawała się na dobre spocząć na wolnym krześle obok, cały czas wpijając się wzrokiem w sylwetkę Bashkina – rozdzierając go spojrzeniem i wżynając się pod skórę, zupełnie jakby tym jednym gestem zechciała na dobre zakorzenić w nim te, tak obce dla niego, rozkosze rodzinnego świętowania i czułości zżytej ze sobą krwią wspólnoty. Azelan wyjrzał leniwie zza rąk, jego spojrzenie zatrzymało się na nieznanym punkcie w przeciwległej ścianie. Kilka, podsuwanych mu pod nos kieliszków całkowicie wystarczyło, by umysł został zamroczony etanolem, a do krwi przedarły się niepożądane, alkoholowe toksyny. Świat wokół wirował, kolory zlewały się w jedną, rozmywającą się przed oczami plamę, a otaczająca go ściana dźwięków i rozmów zdawała się z wolna rozpadać, uginać pod własnym ciężarem, zmieniając się w jeden ciąg niezrozumiałych, ginących gdzieś sylab i zgliszcza zalegającego w tle szumu.
Ostatnim razem, gdy pozwolił sobie na tego typu alkoholowe upojenie, nieustannie serwowanymi w jego stronę ziołowymi likierami – w Karymsku niemalże jedynym dostępnym wysokoalkoholowym trunkiem – opijał ból po gwałtownej, niespodziewanej utracie ojca. Był to ostatni dzień panującej w miasteczku normalności. Ostatni dzień względnego spokoju, leniwego życia wśród ścian ukrytej na końcu świata mieściny i błogiego braku świadomości, czym rozpocząć się miało, niosące ze sobą katastrofę, jutro. Następnego dnia, z uporczywym bólem głowy i niespokojnym żołądkiem, obudziły go bijące z ratusza dzwony. Przed domem znalazł zakupionego w alkoholowym zamroczeniu byka, a u władz miasteczka obowiązek, który na dobre odebrał mu dalszą możliwość opłakiwania nagłej śmierci rodzica.
Cztery lata.
Cztery lata lekarskiej powinności, opieki nad dwójką nieznośnych małolatów i cztery lata znikania wśród stepów, gdzie później odnaleźć miał jedyne lekarstwo na toczącą Karymsk chorobę, które teraz – wśród szumów zabaw i roznoszącej się po sali muzyki – miały okazać się jego zgubą.
Azelan wydał z siebie donośny, głęboki pomruk. Opalona, bashkinowa twarz wylądowała w rękawie marynarki, gdzieś pod grubą kością czaszki rozniósł się nieprzyjemny, ostry ból. Różnorakie myśli błądziły właśnie po rozpościerających się połaciach azelanowego umysłu, osiadały się w niewielkich grupkach, tworząc trudne do odczytania ogniska i mieszały się ze sobą w formującym się w jego głowie tłumie, na dobre obdzierając go z możliwości rozsądnego składania zdań i myślenia.
Czy Daniel kolejny raz okaże się na niego wściekły przez to, jak łatwo poddał się woli atakujących go ze wszystkim stron wujków? Jak wróci do domu i doczołga się do łóżka? Jak poradzi sobie z oczekującymi go jutro obowiązkami w stanie poalkoholowej drętwoty? Po prostu: jak? Jak?
Nie zdążył odpowiedzieć sobie na którekolwiek z tych pytań. Nie zdążył i najzwyczajniej w świecie nie dał rady. Słysząc docierające do niego w lekkim opóźnieniu słowa, uniósł nieznacznie głowę, spojrzenie – wciąż wyraźnie odległe i pozbawione myśli – ułożył na wyciągniętej w jego stronę dłoni. Dopiero później, po ciągnącej się chwili odzyskiwania świadomości i kilku powolnych mrugnięciach, skierował wzrok ku górze, by dostrzec wpatrujące się w niego, wielkie brązowe oczy.
Uśmiechnął się z lekkim trudem, poczuł wkradające się na poliki ciepło. Przez odczuwalne w umyśle zamroczenie nie zdołał nawet dostrzec, gdy na parkiecie obok z wolna zaczęły gromadzić się gotowe do wspólnego tańca pary.
— A, no tak. Wspólny taniec dla zachowania pozorów. Jak to było? Jeden lub dwa w zupełności wystarczą? — Wciąż nie podnosił się z krzesła, pozwalając, by jego własny uśmiech przybrał zadziornego, czepliwego wyrazu. — Widzisz? To akurat zapamiętałem.
Daniel przewrócił oczami, niecierpliwie zastukał podeszwą o podłogę.
— Wspaniale, niezmiernie jestem rad. To jak? Zatańczymy, czy nie?
Azelan wsunął sprawnie dłoń w dłoń przyjaciela i leniwie, zbierając w sobie wszystkie, pozostałe po libacji siły, podniósł się z krzesła, cały czas jednak nie odwracając spojrzenia od głębokich, przenikliwie wpatrujących się w niego, oczu Daniela. Dworakowski pomknął spojrzeniem ku górze, gdy wysoka sylwetka Azelana ponownie wyrosła nad jego własną.
— Z przyjemnością, partnerze — mruknął wyraźnie rozradowany Bashkin, który wydawał się właśnie odnaleźć w sobie skrywane gdzieś głęboko pokłady śmiałej zaczepności. — Prowadź.
Daniel pociągnął ich w stronę parkietu.
Nim oboje znaleźli sobie odpowiednie miejsce wśród krążących wokół par, Azelan poczuł, jak mknące przed oczami cienie raz jeszcze zlewają się w jeden, bezkształtny kleks, jak ciepło poruszających się dookoła ciał wchłania się w przestrzeń pomiędzy tańczącymi i jak gorące powietrze, niezwykle trudne do pochwycenia i niewystarczające, by zadowolić pragnące świeżości płuca, mami dostatecznie już osłabiony umysł, utrudniając Azelanowi każdy, stawiany kolejno krok. Szedł jednak wyprostowany, w prostej, wyznaczonej sobie wcześniej linii. Nie chciał dać Danielowi ani jednego, kolejnego powodu do rozczarowania. Do kąśliwych uwag, niezadowolonych spojrzeń oraz nieustannie wkradającej się na danielowe barki, niesionej bez zbędnych skarg, bezsilności. Bo choć mówił wbrew jego woli, choć wciąż polegał w kolejnych stawianych przez Dworakowskiego wymaganiach i łamał niemalże wszystkie, wcześniej ustalone zasady, widział ją doskonale – wpitą szponami w skórę przyjaciela, rozkrawającą nigdy niezaleczone rany i drążącą wzdłuż kręgosłupa głębokie, krwiste dziury, zupełnie jakby zechciała się dobrać nie tylko do mięsa, ale i kości, mięśni, chowanych pod nimi narządów.
Azelan pokręcił głową, w nie do końca udanej próbie wyrzucenia z głowy obrazu nieznajomej, przybierającej ludzkich kształtów, emocji. Oczywiście, że zechciałby się jej za niego pozbyć. Oczywiście, że pozwoliłby sobie spróbować, że zawalczyłby o dobro bliskiego, o jego niezależność i pogrążone w żalu uczucia, które wydawały się na dobre podporządkować tej nieznajomej, pochłaniającej czułości serca, zjawie. Jednak po latach upadków, po nieustannych rozczarowaniach i po chłodzie, którym Dworakowski nieustannie od roku traktował jego osobę, zauważył, iż zbyt obawiał się kolejnej porażki – przegranej, która tym razem mogłaby na dobre zabić w nim tę resztkę szlachetnej potrzeby pomagania otaczającemu go światu.
Zatrzymał się dokładnie tam, gdzie nakazał mu Daniel. Stanąwszy naprzeciw przyjaciela, ze wpisanym w spojrzenie zmieszaniem rozejrzał się dookoła, dopiero teraz zdając sobie sprawę, iż nie do końca wie, czego oczekiwano po nim na tanecznym parkiecie. Zanim jednak zdążył dokładniej przyjrzeć się jednej z sunących wokół nich par, Daniel westchnął poirytowany i złapał za azelanowe nadgarstki, lokując je dokładnie tam, gdzie powinny się wreszcie znaleźć. Paluszki lewej ręki owinęły się naturalnie wokół palców Dworakowskiego, prawa dłoń bez przeszkód wsunęła się w bok partnera, wprost na talie, gdzie Azelan silnie uczepił się jego kamizelki. Bashkin zamrugał pierwszy raz, drugi i gdy wreszcie zrozumiał, gdzie znalazł się jego dotyk, uniósł wysoko brwi i utkwił spojrzenie w twarzy przyjaciela, czując, jak nieznajome ciepło kolejny raz wkrada się gdzieś na kark i wystarczająco już zaróżowione alkoholem policzki.
Daniel posłał mu zadziorny uśmieszek i bez słowa ostrzeżenia zbliżył się do azelanowej piersi, tym samym zmuszając go do zrobienia szybkiego kroku w tył.
Nie potrafił zliczyć, jak wiele razy nadepnął na stopy Dworakowskiego. Stracił rachubę nieporadnie stawionych kroków, upadków, do których niemalże doprowadził i zderzeń z innymi parami, które jakimś sposobem zawsze lądowały na linii azelanowego tańca, napotykając ostatecznie przeszkodę w postaci szerokich ramion i pochylonych niezgrabnie do przodu pleców. Pierwsze faux-pas Daniel skwitował cichym prychnięciem. Kolejne bezsilnym kiwaniem głowy i przewróceniem oczami. Gdy dostrzegł jednak łagodniejący wyraz twarzy swojego partnera, gdy dostrzegł wyraźnie uchwytne w siwych tęczówkach zakłopotanie i niemą prośbę o wybaczenie, pozwolił sobie wreszcie na uśmiech. Łagodny, szczery i ciepły – taki, który ostatnim razem Bashkin widział wśród szarych, pogrążonych w mroku stepów, gdzie siedząc nad bystrym strumieniem pobliskiej rzeki, wymieniali się wspólnymi nadziejami, historią i wizjami o lepszym jutrze.
Kąciki azelanowych ust uniosły się subtelnie ku górze. Przyjemna emocja urosła gdzieś głęboko pod mostkiem, owinęła się wokół spragnionego czułości serca. Jak dobrze było ponownie ujrzeć go właśnie takim. Ujrzeć Dworakowskiego, którego obserwował, gdy wraz z Eweliną i jej przyjaciółmi spędzali spokojniejsze wieczory w barze Starchenki; gdy pomimo osiadającego się między nimi zmęczenia i nieustannie wyczerpujących się pokładów wiary, siadali naprzeciw siebie z kubkami zimnych kaw na chwiejnym, szpitalnym stole; gdy napięcie nieustannych walk odpuszczało, na jeden, krótki moment pozwalając im na nowo cieszyć się prostotą drobnych przyjemności i lekkością upragnionego spokoju.
To do takiego Daniela tak bardzo pragnął wrócić. Takiego Daniela wspominał, resztkami silnej woli trzymając się życia i leżąc pod grubą warstwą mokrych od potu oraz ropy prześcieradeł. Do takiego Daniela powracał myślami, gdy w rozłożonych po Karymsku namiotach ostatnich ocalałych traktował serum, które udało mu się wyprodukować u końca wszystkich swoich zapasów sił. Takiego Daniela szukał spojrzeniem wśród wysokich traw stepów i takiego Daniela oczekiwał zastać pomiędzy sterylnie białymi ścianami novendyjskich szpitali i rażącymi światłami wiszących wysoko jarzeniówek. Nie mógł się spodziewać, że zamiast tego zmierzy się z dziwnym, niespotykanym wcześniej u przyjaciela chłodem, nieustannie wypływającym z jego ust jadem. Że prócz ulgi i tęsknoty, dostrzeże w jego oczach jedynie niechęć, rozdrażnienie i nieokreśloną uprzednio irytację.
Wiele razy chciał mu powiedzieć, dlaczego zdecydował się do niego wrócić – że w objęcia stellairskich uliczek przywiodła go chęć ponownego spotkania, że od lat przywoływał wspomnienie jego wielkich, brązowych oczu i że, choć samemu tak trudno było mu odpowiednio odczytać tę jedną, pałętającą się między piersią a umysłem emocję, wciąż nieustannie sięgał pamięcią do wszystkich, utkwionych w przeszłości objęć, przypadkowych dotyków i ukradkiem kierowanych w swoją stronę spojrzeń. Ostatecznie jednak znacznie łatwiej było poddać się woli drugiego. Zaczepkami odpowiadać na zaczepki, kąśliwościami na kąśliwości. Bo choć blizny na nowo pękały, choć płaty brunatnych strupów schodziły z niezaleczonych ran, sącząc z nich nieustannie krew, wolał czołgać się i gnić, niż ponownie odsunąć od siebie tego, za którym raz jeszcze przywiódł go los.
Azelan ponownie potknął się o własne nogi, wpadł niemalże w otwarte ramiona Dworakowskiego. Daniel wydał z siebie cichy chichot, który natychmiastowo osiadł się w spragnionych głosu przyjaciela uszach.
— Dobrze, że jesteś znacznie lepszym lekarzem, niż tancerzem, Bashkin.
Azelan prychnął i odwrócił na moment wzrok, by zaraz znów powrócić nim na zajmujący go, szeroki uśmiech Dworakowskiego.
— Odpuść sobie, oynon. Albo następnym razem będziesz musiał tańczyć sam — prychnął, gotów na kolejną, kierowaną w jego stronę uszczypliwość.
Ta jednak nigdy nie nadeszła. Daniel milczał. Nieustannie poszukując czegoś w azelanowej twarzy, śledził wzrokiem siwe tęczówki, śledził ruch ust, napinające się policzki i unoszone w zaskoczeniu brwi, zupełnie jakby objawiające się przed nim lico stanowiło klucz do nieznajomej, nierozwiązanej nigdy wcześniej zagadki, tajemniczej układanki. Azelan wziął głęboki wdech, zwijające się plątaniną krwistych nici napięcie utknęło gdzieś w jego piersi – pod żebrem, niepokojąco blisko przyspieszających komór serca. Spojrzał ostrożnie w te same oczy, które teraz świdrowały jego twarz. Które wspinały się niebezpiecznie po azelanowej skórze, zatrzymywały w ukrytych w cieniu wklęsłościach, badały każdą z niedoskonałości, każdą z bruzd i każdą z niewyleczonych ran. Czuł się pod nimi niezwykle odsłonięty. Jakby samo Daniela spojrzenie miało zedrzeć z niego skórę, czerwoną tkankę oddzielić od kości, a wszystkie wnętrzności wystawić na pastwę powietrza, wilgoci i nieuchronnego rozkładu.
Nie uciekł, gdy spostrzegł unoszącą się Daniela dłoń. Nie zatrzymał się, gdy palce Dworakowskiego opuściły jego ramię, gdy pomknęły w stronę twarzy i nie zrobił kroku w tył, gdy zatrzymały się w okolicach skroni, odgarniając z azelanowego czoła kilka jasnych kosmyków niesfornego włosa. Opuszki bladych palcy musnęły skórę przy skalpie, ciężki oddech ugrzązł w rozedrganej Bashkina gardzieli. Zupełnie jak te kilka dni temu, w jego domu, oddzieleni centymetrami równie krótkimi, co teraz. Jak wtedy, gdy pierwszy raz od dawna poczuł na sobie ten sam dotyk, który teraz krążył wokół jego skroni, krążył wokół oczu, zgarniając ze sobą te same kosmyki, które po chwili znów lądowały na nieodpowiednim dla siebie miejscu.
Nie wiedział, kiedy się zatrzymali. Kiedy świat wokół nich zamarł, kiedy ucichły głosy, ucichła muzyka. Kiedy świat pogrążył się w mroku i kiedy tylko oni stali w zupełnym jego środku, wyznaczonym przez światło centrum. Wreszcie poczuł przebiegający wzdłuż kosteczek kręgosłupa dreszcz. Stał bez słowa, z oczami utkwionymi w oczach przyjaciela. Całkowicie wystawiony na łaskę tego, o którego bliskość krzyczała każda komórka jego ciała i każdy zakamarek jego umysłu.
I wtedy coś pękło. Coś przedarło się przez oddzielającą ich od świata banieczkę, ostrym cięciem poszerzyło dzielące ich granice i brutalnie, bez żadnego ostrzeżenia, raz jeszcze wepchnęło ich w objęcia wykalkulowanego chłodu rzeczywistości, w którą niepostrzeżenie wciągał go Daniel. Dworakowski wymknął się z dotyku Azelana, przyciągnął do siebie własne ręce, zupełnie jakby skóra jego partnera zaczęła niespodziewanie parzyć, topić rozciągniętą na palcach tkankę. Bashkin dostrzegł, jak raz jeszcze odwraca wzrok, jak znów próbuje się od niego oddalić, odsunąć i jak stawia między nimi kolejny, niemożliwy do przebicia mur. Azelan wyciągnął rękę w, z góry skazanej na porażkę, próbie pochwycenia ostatniego, dzielonego przez nich momentu, zanim ten całkowicie umknie, zniknie pomiędzy tańczącymi wokół nich parami i popadnie w niepamięć, kolejny raz pozostawiając między nimi wypełnioną przeraźliwym zimnem pustkę.
Błagam, nie odchodź, wydawały się krzyczeć jego myśli, mimo iż z jakiegoś powodu nie potrafił wyartykułować ani jednej z nich. Proszę, nie zostawiaj mnie. Nie odsuwaj się ode mnie znowu.
— Myślę, że starczy tego udawania, Bashkin. — Dworakowski skrzyżował ręce na piersi, nie potrafiąc dłużej utrzymać wzroku na przesiąkniętej niezrozumiałym bólem twarzy przyjaciela. Azelan spuścił poddańczo głowę, wyciągniętą rękę zacisnął w pięść. — Wróćmy lepiej do stołu, zanim reszta zdąży za nami zatęsknić.
Daniel oddalił się pierwszy, na krótki moment pozostawiając Azelana samego wśród czułości obejmujących się wokół niego ludzi, na które oni sami wydawali się zwyczajnie nie zasługiwać. Bashkin wziął głęboki wdech, próbując uspokoić utkwiony pod żebrem ból. Wyciągniętą dłoń schował na powrót do kieszeni i dopiero gdy dostrzegł, jak Daniel ponownie lokuje się na odpowiednim miejscu przy stole, ruszył w stronę przyjaciela, niezgrabnie omijając wirujące na parkiecie pary.
Usiadł obok Dworakowskiego, nie potrafiąc jednak zebrać w sobie odpowiednio dużych pokładów odwagi, by raz jeszcze odwrócić w jego stronę utęsknione ich wspólnej bliskości spojrzenie. Siwe tęczówki skierował więc w zupełnie przeciwną stronę – gdzieś na siedzące nieopodal ciotki i nieustannie częstujących się wódką, rozweselonych wujków.
Osiadająca się między ich ciałami pustka na nowo drażniła swoim chłodem i grubą warstwą nałożonej na ich relację ułudy, samego Azelana z wolna doprowadzając na skraj czystego szaleństwa. Miał ochotę uciec. Bez słowa wstać od stołu, skierować się w stronę drzwi. Czmychnąć z powrotem do domu, od którego dzieliły go kilometry, a w którym wszystko było proste, prawdziwe, szczere i błogo nieskomplikowane. Gdzie nie musiał brać dłużej udziału w cudzym teatrzyku, gdzie nie wcielał się w rolę tak łatwej do porzucenia w ciemnym kącie marionetki i gdzie żaden scenariusz nie był nieznaną, uprzednio z nim nieomówioną niespodzianką. Nie zauważył, kiedy wszystkie mięśnie jego ciała niebezpiecznie się napięły. Zupełnie jakby oczekiwał ponownego ataku, przed którym znów nie będzie w stanie odpowiednio się obronić.
Był tak okropnie, cholernie zmęczony. Zmęczony nieustannymi niedopowiedzeniami i brakiem uczciwych, otwartych odpowiedzi. Zmęczony rozrywającymi się między nimi Liniami, które pomimo stawianych przez Daniela przeszkód i przeciwności, wciąż i wciąż potrafiły znaleźć drogę do związania ich losów ciasnym, nierozrywalnym bez ostrza naostrzonego brzeszczotu, splotem. Jakby każde, wpisane w ziemię przeznaczenie nie miało najmniejszego znaczenia względem danielowych, tak pragnących ich rozłamu, machinacji.
— Azelanie — głos obserwującej ich z ukosa babci Kazimiery rozniósł się ponownie na całą długość złączonych w ciasny rządek stołów. Bashkin odwrócił spojrzenie na starszą kobietę, zmusił się na nieznaczny, skromny uśmiech. — Jeśli dobrze zrozumiałam, sam jesteś lekarzem, prawda?
Azelan kiwnął niepewnie głową.
— Można tak powiedzieć — stwierdził cicho, poszukując w głębi oszołomionego alkoholem umysłu odpowiednich do złożenia koherentnego zdania słów. — Pracuję z Danielem w szpitalu, skończyłem studia lekarskie. Wciąż jestem jednak w trakcie robienia specjalizacji z chirurgii ogólnej.
Na twarz babci Kazimiery wstąpił przebiegły uśmieszek, a w jej tęczówce łysnął ledwo dostrzegalny pierwiastek zrozumienia, jakby znienacka udało jej się połączyć od lat niepowiązane ze sobą i niezwykle od siebie oddalone kropki. Nim zaczęła kontynuować, poprawiła się nieco na własnym miejscu, sięgnęła po filiżankę kawy.
— Czy nie pochodzisz również przypadkiem z Medwii? Mogłabym powiedzieć, że akcent i uroda nieco cię zdradzają.
Azelan wziął głęboki wdech, nie wiedząc dłużej, jak właściwie powinien odpowiadać na pytania starszej kobiety. Tym razem jednak nie poszukiwał wsparcia w danielowej twarzy. Nie miał najmniejszej ochoty odwracać spojrzenia w stronę przyjaciela.
— Pochodzę — mruknął niepewnie, wciąż przypatrując się jej zadowolonej, przypudrowanej twarzy.
Babcia Kazimiera zachichotała.
— Widzisz, kilka lat temu, gdy mój Danielek był akurat na wymianie w Medwii, wspominał w wysyłanych do nas listach o pewnym młodym, niezwykle interesującym go lokalnym lekarzu. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy tym lokalnym lekarzem nie jesteś przypadkiem ty.
Azelan ściągnął w niepewności brwi. Próbując pochwycić rozbiegane w chaosie myśli, zamilkł na dłuższą chwilę, spojrzenie siwych tęczówek skierował na blado-biały, nierozpraszający go kolorami sufit. W Karymsku był przekonany, że coś więcej łączyło Daniela wyłącznie z Eweliną. Następnie, że nie tylko z nią, ale z Andriejem i Yuliyą również.
Szkopuł tkwił jednak w tym, że żadne z nich nie babrało się, w tak niezwykle obskurnych wtedy, lekarskich powinnościach.
Azelan powędrował myślą do wspólnie spędzanych w szpitalu chwil. Do ostatnich, jakkolwiek odstających danielowych zachowań i do ludzi, którymi się otaczał, a którzy dla młodego lekarza mogli okazać się towarzystwem znacznie ciekawszym, niż przewracający się w agonii pacjenci i nieustannie rozchwytujące go władze miasta.
W Karymsku nie było wielu lekarzy. Nie wliczając pewnej swych magicznych zdolności Klary, jedynymi, aktywnie pracującymi nad uratowaniem miasta ludźmi byli on, Daniel i… Ravid.
Azelan wydał z siebie pełen niezadowolenia pomruk. Ravid. Oczywiście, że chodziło o Ravida. Jak wiele razy Stanisław wysyłał go do pracy poza murami szpitala, by w ścianach ich prymitywnego lazaretu zostać wyłącznie z pacjentami i nieprzerywającym swojej pracy Dworakowskim. Jak wiele razy wymyślał mu całkowicie absurdalne zadania, by Azelana się pozbyć i wysłać w objęcia przesiąkniętych epidemią uliczek. Na komendę Ravida sortował oczekujące kremacji ciała. Na komendę Ravida biegał między uwięzionymi we własnych domach, niemożliwymi do hospitalizacji, pacjentami i na jego rozkaz zajmował się odpowiednim barykadowaniem najbardziej narażonych na chorobę dzielnic. Każda wymówka była wymówką odpowiednią, by go odprawić na drugi koniec miasta, a z Danielem pozostać sam na sam przy operacyjnym, nieustannie przyjmujących kolejnych pacjentów, stole.
— Nie sądzę — odparł krótko po chwili pomyślunku i odwrócił w wyraźnym oburzeniu wzrok, nie chcąc spoglądać ani na Daniela, ani na jego wyczekującą nieco obszerniejszej odpowiedzi babkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz