Annikki w drogerii raczej nie bywała, najpotrzebniejsze rzeczy kupując w zwykłym markecie i czasem, gdy ten jeden dobry krem się kończył, decydowała się zajrzeć do tej nieskończonej otchłani zależności składników i ich optymalnych połączeń. I to wcale nie chodziło o to, że nie przepadała za wyborem odpowiedniej pielęgnacji, lecz wręcz przeciwnie, znała siebie aż za dobrze pod tym względem – wystarczyło jej zaciekawić się jakimś składem, by skończyć następnego dnia ze świeżo opracowaną teorią na temat wykorzystania popularnej czerwonej maseczki z glinką od niszowej firmy i piętnastym kubkiem kawy trzymającym ją na nogach. A, z całym szacunkiem dla czerwonej maseczki i glinki, nie miała na to czasu i nie mogła pozwolić na samowolkę swojej głowy.
Tym razem jednak to nie glinki, maseczki ani pachnące owocami szampony przykuły ćmą uwagę. Promocja na cztery pomadki w cenie dwóch uśmiechała się do niej nieco zbyt szeroko, by Annikki mogła przejść obok niej obojętnie. Sama zwolenniczką pomadek nie była, ale za to ktoś jej bliski, ktoś pachnący kwiatami i ciepłem letniego popołudnia, zbierał je i testował chętnie. Więc ćma przystanęła, obliczyła, sprawdziła różne warianty, posegregowała je według tego, co się prawdopodobnie najbardziej spodoba, a potem wyszła z drogerii bogatsza o całe naręcze pomadek i świetny pomysł.
Hotaru ucieszyła się uroczo z nieoczekiwanego prezentu, mówiąc, że nie trzeba było, że wszystkie smaki brzmią cudownie, a Annikki uśmiechała się tak, jak uśmiechała się tylko przy tancerce, nie wypowiadając ani słowa, bo kłamstwo nie wychodziło z jej ust, prawda zaś była taka, że prezent wręczyła również sobie, chociaż tego jeszcze nie zdradziła. Siedziały u niej w mieszkaniu, herbata powoli stygła w kubkach, resztki parującego ciepła doglądały niedojedzonych kawałków ciasta przyniesionego przez Hotaru. Koc na kanapie miały jeden, pluszowy i we wzór świetlików, lecz więcej nie było potrzebne, gdy nogi splotły się w ciepły precel bliskości pod nim.
Tancerka już wyciągała ręce ku stolikowi, by odłożyć ozdobne pudełko z pomadkami, Annikki jednak subtelnie ją przed tym powstrzymała, dłonią popychając pudełko z powrotem na kolana Hotaru.
— Uważam, że powinno się je poddać profesjonalnej ocenie — powiedziała w odpowiedzi na pytające spojrzenie kobiety.
— A co jest twoim zdaniem profesjonalną oceną pomadek? — odbiła Hotaru z uśmiechem niespiesznie formującym się na twarzy.
Annikki poprawiła się nieco na kanapie, wygładziła idealnie gładki fragment koca.
— Cóż, zapach z pewnością ma znaczenie dla dobrego samopoczucia, ale trwałość jest również istotna, a najlepszym sposobem na sprawdzenie jednocześnie obu tych kryteriów jest przetestowanie ich na ustach w eksperymentalnych warunkach.
Hotaru się zaśmiała i już herbata nie wymagała posłodzenia.
— To znaczy, gdy będziemy się całować.
— Nie widzę innego wyjścia.
W ciemnych oczach przeskoczyło coś, co pociągnęło za niewidzialne sznureczki w ćmowym sercu, poruszyło nim jak kukiełką skaczącą do żywszego tańca.
— Jak więc chcesz to zrobić?
— Bardzo prosto — przyznała, rumieniąc się w granicach rozsądku, a przynajmniej tak sobie wmawiała. — Raz ja zamykam oczy, raz ty, losujemy pomadkę z pudełka, a druga z nas nakłada ją na usta. Ta, która nie patrzy, ma za zadanie podać, co to za smak.
— W porządku — zgodziła się Hotaru, przysuwając się bliżej do wróżki, ich uda naparły na siebie mocniej. — Z chęcią mogę zgadywać jako pierwsza.
I zamknęła zaraz oczy, dłoń zanurkowała do wnętrza pudełka, zamieszała mnogością pomadek, by ostatecznie wyłowić z nich jedną, na oślep podać Annikki. Ćma przyjęła ją, uśmiechając się do siebie samej, bo choć Hotaru nie patrzyła, tak naturalnie wylosowała jeden ze swoich ulubionych smaków.
Delikatny zapach zielonej herbaty musnął nieśmiało nos, zanim spoczął na ustach warstwą nieco grubszą od przeważnie nakładanej. Annikki cmoknęła cicho, pochyliła się, ale usta nie sięgnęły wcale ust, nie od razu, gdy wzrok zatrzymał się na dłużej na spokojnej, bladej twarzy, na kącikach warg zapraszających do wpadnięcia w ich objęcia jak w kwietny kobierzec. Zatrzymał się na szczęściu i po prostu chłonął to, jak nierzeczywiste się ono wydawało na tle ćmowego mieszkania, jak szczere i piękne. Poznaczona śladami ciemnego atramentu dłoń wyciągnęła się, ostrożnie odsunęła czarne kosmyki opadające na powieki, płynnym ruchem zagarnęła je za ucho, wygładziła. A po dłoni do twarzy zbliżyły się usta, złożyły na czubku nosa lekkiego całusa i uderzenie serca potem przesunęły się niżej, trafiły uczuciem w gotowe na przyjęcie je wargi.
Całowanie Hotaru stanowiło osobny rodzaj magii nieopisany w żadnych czarodziejskich podręcznikach, bo i niemożliwe do opisania słowami było zaklęcie rzucane przez jej wargi tulące się do drugiego ciała, przez jej dłoń gładzącą policzek z czułością zarezerwowaną dla rzeczy najcenniejszych. Lecz teraz było inaczej, nie przez Hotaru, nie przez nią, ale przez coś wymykającego się zupełnie spod ich kontroli, co zrodziło się jako iskra przeskakująca w powietrzu, jak gdyby tylko czekało, aż ich usta się spotkają, by nigdy wcześniej niewidziane obrazy spłynęły do umysłu z ciepłem zatraconych wspomnień.
Ciemność podkradała się do pomarańczowych łun rzucanych przez zapalone w pokoiku świece. Wyglądał na stary, bardzo stary, jakby był rekonstrukcją ustawioną w muzeum, a jednak Annikki miała nieodparte wrażenie, że pokoik należy do niej i że śpiący pod biurkiem, rudy piesek, przypominający lekko dopieczony bochen chleba kolorem i wielkością, je z miski napełnianej wyłącznie jej ręką, choć nigdy w życiu go nie widziała i zarazem była pewna, że pamięta słodką piskliwość jego szczeknięcia. Futrzak ziewnął, wyciągnął jedną łapkę, wtedy też Annikki zwróciła uwagę na dwie ciemne czarki stojące tuż obok siebie na biurku, parująca zaś z nich stróżka łudząco podobnie pachniała do nałożonej przed chwilą pomadki. Czy to na pewno było przed chwilą? Czym była ta chwila, o której mówiła? Wizja zaburzyła jej poczucie czasu, zaciągnęła umysł w miejsce, z którego nie było jednego, prostego wyjścia. Zapach zielonej herbaty zdawał się ją prowadzić, odciągać od biurka i przyciągać do postaci siedzącej na skromnej pryczy, odzianej w długą, jedwabistą szatę. Znała tę postać, jak mogłaby jej nie poznać, skoro odgadłaby jej imię i przy zdjętych okularach, i przy zupełnej ślepocie poznałaby ją innymi zmysłami, wyczuła dotykiem łagodność rysów twarzy, usłyszała melodię śmiechu zdolnego zmylić kwiaty, że słońce już wstało. Jej tancerka czytała na głos książkę, choć żadne słowa nie docierały do Annikki. Wzrok w skupieniu przesuwał się po linijkach tekstu, po czym zerknął w górę, przyjrzał się czule ćmowej twarzy. Kobieta odłożyła lekturę, ujęła w dłonie czarkę, zamykając między skórą a ceramiką zapach zielonej herbaty i fantazyjne wspomnienie.
Annikki odsunęła się pomału, lekko skołowana, zaskoczona, z drżeniem w sercu, którego wcześniej tam nie było. Wymieniła spojrzenia z Hotaru.
— Też to poczułaś — stwierdziła.
— Tak…
Ćma zajrzała odruchowo do pudełka, mimo iż żadnych odpowiedzi się nie spodziewała otrzymać.
— Czy te pomadki mają w sobie jakiś dodatkowy, magiczny składnik?
— Nie wydaje mi się — odparła Hotaru, bezwiednie muskając opuszkiem swoje wargi. — Ale to było… miłe.
Annikki zatrzymała się w pół ruchu. Tak, „miłe” było dobrym określeniem, wyważonym w sytuacji, gdy nie miały pojęcia, co się dzieje. „Miłe” tłumaczyło w zupełności niecodziennie zjawisko, którego dziwna natura wcale nie przeszkadzała, ale serce wciąż drżało, jedna jego połowa zamknięta była w tamtej wizji, druga biła normalnie w jej piersi, i obie niosły w sobie teraz uczucie zbyt głębokie, by Annikki była w stanie je wyjaśnić. Jakbym kochała ją dużo dłużej, niż mi się zdawało.
— To była zielona herbata — dodała tancerka, zerknęła do pudełka. — Chcemy… spróbować jeszcze innej?
— Tak — powiedziała Annikki bez wahania.
Zamknęła oczy, wylosowała, podała pomadkę Hotaru, czekając na ciąg dalszy. Tancerka rozczuliła ją delikatnymi muśnięciami, nim pocałowała ją mocniej, pewniej i gdy już wróżka myślała, że może to wcześniejsze przeżycie było jednorazowym kaprysem dzikiej magii, niczym, co miałoby powrócić, poczuła znów wyładowanie w powietrzu wrzucające ją w nowy wir emocji.
Ktoś ją popchnął, ktoś szturchnął łokciem, by nie stała jak kołek pośrodku zatłoczonego targu, lecz ona nie przejmowała się drobnymi uszczypliwościami, nie odpowiadała na krzyki sprzedawców i oburzone prychnięcia kupujących, co próbowali wypchnąć ją z tłumu, bo była pewna, ten pierwszy raz od wielu tygodni podróży, że ją znalazła. Jej światło, jej powód porzucenia wszystkiego, co zdążyła w czasie zeszłej jesieni nazwać domem, tylko że dom nie był domem bez niej i ani łóżko nie grzało, ani strawa nie wypełniała żołądka, ani myśli nie spały, szukając jej w każdej napotkanej twarzy. Gorączkowo przeciskała się między ludźmi, pchana do przodu wymizerniałą wiarą w odzyskanie utraconego serca. Nie wiedziała, czemu nagle podniósł się raban wokół niej, dopóki chucherko nie starsze niż dziesięć wiosen umknęło pod jej bokiem ze skradzionym jabłkiem. Wszyscy się rozstąpili, by straży zrobić miejsce, i wtedy też ją zobaczyła. Stała w tej samej, prostej szacie, w której wyjechała, w dłoni obracała niedojrzałe jeszcze mango, zerkała na cenę, liczyła. Annikki nie usłyszała swojego krzyku, ale usłyszeli go ludzie na targu, poobracali głowy, zmarszczyli brwi, ona zaś tylko chciała, by ta jedna tancerka spojrzała w jej stronę. I spojrzała. Skrzydła pchnęły ciało po łuku, wprost w kobiece ramiona, a dusza jakby westchnęła z ulgą.
Dłonie splotły się nad pluszowym kocykiem, ciasno, kojąco, gdy obawa przed przygniatającą samotnością wychładzała ćmowe palce i tylko świetlikowe ciepło mogło utulić jej tęsknotę. Teraz pierwsza odsunęła się Hotaru, na tyle, by nosy mogły się o siebie troskliwie otrzeć.
— Mango — szepnęła Annikki.
— Mango.
— Kolejna?
— Nie musisz mnie przekonywać.
Lekki dreszcz przeszedł po ćmowych skrzydłach, gdy zbliżyła się z ustami muśniętymi kolejną pomadką. Iskra zawibrowała w powietrzu, przeniosła je w nocną głuszę.
Rozpalony w ognisku płomień falował wraz z tańczącą kobietą, zacierając do reszty granicę iluzji i rzeczywistości. Była chwilą, postacią, uczuciem, wiatrem, bambusem, oddechem, wypełniała sobą płuca, przelewała siebie w serca, zaskarbiała sobie każdą myśl. Świat usłużnie stał się jej sceną, noc granatowym baldachimem rozpostartym za jej plecami, a pełne swobodnej gracji kroki zwracały z nadwyżką to zaufanie, wielbiąc życie, jego ulotność i przewrotność. Ćma siedziała, bojąc się mrugnąć, by nie stracić choćby na moment z oczu tancerki, przez swój zachwyt, ale i przez lęk, że lekkość jej kroków zabierze ją zaraz pod niebo. Trwała jak zaklęta na polanie pełnej krzaków poziomek, oglądając najszczerszą z historii, którą przyszło jej spisać w jej życiu, a gdy taniec się skończył, gdy tancerka uśmiechnęła się lekko, Annikki wciąż była zagubiona z zachwytu między pierwszym wzniesieniem wachlarza a ostatnim. Kobieta o coś zapytała, ćma nie usłyszała, o co, jakie to jednak miało znaczenie, skoro i tak nie byłaby w stanie teraz wydobyć z siebie choćby słowa.
— To wydaje się bliższe temu, co znam — odezwała się Annikki.
— Mhm — mruknęła tancerka, smakując resztek pomadki na swoich ustach. — Zdecydowanie poziomka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz