Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

02 listopada 2026

Od Cerese - Zapach, Wszystkie moje śmierci (I)

Lato w Solmarii zawsze zdawało się Cerese wyjątkowe, niemożliwe do odnalezienia gdziekolwiek indziej. Rozlewało się po dachach, parapetach i brukowanych uliczkach z bezwstydną hojnością, złociło fasady kamienic, wydobywało z szyb wystawowych migotliwe refleksy i osiadało na skórze przechodniów, którzy, rozleniwieni upałem, poruszali się z godną podziwu niechęcią do jakiegokolwiek wysiłku. Powietrze pachniało solą, rozgrzanym piaskiem i kwiatami rosnącymi w donicach na balkonach, a gdzieś, daleko za zwartą zabudową, morze musiało nieustannie podnosić i opuszczać swoje błękitne ramiona, przyjmując na siebie ciężar słońca.
Cerese wyobrażała sobie niekiedy, że wystarczyłoby wyjść na zewnątrz, zamknąć za sobą drzwi pracowni i pójść przed siebie, nie zważając na to, dokąd poniosą ją nogi. Mogłaby dotrzeć na plażę, zdjąć buty, zanurzyć stopy w ciepłym piasku i chociażby na chwilę zapomnieć o pracy i drażniących ją klientach. Nie marzyła o niczym bardziej niż o tej krótkiej wolności od obowiązków, od cudzych próśb i oczekiwań, od konieczności nieustannego zachowywania uprzejmości oraz przytomności umysłu. Pragnęła przez kilka godzin nie musieć niczego rozstrzygać, niczego oceniać ani nikomu udowadniać, że wie, co robi. Tymczasem siedziała za ladą matczynej pracowni, w otoczeniu tkanin, sukni i niezliczonych, kurzących się drobiazgów.
Szwalnia jej matki istniała w tym miejscu od dziesięcioleci i zdążyła przez ten czas obrosnąć nie tylko sławą, ale również ciepłem i bogactwem historii przewijających się przez nią klientów. Kobiety przychodziły po kreacje na najważniejsze chwile swojego życia: tutaj zamawiały suknie ślubne, poprawiały stroje odziedziczone po matkach i babkach, a także zwyczajnie szukały rozmowy. I choć Cerese nieraz narzekała na to duszne wnętrze, skrzypiące szuflady oraz wiecznie zakurzone półki, darzyła to miejsce pewnym przywiązaniem, którego nie potrafiłaby wyjaśnić. Pomagała matce od wielu lat, początkowo z poczucia obowiązku, później z przywiązania, które z czasem stało się tak naturalne, że przestała zastanawiać się nad jego źródłem. Lubiła pracownię, lubiła zapach tkanin, ciepło żelazka, szelest materiału przesuwanego po stole i skupienie, z jakim matka pochylała się nad kolejnymi projektami. Z czasem odkryła również, że praca ta daje jej więcej satysfakcji, niż mogłaby przypuszczać. Lubiła porządek, jaki narzucały jej codzienne czynności, lubiła rozmowy z kobietami, które przychodziły tutaj niekiedy z gotowym pomysłem, a niekiedy jedynie z niejasnym pragnieniem, by coś w swoim wyglądzie zmienić. Umiała słuchać, a jeszcze lepiej umiała doradzać. Znała się na tkaninach, proporcjach, kolorach i krojach, ale jej zainteresowanie modą nigdy nie ograniczało się do technicznych aspektów zawodu. Widziała w niej dziedzinę ludzkiej ekspresji, subtelną sztukę, która pozwalała wyrazić to, czego człowiek nie chciał lub nie potrafił wypowiedzieć. Moda była dla Cerese zagadnieniem znacznie poważniejszym, niż mogłoby się wydawać komuś, kto nigdy nie poświęcił jej należytej uwagi.
Tego popołudnia nie miała jednak szczególnej sposobności do podobnych rozważań. Klienci pojawiali się sporadycznie, przesuwali palcami po wiszących kreacjach, pytali o ceny i szybko wychodzili, zwykle z niewielkim pakunkiem pod pachą, a pomiędzy jednym a drugim dźwiękiem dzwoneczka nad drzwiami zapadała cisza tak przygniatająca, że Cerese zaczynała słyszeć własne myśli, co uważała za okoliczność nie zawsze pożądaną. Większość solmaryjczyków wybrała tego dnia plażę, a Cerese, choć nie miała im tego za złe, odczuwała wobec nich nieco dziecinną zazdrość. Mogła sobie wyobrazić ich bose stopy, mokre włosy, skórę rozgrzaną słońcem i rozmowy prowadzone w cieniu parasoli. Sama zaś siedziała za ladą i miała wrażenie, że dzień przecieka jej przez palce.
Westchnęła cicho, po czym oparła łokcie na drewnianym blacie i zaczęła wystukiwać palcami nieokreślony rytm. Miała przed sobą katalog z najnowszymi projektami, lecz od dłuższego czasu nie przeczytała ani jednej strony. Miała wrażenie, że upał osiadł jej na karku niczym nieproszony adorator, zbyt pewny własnego uroku, by zrozumieć, że jego obecność staje się zwyczajnie nieznośna. Poprawiła więc mankiet jasnej bluzki, przesunęła wzrokiem po rzędach kolorowych nici i już miała sięgnąć po leżącą obok książkę, kiedy nad drzwiami rozległ się delikatny dźwięk dzwoneczka. Nieśpiesznie uniosła głowę.
Najpierw poczuła zapach cytrynowych ciasteczek. Była to woń słodka, świeża, odrobinę maślana, z subtelną, orzeźwiającą goryczką skórki cytrynowej, która zdawała się nie pasować do rozgrzanego powietrza pracowni, a przez to stawała się jeszcze bardziej wyrazista. Dopiero później dostrzegła kobietę stojącą w progu, jedną dłonią przytrzymującą klamkę, drugą zaś poprawiającą materiał letniej sukienki, którą poruszył przeciąg. Była młoda, zapewne niewiele starsza od Cerese. Jej włosy, jasne i lekko falowane, spływały aż do pasa, poruszając się delikatnie przy każdym ruchu. Sukienka opływała jej sylwetkę z niewymuszoną lekkością, a światło wpadające przez okno zatrzymywało się na jej ramionach i policzkach, nadając skórze delikatny blask. Cerese, która przywykła oceniać ludzką urodę z pewnym chłodnym zainteresowaniem, tym razem przez chwilę nie potrafiła odnaleźć w sobie zwyczajnego krytycyzmu.
Cerese patrzyła na nią przez chwilę z nieco zbyt dużym zainteresowaniem. Nie przywykła do sytuacji, w których cudza obecność odbierała jej zdolność do natychmiastowego sformułowania odpowiedniej uwagi. Zwykle wystarczało jej kilka sekund, by odnaleźć w rozmówcy słaby punkt, pochwycić go w subtelne sidła żartu i sprawić, że dalsza wymiana zdań przebiegała już według zasad, które sama ustaliła. Tym razem jednak jej myśli, zazwyczaj posłuszne, rozbiegły się w różnych kierunkach, pozostawiając ją na moment bezbronną wobec własnej ciekawości.
Kobieta uśmiechnęła się nieśmiało, jakby nie zdawała sobie sprawy z zamieszania, które wywołała, i odezwała się głosem tak łagodnym, że Cerese odniosła wrażenie, iż wraz z nim do pracowni napłynęło nieco chłodniejszego powietrza.
— Dzień dobry, czy można kupić u was materiał na metry? Dokładniej szyfon i welur.
Cerese mrugnęła, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że jest gospodynią tego miejsca. Wyprostowała się, przywołując na twarz swój zwyczajowy, uprzejmy uśmiech.
— Oczywiście, mamy całkiem spory wybór. Proszę za mną.
Wstała zza lady, wygładziła dłonią spódniczkę i poprowadziła kobietę do niewielkiej sali na zapleczu. Pomieszczenie było nieco chłodniejsze niż główna część pracowni, osłonięte przed bezpośrednim światłem i wypełnione zapachem tkanin oraz starego drewna. Półki uginały się pod ciężarem materiałów, których kolory i faktury tworzyły bogatą, niemal malarską kompozycję. Cerese wyciągnęła kilka beli, rozwijając ich brzegi, by nieznajoma mogła dokładniej się im przyjrzeć. Zwykle podczas podobnych prezentacji mówiła niewiele więcej, niż było konieczne, pozostawiając klientkom swobodę wyboru. Tym razem jednak nie potrafiła powstrzymać opuszczającego jej usta potoku słów, a kobieta słuchała jej z tak szczerym zainteresowaniem, że Cerese poczuła nagle nieprzyzwoitą niemal przyjemność z własnej wiedzy. Nieznajoma przesuwała palcami po materiałach, przyglądała się ich powierzchni, zadawała pytania i uśmiechała się, ilekroć Cerese pozwalała sobie na bardziej osobistą uwagę.
— To dokładnie to, czego szukałam — powiedziała wreszcie, przysuwając do siebie dwa kawałki materiału. W jej głosie wybrzmiało szczere zadowolenie. — Jest pani niezwykle pomocna. Sama chyba nigdy nie zdołałabym czegoś takiego wybrać.
— Cieszę się, że udało nam się znaleźć coś odpowiedniego — odparła Cerese. — Choć przyznam, że przy tak dobrym guście nie miałyśmy zbyt trudnego zadania.
Nieznajoma zaśmiała się cicho, a Cerese, ku własnemu zdziwieniu, zapragnęła usłyszeć ten śmiech jeszcze raz.
— To pani jest tutaj ekspertką. Nie powinnam się z panią spierać.
— Przeciwnie. Bardzo lubię, kiedy ktoś się ze mną spiera, o ile ma ku temu dobre argumenty.
Kobieta ponownie zachichotała, na co Cerese również się uśmiechnęła, zadowolona z samej siebie.
Nieznajoma kupiła kilka metrów szyfonu oraz weluru. Vionnet złożyła zakupione materiały, zawiązała je sznurkiem i odprowadziła kobietę do lady. Tam przyjęła zapłatę, podała jej pakunek i pożegnała ją z taką uprzejmością, jakiej wymagała od niej zawodowa etykieta. Dopiero kiedy dzwoneczek zabrzmiał ponownie, a drzwi zamknęły się za jasnowłosą nieznajomą, Cerese zdała sobie sprawę, że zapach cytrynowych ciasteczek nadal unosi się w powietrzu. Przez dłuższą chwilę stała bez ruchu, patrząc na pustą pracownię, jakby spodziewała się, że kobieta zawróci, zapomniawszy o czymś ważnym. Oczywiście nie wróciła. Cerese uznała, że nie ma powodu, by o tym myśleć, i niemal natychmiast, jak na złość, zaczęła myśleć o tym z jeszcze większą intensywnością.
Przez następne dni jej życie toczyło się pozornie jak dawniej, z tą różnicą, że dźwięk dzwoneczka nad drzwiami zaczął wywoływać w niej krótkie, niechciane poruszenie. Początkowo próbowała tłumaczyć je zwyczajną ciekawością. Klientka była przecież interesująca, miała dobry gust, a do tego okazała się wdzięczną rozmówczynią, co wśród osób odwiedzających pracownię zdarzało się rzadziej, niż Cerese była skłonna przyznać.
Kobieta wróciła po dwóch dniach, a wraz z nią ponownie pojawił się zapach cytrynowych ciasteczek. Cerese rozpoznała ją niemal natychmiast, choć przez chwilę udawała, że zajmuje się porządkowaniem paragonów. Nie chciała, by nieznajoma odniosła wrażenie, że jej przyjście miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Była przecież osobą rozsądną i nie miała zamiaru ujawniać zainteresowania tak łatwo, zwłaszcza komuś, kogo ledwie znała.
— Dzień dobry — powiedziała kobieta, podchodząc do lady. — Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
— W żadnym razie. Zawsze cieszymy się z odwiedzin naszych klientek. Mam nadzieję, że materiały nie okazały się rozczarowujące.
Cerese wypowiedziała te słowa z taką niewinną uprzejmością, że sama niemal uwierzyła w ich całkowitą bezosobowość. Nieznajoma uśmiechnęła się i oparła dłonie o ladę.
— Ani trochę. Są przepiękne. Ale pomyślałam, że przydałyby mi się do nich jeszcze jakieś guziki.
Cerese zaprowadziła ją do odpowiedniej półki, po czym zaczęła wyciągać pudełka z rozmaitymi wzorami. Nieznajoma wybierała powoli, porównując poszczególne odcienie i kształty, choć ostatecznie zdecydowała się na zaledwie kilka sztuk. Cerese przyglądała się temu z rosnącym rozbawieniem, ale ostatecznie nie powiedziała zupełnie nic. Kobieta zapłaciła, podziękowała i wyszła, a Cerese znów została sama, z zapachem cytrynowych ciasteczek unoszącym się w powietrzu.
Potem zaczęła przychodzić coraz częściej. Raz potrzebowała koronki, innym razem wstążki, później nici w odcieniu, którego nie potrafiła znaleźć nigdzie indziej. Bywały dni, kiedy odwiedzała pracownię dwa razy, a niekiedy pojawiała się dokładnie o tej samej porze, jakby jej wizyty stanowiły część starannie przemyślanego planu dnia. Zawsze miała jakiś powód, choć z każdym kolejnym spotkaniem powody te wydawały się coraz mniej przekonujące. Cerese, która znała asortyment matczynej pracowni niemal na pamięć, zaczęła podejrzewać, że gdyby zebrać wszystkie zakupione przez kobietę drobiazgi, można byłoby z nich uszyć nie jedną, lecz kilka kreacji. A jednak nieznajoma nigdy nie kupowała wszystkiego za jednym razem. Przy każdym powrocie wybierała jedną lub dwie rzeczy, spędzała przy ladzie kilkanaście minut, czasem dłużej, i odchodziła z uśmiechem, który zdawał się mieć niewiele wspólnego z dokonanym zakupem.
Cerese z początku traktowała tę osobliwość jako źródło niewinnego rozbawienia. Z czasem jednak zaczęła odczuwać przyjemność z samych odwiedzin, niezależnie od tego, co kobieta zamierzała kupić. Cerese odkryła, że nasłuchuje kroków na chodniku, że mimowolnie spogląda na wejście, i że w rozmowach z innymi klientami coraz częściej myśli o tym, co mogłaby powiedzieć nieznajomej, gdyby ta właśnie teraz pojawiła się w pracowni.
Nie podobało jej się to odkrycie, a zarazem nie potrafiła się go wyrzec. Była przyzwyczajona do własnej niezależności, do tego, że sama decyduje o tym, komu poświęca czas i uwagę. Niechętnie dopuszczała do siebie myśl, że ktoś, kogo ledwie poznała, może tak łatwo stać się częścią jej codzienności. Cerese nie wiedziała, czy pragnie ją poznać, czy po prostu lubi sposób, w jaki rozmawiają; czy pociąga ją jej uroda, czy może ta szczególna łagodność. Nie wiedziała również, dlaczego tak bardzo zależy jej na tym, by nieznajoma znów się pojawiła. Wiedziała tylko, że kiedy wychodziła, pracownia wydawała się przez chwilę nieco pustsza.
Któregoś dnia, kiedy kobieta pojawiła się po raz kolejny, Cerese uznała, że nie zamierza dłużej udawać, że nie dostrzega osobliwości tej sytuacji. Siedziała za ladą, gdy nieznajoma weszła do środka i przywitała ją tym samym pogodnym uśmiechem, który zdążył już stać się nieodłączną częścią jej wizyt. Skierowała się ku półkom, obejrzała kilka pudełek, a następnie przyniosła do lady niewielką garść koronki. Cerese spojrzała na nie, potem na nią, i przez chwilę milczała, jakby próbowała zachować powagę. Nie udało jej się to jednak. Oparła przedramiona na blacie i przyjrzała się nieznajomej z rozbawionym wyrazem twarzy.
— Powiedz mi, czy ty naprawdę potrzebujesz tylu materiałów?
Wypowiedziała te słowa z udawaną surowością, unosząc lekko podbródek. Miała zamiar dodać coś jeszcze, jednak nie zdążyła. Nieznajoma zamiast odpowiedzieć, pochyliła się lekko nad blatem i niewinnie przyłożyła dłoń do własnego policzka. Jej uśmiech stał się nagle inny, bardziej czuły, pozbawiony zwykłej przekory, a spojrzenie, które skierowała na Cerese, było tak intensywne, że przez jedną krótką chwilę Vionnet chciała niemal przed nim uciec.
— Aż tak to widać?
Cerese odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić.
— Obawiam się, że bardziej, niż mogłabyś przypuszczać. Wybrałaś dość kosztowny sposób nawiązania znajomości.
Kobieta prychnęła rozbawiona, zbliżając się jeszcze bardziej. Cerese raz jeszcze poczuła ciepły, słodki zapach jej skóry.
— I tu mnie masz. Po prostu bardzo chciałam znowu cię zobaczyć. Nie chciałabyś uwolnić się na chwilę od pracy i pójść ze mną na kawę? Ja stawiam.
Cerese poczuła, że serce uderzyło jej mocniej, a następnie jeszcze raz. Słowa dotarły do niej bez przeszkód, każde z osobna, a jednak ich znaczenie potrzebowało chwili, by przedostać się przez wszystkie warstwy ostrożności, przyzwyczajenia i rozsądku. Przez ostatnie dni próbowała wyjaśnić sobie, dlaczego obecność tej kobiety sprawia jej taką przyjemność. Szukała przyczyn w jej urodzie, w łagodnym usposobieniu i w rozmowach. Teraz jednak okazało się, że odpowiedź była znacznie prostsza, niż przypuszczała. Nie była jedyną, która czekała na te spotkania. Nie była jedyną, która znajdowała w nich coś więcej niż zwykłą uprzejmość. Świadomość ta przyniosła jej nagłą ulgę, a wraz z nią nieśmiałą, niemal niewinną radość, której nie doświadczyła od dawna.
Cerese mogłaby odpowiedzieć natychmiast, bez zastanowienia, pozwalając, by radość, którą poczuła, znalazła ujście w szczerym uśmiechu. Mogłaby również zapytać, dlaczego kobieta zwlekała tak długo, skoro wystarczyło jedno proste pytanie, by oszczędzić im obu tych wszystkich wizyt i drobnych zakupów. Nie zamierzała jednak odbierać sobie przyjemności, jaką dawała jej ta chwila. W końcu przez całe życie była kobietą, która wiedziała, czego chce, i rzadko pozwalała innym wyznaczać warunki.
Oparła dłoń na ladzie i pochyliła się odrobinę ku nieznajomej, dokładnie tak, jak ta uczyniła przed chwilą, zmniejszając tym samym dystans dzielący ich twarze. Pozwoliła sobie na krótką, pełną znaczenia pauzę, choć serce wciąż biło jej nieprzyzwoicie szybko, a kącik jej ust uniósł się w powolnym, figlarnym uśmiechu. Odpowiedziała głosem niskim, miękkim, przepełnionym znajomą kokieterią.
— Wystarczyło po prostu ładnie poprosić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz