Czasem wciąż zdaje mi się, że widzę Twoją postać, ciemną na tle światła padającego przez okno balkonowe w naszej sypialni.
Zatrzymuję się wtedy w pół kroku, nie chcąc utracić tego wrażenia. Wiem, że najmniejszy ruch sprawi, że to ulotne doświadczenie Twojej obecności się rozpłynie. Jakbyś nigdy nie istniał. Pozostanie tylko ten pusty pokój, który po sobie pozostawiłeś, te zakurzone, białe ściany i meble, nietknięte od tamtej nocy. Wciąż potrafię sobie wyobrazić, że jestem w stanie wyłapać w nim Twój zapach, choć realnie zdaję sobie sprawę, że żadna z twoich rzeczy już dawno Tobą nie pachnie. Nawet gitara, którą tak kochałeś. Kiedyś byłam pewna, iż przesiąknęła twoim zapachem tak bardzo, że nigdy nie zwietrzeje. Jednak nawet w budującym ją drewnie próżno już szukać tych leśnych nut, które zawsze Cię otaczały.
Czy mimo to jeszcze pamięta Twoje dłonie, które przez tyle lat ją trzymały? Palce szarpiące struny, delikatnie sunące po znajomym gryfie i rysach na lakierze… Opowiadałeś mi historie powstania każdej z nich. Znaliście się z nią jak dwa łyse konie… Nie potrafię wyobrazić sobie, by kto inny kiedykolwiek jeszcze mógł na niej grać.
Postoję zawsze jeszcze chwilę w korytarzu, zaglądając przez uchylone drzwi, nawet gdy wrażenie już minie. Bo mija, zawsze mija, zawsze szybciej, niż bym chciała, zdecydowanie zbyt szybko, bym mogła się nim nacieszyć. Pustka pozostająca po nim boli jednakowo za każdym razem.
Tyle lat… Byłeś tu ze mną. W każdej ważnej chwili, subtelna, ciepła obecność u mojego boku. Znajoma. Potrzeba… Potrzeba tego ciepła wciąż gdzieś we mnie jest, wiesz?
Tylko nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, gdzie to nie będziesz Ty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz