Prowadzą mnie ciemnym korytarzem jakiegoś podziemnego, wykutego w kamieniu aresztu. To podłużne zadrapanie na policzku piecze niemiłosiernie, każdy ruch pokopanego ciała boli. Obym nie miał złamanego żebra. Jestem więcej, niż pewny, że pod ubraniem wykwitły mi już wszystkie możliwe odcienie czerwieni i fioletu. Skoro teraz jest tak cholernie źle, mogę się tylko domyślać, jak fatalnie będę się czuł jutro, gdy zejdzie wciąż napędzająca moje ciało adrenalina. Ciekawe, czy będę w ogóle w stanie ruszyć jakąś kończyną, czy raczej mnie stąd wywloką tak, jak teraz niemal wwlekali.
Trafienia za kratki nie miałem w bingo na ten rok, a tu proszę. Oto jestem — zrównany do tych gnoi, którzy napadli mnie całą bandą, jak wracałem z baru. Nie wiem, co mieli w głowach funkcjonariusze patrolujący ulicę, jak zgarnęli nie tylko ich, jawnie kopiących leżącego, ale przy okazji również mnie. Bo co, bo im oddałem? Jednemu rozkwasiłem nos, drugiemu wybiłem bark… Nawet Sag, zwykle rozbawiony każdą bójką, w jakiej lądowałem, tym razem postanowił pomóc i dość dotkliwie pogryzł trzech pozostałych. Wciąż nie potrafiłem powiedzieć, skąd wziął się u niego ten nagły przebłysk miłosierdzia. Może pierwszy raz w życiu uznał, że realnie mogę nie przeżyć tej konfrontacji i jego ulubiony kozioł ofiarny, zostawiony sam sobie, skończy tę potyczkę wąchając kwiatki od spodu. Napędzana chuj wie czym piątka istnych goryli… Tak, to nie mogło się dobrze skończyć.
— Wchodź tam — ostry głos funkcjonariusza, zdecydowanie niedelikatne popchnięcie, gdy tylko spięte kajdankami nadgarstki w końcu zostają uwolnione. Chwieję się nieco, do pełnej trzeźwości jeszcze mi daleko, a wymuszone ruchy nie ułatwiają zachowania koordynacji, gdy w głowie szumi alkohol i ta wyjątkowo dziwna mieszanka, którą paliłem może dwie godziny temu. Dane tym razem zaszalał, nie wiem, co za szajs mi w to wmieszał, ale siekło grubo i zdecydowanie nie w tę stronę, co chciałem.
Słyszę coraz głośniejsze biadolenie żyjących tu duchów.
— Jeszcze raz, mogą mi panowie powiedzieć, dlaczego…? — decyduję się na ostatnią próbę przemówienia im do rozsądku. Może jednak. Może dotrze do nich, że mają jednego nadprogramowego gościa, co w całej tej sytuacji jest przecież ofiarą. Chociaż, jeden rzut oka do celi naprzeciwko i dochodzę do wniosku, że chyba próżno się trudzę. Rudy z połamanym nosem i zaciekami zaschniętej krwi pod nim, a pryczę obok jeden z tych pogryzionych przez Saga, dokokszony brunet z dziwnie świecącymi się, żółtymi oczami. Ma naprawdę nieładnie wyglądające rany szarpane po zębach, biegnące przez całą rękę. Nie dali mu nawet możliwości się przebrać, strzępy skórzanej kurtki zwisają smętnie z jego ramion. I jeden, i drugi, mierzą mnie wzrokiem mówiącym jasno ,,Gdybyś trafił teraz do nas, już byłbyś trupem”.
Chyba jednak mam farta, że przydzielono mi chociaż inną celę.
— Za zakłócanie ciszy nocnej i wszczynanie awantur — głos funkcjonariusza jest wyprany z emocji, prawie robotyczny. Zatrzaskuje za mną kratę, nie zaszczycając mnie już ani jednym spojrzeniem. Odwraca się, mimo to nie zamierzam się poddać.
— To nie ja wszcząłem awanturę, to oni — wskazuję oskarżycielsko lokatorów celi obok — rzucili się na mnie bez powodu. Dosłownie tylko przechodziłem!
— Sądząc po tym, jak wyglądają, jakoś mi się nie wydaje — zasłużyłem sobie swoimi słowami na jedno jedyne spojrzenie przez ramię, zmierzenie wzrokiem, a potem splunięcie funkcjonariusza. Plwocina o włos omija czubki moich trampek. Krzywię się, wznoszę wzrok ku sufitowi. W myślach zadaję pytanie, co takiego zrobiłem, że opatrzność mnie tak nienawidzi.
— No i patrz, raz, jak powinieneś siedzieć i nie wychylać nosa, to się wplątałeś — mruczę pod nosem, zwracając się do demona. Może nie wiem, gdzie jest, ale nie muszę. Zawsze jest obok. Słyszy mnie. — Wylądowaliśmy tu tylko i wyłącznie przez to, że tak ich poharatałeś.
Demon nie odpowiada. Faceci z celi naprzeciwko pytają, do kogo gadam, ale ich ignoruję. Wraz z policjantami znika również światło, zgaszone bez ceregieli, gdy tylko odgłosy kroków nóg w ciężkich butach docierają do tych drzwi, którymi mnie tu wprowadzili. Zaraz słychać, jak szczęka zamykany zamek. Wzdycham ciężko, wzrokiem w ciemnościach szukam Saga. Właśnie znalazł się w raju, ciemność mu służy, zawsze wydawał się w niej bardziej żywy. Teraz też, siedzi w kociej formie przy jednej z pryczy, a żółte ślepia o pionowych źrenicach lustrują… O dziwo nie mnie.
Natychmiast przenoszę wzrok w miejsce, w które demon się wpatruje. Zauważam, że znajdują się tu, tak jak i w celi naprzeciwko, dwa łóżka. Oraz, że wcale nie jestem sam, jak jeszcze chwilę temu sądziłem.
Niewyraźna, ciemna plama na tle białego prześcieradła. Leży, zdaje się, że wzrok ma skierowany w sufit. Chyba nie zwrócił uwagi ani na moje głośne pojawienie się, ani na uważnie przyglądającego się mu demona. Nie rusza się, przez myśl przechodzi mi, czy może nie dostałem celi z trupem…? Stoję jak debil przy kratach, zastanawiam się, czy podejść sprawdzić, co z nim? Czy gdyby faktycznie rano zobaczyli trupa, zostałbym posądzony jeszcze o morderstwo? Trochę irracjonalna obawa, wiem, a jednak pojawia się w mojej głowie i coś, kurwa, nie chce sobie pójść.
Kakofonia głosów duchów jest coraz bardziej irytująca. Choć, muszę przyznać, bardzo skutecznie zagłusza mi te wciąż wypluwane, chore uwagi zjebów z naprzeciwka. Odwrócony do nich plecami, pokazuję im uniesiony nad ramieniem środkowy palec i ruszam się w końcu z miejsca. Ostatecznie przysiadam na wolnej pryczy obok demona, opieram plecy o lodowatą, kamienną ścianę. Całe ciało mnie boli, każdy oddech jest nadludzkim wysiłkiem. Może jednak pierdolnęło mi jakieś żebro? Chore, że w tym niby cywilizowanym państwie nie zapewnili mi nawet jakiegoś lekarza na cito.
Nie potrafię oderwać wzroku od postaci, z którą dzielę celę. Wzrok coraz lepiej przystosowuje się do panujących tu ciemności, wciąż jednak nie widzę, czy ten ktoś się rusza. Jednak jest martwy…?
Nie. Po długiej chwili słyszę, jak się odzywa, choć jeszcze nie rozumiem słów, jedynie jakieś mamrotanie. Nie powinienem jednak słyszeć nawet tego, w panującym tu rozgardiaszu lamentów setek zmarłych. A jednak: lekko zachrypnięty baryton głosu mężczyzny wyraźnie wyróżnia się na ich tle. Po plecach przechodzi mi dreszcz, dziwny niepokój, wrażenie, że coś jest nie w porządku, osiada mi na żołądku kwaśną niestrawnością. Coś…
— Samotność — cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?
Wszystkie duchy nagle milkną, jakby chciały posłuchać. Cisza, jaka zapada, brzęczy mi w uszach, nieprzyjemne wrażenie rozlewa się po kościach, każdy obolały mięsień raz jeszcze spina się, gotowy do wysiłku, zerwania się do ucieczki. Szum w głowie nie ustaje — alkohol? adrenalina? te przeklęte ziółka od Dane’a?
— Co? — daję radę wykrztusić. Dziwne pytanie, z resztą, jaki śpiewak? Co ,,cóż po ludziach”? O czym on bredzi?
Facet jednak zdecydowanie zdaje się mnie nie słyszeć, kontynuuje zupełnie niewzruszony moim wtrąceniem, wzrok wciąż wbija w sufit, chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z towarzystwa, jakiego się dorobił.
— Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha, obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
Chyba robię dziwną minę, ale… nie, serio? Co on jest, naćpany?
— Eee, nie wiem, co mam obejmować wzrokiem, ale jak chcesz coś śpiewać, to, em, spoko? Śmiało? Posłucham, nawet ci zaklaszczę, jak potrzebujesz zostać doceniony — mówiąc to, zerkam w kierunku Saga, szczerze zdziwiony, że dalej się nie odzywa. Kota u mojego boku jednak już nie ma. Zaczynam rozglądać się, lekko spanikowany dookoła, szukam choć najdrobniejszego śladu bytności demona. To naprawdę niepodobne do niego, żeby nie skomentować takiego dziwaka…
Chociaż, jak tak nad tym myślę, to chyba nie pierwsza dziwna rzecz, jaką dzisiaj zrobił.
— Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi…
— Jak coś to nikt ci nie każe się odzywać — burczę pod nosem, zaglądając pod pryczę, ale tam również ani śladu po demonie. Niby wiem, że facet chyba przeżywa jakieś delirium i zupełnie nie ogarnia rzeczywistości, a jednak nie mogę się powstrzymać od komentarza. Może to przez stres dnia dzisiejszego… A może za dużo czasu przebywam z Sagiem i udzieliło mi się jego pierdolenie trzy po trzy, chociaż nikt nie pyta.
Gościu nie milknie, wręcz przeciwnie. Jego monolog staje się coraz bardziej żarliwy, w pewnym momencie zrywa się, siada na pryczy, rzuca błędnym, rozgorączkowanym wzrokiem dookoła. Ani na moment nie zatrzymuje go jednak na mnie, jakby naprawdę wcale mnie tu nie było.
Delirium jak cholera. Musiał się sponiewierać jakimś naprawdę mocnym gównem.
Tylko, kurwa, kto to mówi… Oczy płatają mi figle, czy ja właśnie widzę tam, na skraju jego łóżka, jakiś dziwny cień? Sag? Nie… Za jasny, demon zawsze emanował prawdziwą czarną czernią, a to coś… Wchodzi lekko w tony bardzo ciemnej szarości. Mrużę oczy, ale rozmywające się krawędzie tej dziwnej sylwetki nie chcą się wygładzić. Zamykam więc na moment oczy, przecieram powieki palcami, a gdy z powrotem patrzę w stronę faceta, po przeciwnej jego stronie pojawia się kolejna, lekko rozmazana sylwetka. Ta z kolei jest niemal biała. Choć nie widzę żadnych szczegółów ich wyglądu, są tylko cieniami, z trudem układającymi się w jakiś sensowny kształt, to z jakiegoś powodu jestem pewny, że patrzą na faceta. Patrzą i słuchają uważnie wypowiadanych przez niego słów.
— Ej, Sag? No weź, nie rób sobie jaj i wyłaź w końcu, co? — szepczę, raz jeszcze omiatając celę wzrokiem. Wciąż ni śladu demona, duchy dalej milczą, a mężczyzna już niemal krzyczy, tak się podekscytował tymi durnotami, co sam wygaduje. Coś o zostaniu nowym bogiem? Dobrze rozumiem? Patrzę na niego szeroko otwartymi z szoku oczami, brwi podjeżdżają coraz wyżej na czoło. Może to jednak mnie dopadły halucynacje? W sumie, mam po czym, potencjalnie… Ale, nie no, nie przesadzajmy. Zerkam do celi naprzeciwko, dwa pokonane przeze mnie i Saga goryle leżą na swoich kojach, plecami do siebie i twarzami do ścian, chyba śpią. Ale są tam, jak najbardziej realni, więc i ten facet, gadający coś o tym, że jest Milion??? raczej nie jest wytworem mojej wyobraźni. Czyli to zdecydowanie jemu się odkleiło, a nie mi, prawda?
Prawda?
To zdecydowanie eee… ciekawe… tak, ciekawe, przedstawienie trwa już troszeczkę za długo, ale jakoś nie mogę się zmusić do przerwania mu. Może to jakiś niedoceniany poeta? Skrzywdzony przez fanów, albo raczej ich brak… Cholera wie, w każdym razie — niech się biedak wykrzyczy. Tak postanawiam, kładąc się w końcu na swojej pryczy, zakładając ręce za głowę i, z braku laku, zawieszając wzrok na suficie. Gościa coraz bardziej ponosi, padają jakieś gorące deklaracje, żeby oddano mu boską władzę, bo byłby lepszym od obecnego boga, który tylko siedzi i nic nie robi z całą tą niegodziwością, jaka się na świecie wydarza. Poza tym, że, hm, w istocie, potrafiłbym przyznać mu rację — jeśli tym światem faktycznie rządzą jacyś bogowie, to albo mają mnie głęboko w dupie, albo patronuje mi jakiś bóg nieszczęścia — tak… No, trzeba mieć mocno wyjebane ego, żeby uznać, że skoro inni bogowie zjebali sprawę, to właśnie ten knypek będzie odpowiednią osobą do ich zastąpienia… Ale nie oceniam, nie oceniam…
Nagle rozlega się głuchy łomot, każący mi odwrócić głowę w kierunku mojego, zdecydowanie już w tej chwili niechcianego, towarzysza. Leży na podłodze. Bez ruchu. Zemdlał? Chwilę analizuję, co się właśnie stało, na co patrzę i co z tym zrobić. W końcu łapie mnie natchnienie, że, kurde, podłoga jest kamienna. Kamień — zimny i w tym miejscu zdecydowanie wilgotny. Facet ma na sobie raptem jakąś niezbyt grubą koszulę i nie grubsze, materiałowe spodnie. Mi, a leżę na pryczy, wieje właśnie po nerach, to co dopiero temu biedakowi…
Podnoszę się więc, wzdycham zrezygnowany, gotowy ruszyć na pomoc mojemu współwięźniowi i jego biednym nerkom, korzonkom czy co mu tam właśnie marznie, pewnie wszystko wymienione… Zamieram jednak w pół ruchu, bo bezkształtny, ciemny cień, jeden z dwóch przysłuchujących się wcześniej temu, eee, poecie, porusza się. Jestem, kurwa, pewny, choć nie wiem na jakiej podstawie (bo dalej nie jestem w stanie zlokalizować w ciemności ani jego oczu, ani żadnych cech świadczących o miejscu występowania jego twarzy), że właśnie się na mnie gapi.
Czy jak udam, że go nie widzę, to sobie i jeden, i drugi, pójdzie?
Ponownie opadam plecami na niezbyt wygodny materac, tym razem splatając dłonie na brzuchu. Dotykanie zmaltretowanych mięśni jednak boli, szybko zmieniam więc zdanie, z powrotem zakładam je za głową. Nie dostałem poduszki, więc w sumie…
Ale, cóż, żebym miał tyle szczęścia w życiu, że będę mógł po prostu pójść spać jak człowiek? Nieeee, nawet się nie spodziewałem… Ale, do chuja, może powinno się nałożyć jakieś odgórne limity życiowego pecha dotykającego jedną osobę, co?!
— Widziałeś nas. Nie udawaj — ciemna ,,twarz” jednego z tych duchów, czy co to jest, pojawia się nagle naprzeciwko mojej, aż się wzdrygam. Przynosi ze sobą chłód i dziwne uczucie narastające w mojej piersi. Mrużę oczy, wrażenie jest jakieś… nie takie. Nie moje. Gniew? Bunt? Gaszę je w sobie, bo są zdziebko bez sensu w obecnej sytuacji. Pojebało mnie do końca? — To twój zwierzaczek?
Czuję na policzku znajomy dotyk cienistej sierści. Sag siedzi obok mojej głowy, macha ogonem jak wściekły kot, którego postać przyjął. Jestem pewny, że zaraz usłyszę ripostę, coś w stylu ,,Nie jestem niczyim zwierzaczkiem”... A jednak demon milczy. Kolejny dreszcz przechodzi mi po kręgosłupie, zimny pot oblewa czoło.
Sag nie odpyskował.
Zawsze odpyskowuje. Zawsze. Choćby skały srały, choćby rozmówca nie miał zupełnie żadnej uwagi do demona, on zawsze musi dorzucić swoje trzy grosze, mieć ostatnie słowo w dyskusji. Teraz uparcie milczy.
— Pytam o coś — jeszcze chwilę temu ociekający słodyczą głos przyjmuje chodne nuty. Jakoś podświadomie wiem, że nie wróży to nic dobrego. Przejeżdżam językiem po spierzchniętych wargach, otwieram usta, żeby zaraz je zamknąć, zastanowić się jeszcze raz, czy na pewno chcę się odzywać… W końcu biorę głęboki wdech i, przez zaciśnięte gardło, wyduszam z siebie:
— Nie, chyba jakiś twój kolega.
Ciemny cień parska, perlisty śmiech wypełnia pomieszczenie, a moje dłonie pocą się jak pojebane. Zaciskam palce na spiętym karku, próbuję się uspokoić. Nie idzie mi to najlepiej.
— Śmieszny jesteś — wydusza w końcu, uspokajając swój niespodziewany wybuch śmiechu. Nagle zdaje mi się, że przybrał jakby bardziej ustruktualnioną postać. Co prawda nadal unosi się jakby nade mną, ale… Teraz zdecydowanie ma twarz, choć rysy są zupełnie niecharakterystyczne i mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że gdy tylko na dłużej odwrócę od niego wzrok, to zapomnę, jak wygląda. Zerkam na moment w bok, na ten drugi cień, jasny, co przycupnął w międzyczasie przy głowie poety. — A, tamten? Nudziarz taki — ciemny odzywa się, odpowiadając na niezadane pytanie, które jednak przeszło mi przez myśl chwilę temu. — Ciągle biadoli o czynieniu dobra, życiu w zgodzie z tym, co mówią bogowie, bla, blabla, bla… — wracam do niego spojrzeniem akurat w czas, by zobaczyć, jak przewraca oczami. Nagle lodowata jak sama śmierć dłoń klepie mnie po udzie. Zrywam się w ułamku sekundy, siadam gwałtownie, wyprostowany, gotowy spierdalać stąd w te pędy… Gdyby nie to, że jestem, kurwa, w zamkniętej celi aresztu, gdzie niby miałbym uciec? — Ej no, co ty, nie pękaj!
— Nie obmacuje się obcych — wyrzucam z siebie zduszonym głosem, wciąż próbując dojść do siebie po tym niechcianym kontakcie fizycznym. Ciemny cień znowu się śmieje, jasny dalej udaje, że nie istniejemy, w pełni skupiony na omdlałym. Nie wiem skąd bierze się we mnie nagle wystarczająco brawury, by kontynuować tę konwersację, a jednak… Nie daję rady powstrzymać cisnącego się na usta pytania. — Ty tak luźno ze mną gawędzisz, a tamten…? Co tu się w ogóle dzieje?
— Ach — macha niedbale ręką. — W pracy jesteśmy. A to straszny służbista… Bardzo chce wygrać i mu teraz głupio, bo na ten moment to przegrał z kretesem. Zobaczysz, zaraz będzie się próbował ratować jakimiś brudnymi sztuczkami… A to niby ja jestem ten zły — jak jakiś totalny dzieciak wystawia język w stronę jasnego ducha, który oczywiście nic sobie z tego nie robi. Czule gładzi omdlałego poetę po czole.
Marszczę brwi, nie rozumiejąc. Zerkam na Saga. Dalej grzecznie siedzi jak siedział, zdecydowanie unika wzroku ciemnego cienia. Wydaje mi się, czy się lekko trzęsie…?
— Od kiedy duchy muszą pracować?
Kolejna salwa śmiechu w odpowiedzi na moje pytanie, tym razem ciemny aż zgina się wpół, krztusi śliną (duchy mogą się zakrztusić???), rozkaszluje przeraźliwie… Po dłuższej chwili się opanowuje, ociera nieistniejącą łzę z kącika oka. Teraz zdaje się już w zasadzie dość materialny, widzę, jak siedząc obok mnie na pryczy, opiera łokieć na kolanie, a brodę na dłoni. Przygląda mi się z uśmiechem kota, który właśnie złapał mysz… Przełykam ślinę, czuję potworną suchość w gardle.
— Ej, mam pomysł! — wyrzuca nagle, prostując się. Nim zdążam zaprotestować, przerzuca mi lodowate ramię przez szyję. Nie umyka mojej uwadze, że nie odpowiedział na moje pytanie, ale postanawiam nie drążyć. Coś mi mówi, że… nie warto. — Skoro i tak już tu utknęliśmy na całą noc… Gramy w makao? Dawaj, młody, możesz dołączyć, ciekawiej we trzech będzie.
Patrzę z przerażeniem, jak gdyby nigdy nic, cień paca Saga po kociej głowie, a ten nie reaguje. Nie, chwila, reaguje — wyciąga głowę, cały zadowolony, po więcej!
Co, kurwa?
— Dobra, koniec twojej odsiadki… Ej, co robisz?!
Podnoszę wzrok znad nieprzytomnego poety, którego właśnie dźwignąłem z podłogi na koję. Oczy moje i policjanta spotykają się na moment. Widzę w nich konsternację.
— A, kolega chyba gorączkował całą noc, chwilę temu spadł na podłogę, to go podniosłem — wzruszam ramionami, klepiąc nieprzytomnego po ramieniu w imitacji przyjacielskiego gestu. Klatka piersiowa unosi mu się i opada raz po raz, równomiernie, w rytm spokojnego oddechu. — Może ogarnijcie mu lekarza, co? Trochę słabo, jakby się w areszcie przekręcił.
Poświęcam jeszcze sekundę na pokazanie środkowego palca i wystawienie języka tym koksom z celi naprzeciwko, zanim ruszam za policjantami. Obici wczoraj frajerzy zaczynają coś się awanturować, ale mam ich już w dupie. Funkcjonariusze wyprowadzają mnie z aresztu tą samą drogą, którą wprowadzili, tyle że już nieskutego.
W końcu staję przed komisariatem, wolny, choć tak, jak podejrzewałem wczoraj, wszystko mnie wykurwiście bolało. Promienie słońca oślepiają po tych kilku godzinach w niemal zupełnych ciemnościach, przymykam więc oczy. Zerkam na mój cień, o odcień ciemniejszy od pozostałych pobliskich cieni.
— Powiedziałbym, że niezłe masz jaja, ale raczej jesteś po prostu debilem — Sag wychyla wężową głowę, na kilka sekund zaledwie, chyba tylko po to, żeby rzucić mi mordercze spojrzenie.
— Dalej nie wiem, o chuj ci chodzi — pocieram skronie, czuję narastające pod czaszką ciśnienie. Nie przespałem ani godziny tej nocy, mam dość. Przynajmniej te Dane’owe ziółka przestały już działać, głosy duchów wróciły do swojej normalnej głośności i w końcu nie widzę jakiś dziwnych rzeczy.
— Debilu — syczy demon, a ja ruszam w kierunku pobliskiego przystanku autobusowego, masując obolały krzyż. Chcę być już w domu. W swoim łóżku. Bardzo ładnie proszę. — Całą noc grałeś w karty z…
— Ej, zamilknij — kopię gdzieś w miejscu, gdzie przed chwilą był, ale oczywiście nie trafiam w Saga — bo, kurwa, nie chcę wiedzieć.
Mam dziwne wrażenie, że mógłbym tu zejść na zawał, gdyby demon potwierdził mi to, czego sam się przecież domyślam. Jak to mówią — im mniej wiesz, tym lepiej śpisz…
A ja bardzo chciałem iść spać i uznać, że wszystko, co się zeszłej nocy wydarzyło, to były tylko jakieś moje halucynacje po tym syfie, co wypaliłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz