Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

01 listopada 2026

Od Azury - Halloween, Just... a little more

Który to już dzień trwa ten koszmar?
Chciałoby się powiedzieć, że zaczęło się niewinnie… Tylko że wcale nie. Cała ta epidemia runęła na Novendię bez żadnego ostrzeżenia, choć chwili czasu na przygotowanie się ani dla rządu, ani mieszkańców, nagle zmuszonych, z drobnymi wyjątkami, do w zasadzie stałego przebywania w domach oraz przestrzegania tych wszystkich obostrzeń, jak noszenie maseczek w przestrzeniach publicznych i staranne mycie rąk przy każdej możliwej okazji… O ile na coś takiego można się było w ogóle przygotować.
Za ,,pacjentem zero” w zastraszającym tempie podążyli kolejni. Objawy niczym nieróżniące się początkowo od zwykłego przeziębienia: kaszel, niewielkie trudności w oddychaniu… Szybko okazały się ciszą przed burzą. Pierwszy chory zmarł wśród napadów nasilającego się, potwornie duszącego, krwawego kaszlu. Dwadzieścia cztery godziny. Tyle czasu minęło od pierwszego pojawienia się czerwieni w wyksztuszanej wydzielinie, do ogłoszenia, że mężczyzna nie żyje. Rozsadziło mu pęcherzyki płucne, utopił się we własnej krwi. Potworna, potworna śmierć…
Nie minął tydzień, a szpitale przestały panować nad sytuacją w placówkach. Brakowało łóżek dla chorych, sprzętu podtrzymującego życie, podstawowych przyborów ochrony osobistej dla personelu. Umierali kolejni, niezwykle szybko przestano spisywać zmarłych imiennie, zamiast tego zliczano ich do generalnych statystyk śmierci danego dnia. Ogromne liczby, z dnia na dzień coraz większe, wzbudzały uzasadnione przerażenie w mieszkańcach. Może dlatego generalnie większość podporządkowała się zaleceniom rządu i siedziała w domach, co w innych okolicznościach wydawało się wysoce mało prawdopodobne.
Tętniące życiem ulice Stellaire z dnia na dzień opustoszały.
Tkwiłam wśród tego wszystkiego, jednak czułam się dziwnie odległa realiom życia w strachu przed chorobą. Owszem, utopienie się we własnej krwi… Dzień w bólu nie do zniesienia nie brzmiał ani trochę dobrze. Jednak spokój, który by po tym nadszedł, wydawał się dziwnie pociągający. Nie złamałabym obietnicy, którą złożyłam, bo przecież nie miałabym zupełnie wpływu na chorobę. Przyszłaby do mnie, odziana w szkarłat i maskę o pustych oczodołach, a ja być może uśmiechnęłabym się z wdzięcznością, pogodzona z losem…
Jednak chorowali wszyscy dookoła mnie, tylko nie ja.
Zauważyłam to mniej więcej po dwóch, może trzech tygodniach trwania tej masakry. Od razu jak tylko pojawiły się takie możliwości, zgłosiłam się do pomocy mieszkańcom okolicy, w której mieściła się moja galeria. Wychodziłam w zasadzie codziennie, żeby przynieść im zakupy, leki… Zostawiałam wszystko na wycieraczkach pod drzwiami, żeby nikogo nie narażać na bliski kontakt ze mną, potencjalnie chorą. Uważano, że patogen przenosi się wraz z aerozolem wydzielanym z dróg oddechowych i potrafi się transportować na naprawdę duże odległości. Im mniej różne istoty się ze sobą widywały, tym lepsze miały być rokowania dla postępu opanowania epidemii. Mimo to, jednak z czasem mieszkań na mojej liście do odwiedzenia było coraz mniej… A ja podświadomie wiedziałam, jaka jest tego przyczyna.
I choć oni siedzieli w domach, bojąc się wyściubić nos nawet na centymetr poza, jak im się zdawało, bezpieczną przestrzeń ich własnych mieszkań, ja natomiast niemal ciągle chodziłam po mieście… Oni chorowali i umierali. Ja nie dorobiłam się nawet lekkiego kataru.
To było dziwne, przyznaję. Nieznany patogen nie oszczędzał nikogo, chorował każdy niezależnie od rasy. Nawet istoty długowieczne, ze znacznie lepszą odpornością, niż zwyczajni śmiertelnicy. Nie umierali co prawda, dzięki swoim niezwykłym zdolnościom regeneracji, jednak rozwijali niemal pełne objawy tej nowej choroby, zanim można było powiedzieć, że zostali wyleczeni. Tym bardziej to moje pozostawanie niewzruszoną na napór środowiskowy patogenu zdawało się dziwne.
Jakby wirus, czy cokolwiek tę chorobę wywoływało, nie był w stanie mnie zakazić.
Po miesiącu od pacjenta zero też już w zasadzie nie wychodziłam z domu. Nie, że nagle zmieniłam swoje podejście do całej tej sytuacji… Powoli nie było już komu pomagać. Obostrzenia też się zaostrzyły, nawet wolontariusze przestali już mieć możliwość swobodnego poruszania się po mieście. Wszystkie codzienne sprawy mieszkańców trzeba było załatwiać jak najrzadziej i zwykle organizowano do tego służby w pełnych skafandrach. Wszyscy byli postawieni w stanie najwyższej gotowości. Cóż się jednak dziwić, jak już nawet rozstawiane pod szpitalami wielkie, wojskowe namioty, których powierzchnię wewnątrz zakrzywiano dodatkowo magią, przestały mieścić chorych. Mimo upływu czasu i postawienia wszystkich zespołów naukowo-medycznych na nogi nie zdołano dotychczas wymyślić lekarstwa, które zmniejszyłoby znacząco śmiertelność. Mieszkańcy umierali. Każdego dnia, dziesiątki, czasem nawet setki osób…
Prawdziwa rzeź.
Nie spodziewałam się tego dnia usłyszeć pukania do moich drzwi. Wzdrygnęłam się lekko, gdy zdecydowane puk-puk poniosło się echem po pustej galerii. Samotne obrazy, zapomniane przez wszystkich w ciągu tych ostatnich tygodni, odprowadzały mnie smutnymi, tęsknymi spojrzeniami, gdy szłam przez nią w kierunku drzwi. Szklane, pozwalały już z daleka zobaczyć, kto znajduje się po ich drugiej stronie. Odziani w sterylne kombinezony i przyłbice ludzie… Przez odbijające się od tych drugich światło nie byłam w stanie zobaczyć z odległości ich twarzy.
Nie zwolniłam kroku. Bez wahania przekręciłam zamek w drzwiach, otwierając je na pełną szerokość.
Nie zdążyłam zadać pytania, nie musiałam. Już kilkoma pierwszymi zdaniami mi na nie odpowiedzieli, doskonale wiedząc, że nie ma czasu na skradanie się dookoła tematu.
— Pani Wells? — skinęłam głową, palce mimowolnie zacisnęłam mocniej na metalowej ramie drzwi, którą przytrzymywałam, by pozostały otwarte. — Przyszliśmy tu w sprawie wyników pani ostatnich badań — głos mężczyzny był spokojny i wyważony. Zwracał się do mnie, jakby mówił do dzikiego zwierzęcia, gotowego uciec w każdej chwili, a on straci swoją jedyną szansę na bliższy kontakt. — Bylibyśmy zobowiązani, gdyby udała się pani z nami na kilka dodatkowych badań w naszej placówce…


Przeszywający chłód był tym, co przywróciło mnie do zmysłów. Niczym tysiące drobnych igiełek wpijał się w moją skórę nieprzyjemnie, nakazywał poruszyć, jakoś ogrzać, pozbyć tego nieznośnego dyskomfortu. Powoli otworzyłam oczy, wzrok miałam zamazany, kontury wszystkiego przede mną były niewyraźne, poszczególne kształty zmywały się ze sobą w bezładne plamy. Ciemność pochłaniała pomieszczenie, tego byłam pewna, a jedyne światło padało mniej więcej spode mnie.
Czułam, że unoszę się zawieszona w toni wody. To ona była przyczyną tego chłodu… Pierwszy raz w swoim życiu czułam się w niej taki sposób. Zawsze otulała mnie przyjemnym kokonem, ciało samo przystosowywało się do jej temperatury, a przebywanie w niej nigdy nie było nieprzyjemne. Dziś natomiast…
Odruchowo chciałam poruszyć rękoma, żeby jakoś się przemieścić, złagodzić to zimno zwinięciem się w pozycji embrionalnej… Zdałam sobie jednak sprawę, że moje ciało nie poruszyło się na ten sygnał z głowy, a na pewno nie… Nie kończynami.
Przeraźliwie powoli przeniosłam wzrok z tego, co znajdowało się dookoła mnie, na moje własne ciało. Błękitne łuski, zawsze do tej pory pięknie odbijające słońce, gdy pływałam w wodach pod gołym niebem, teraz były dziwnie matowe… A może zawsze takie były? Zmarszczyłam brwi, okręciłam się nieco, w zasięgu mojego wzroku znalazła się końcówka mojego ciała, ogon zakończony rozdzieloną na trzy płetwą. Nóg... Nie było.
Tak dawno nie zdejmowałam ludzkiego ciała, że teraz to prawdziwe wydawało się obce.
Woda omywała rozbudowane skrzela po bokach mojej głowy, dostarczając organizmowi potrzebnego tlenu. Dźwięki docierały do mnie przytłumione, jakby ktoś wypchał mi uszy watą, choć wiedziałam, że to po prostu ta moja forma nie potrzebuje nic słyszeć, bo wszystko, co mówiły mi ruchy wody wokół mojego ciała, wraz z dobrym wzrokiem i wyśmienitym węchem było wystarczającą informacją o podwodnym świecie. Zamknęłam na moment oczy, spróbowałam przymusem uspokoić stanowczo zbyt szybko bijące serce… Gdyby to jednak było tak proste, po prostu powiedzieć sercu ,,zwolnij, zatrzymaj się, nie bij, nie czuj”...
Nie, to nigdy tak nie działało.
Z trudem do mojej głowy powracały wspomnienia ostatnich dni. Jednostajnie pikającą aparaturę, ściszone głosy ludzi w sterylnych, dmuchanych skafandrach i maskach filtrujących powietrze, pochylających się nad plikami kartek przypiętch do podkładki. Nie miałam pojęcia, co było na nich spisywane, ale zawsze zostawiali je na stoliku blisko wejścia, nigdy nie zabierali ze sobą. Jedna jedyna, przeszklona ściana pomieszczenia oddzielała miejsce, gdzie mnie posadzono, od reszty placówki. Czasami widziałam po drugiej stronie zaciekawionych ludzi w białych fartuchach, nieśmiało zerkających do środka… Z czasem przestali nawet udawać, że nie są moją obecnością zainteresowani. Po prostu przyglądali się mi jak eksponatowi w muzeum, jak jednemu z dzieł w mojej galerii, analizując, doszukując się… Sama nie wiedziałam czego.
Ja tylko siedziałam. Podłączono mnie do aparatury monitorującej stan mojego serca, po czym w naczynia krwionośne na moich rękach powkłuwali igły, wężyki wyścielone jakimś antykoagulantem, którymi zaraz zaczęła spływać czerwona ciecz, przykleili je do mojej skóry tymi białymi plastrami bez opatrunków. Zaczęli od jednej igły, jednego wężyka, zrobili kilka badań, a gdy zauważyli, że utrata krwi na mnie nie wpływa do końca tak, jak podejrzewali, że będzie, poprosili o zgodę na przyspieszenie tępa. Dodanie kolejnych igieł. Zgodziłam się. Bo dlaczego miałabym tego nie zrobić?
Wyłożone mi tłumaczenia jeszcze tam, w drzwiach galerii, były dla mnie wystarczającym argumentem, by zgodzić się na wszystko, o co poproszą. Moja krew miała pomóc być może tysiącom istnień, którym zagrażała choroba. Płynące wraz z jej nurtem przeciwciała, komórki układu białokrwinkowego atakujące z bezbłędną skutecznością konkretnie tego wirusa, czyniąc mnie całkowicie odporną… To właśnie był cel ich poszukiwań, powód, dla którego mnie potrzebowali. Przypadkowe odkrycie podczas rutynowych badań, mogące okazać się przełomowe dla prac nad nowym lekiem dla tych, których wirus wyniszczał zbyt szybko, by byli w stanie zregenerować swoje płuca bez pomocy. Moja krew była jedynym orężem, jaki zdobyli w tej nierównej walce, nadzieja w oczach tych badaczy, gdy mi o tym opowiadali, była widoczna jak na dłoni mimo dzielącej nas pleksy na ich twarzach. Wierzyli, że oto stoi przed nimi to wyczekiwane całymi tygodniami, okupione tysiącami istnień, rozwiązanie. Zupełnie nie dziwiło mnie więc, że pragnęli jak najszybszych postępów, dążyli do wyprodukowania jak największej ilości leku. Na szali położono przecież życie. Wyścig trwał, nic nie było w stanie go przerwać, czas płynął nieubłaganie, z każdą chwilą gasło kolejne światełko, którego lekarze nie zdołali podtrzymać.
Byłam też ja, moja krew i decyzje, które miały w tej chwili moc zmienienia biegu wydarzeń. Odmówić? Jak mogłabym im odmówić?
Mijały dni, a ja przebywałam w laboratorium całymi dniami z własnej woli. Nikt mnie nie zatrzymywał siłą, sama chciałam być możliwie jak najbliżej badaczy, w razie gdybym była potrzebna. W galerii albo w tym przeraźliwie pustym domu w środku lasu nie było ze mnie przecież i tak w tamtym momencie żadnego pożytku. Zgadzałam się więc na odbieranie mi krwi, dzień po dniu, każdego kolejnego coraz więcej. Przecież moje ciało to wytrzymywało. Zawroty głowy, ogólne osłabienie i coraz cichsza pieśń morza w mojej głowie… To były drobne niedogodności, które mogłam przecież przezwyciężyć, zacisnąć zęby na chwilę, bo przecież ten moment moich niedogodności ratował tak wielu… Każdy dzień przynosił dla naukowców nowe odkrycia, coraz większą ekscytację zbliżającym się sukcesem, już po dwóch dniach pierwsze dawki leku zostały rozdysponowane po szpitalach, gdzie znaleźli się chętni, by je przetestować na sobie lub swoich bliskich. Słyszałam, że w ciągu godzin po jego przyjęciu umierający genashi wody stanął na nogi. Pamiętam, że uśmiechnęłam się na tę wiadomość. A potem, gdy zapytano, czy mogą doczepić do mnie jeszcze jedną igłę — zgodziłam się. Z uśmiechem na twarzy, może nieco zmęczonym, z błyskiem radości w oczach, widocznie już podkrążonych, powiedziałam po prostu: oczywiście.
Nie wiem, w którym momencie straciłam wtedy przytomność. Przestałam być w stanie utrzymywać ludzką postać, wracając do tej pierwotnej… Nie pamiętam, jak znalazłam się w miejscu, w którym właśnie przebywałam. Ktoś musiał mnie przetransportować. Czy specjalnie dla mnie zbudowano to owalne, wysokie akwarium? Czy było tu już wcześniej?
Otworzyłam oczy, powoli, mając nadzieję, że gdy tym razem spojrzę na otaczające mnie pomieszczenie, będzie nieco wyraźniejsze. Nie było. Nie opuszczało mnie wrażenie oscylowania na granicy snu i jawy, powolne dryfowanie w wodzie zdawało się mnie kołysać, szum filtrowanej wody śpiewał kołysankę mojemu wyczerpanemu ciału. Tak łatwo byłoby po prostu zamknąć oczy, tym razem już nie otwierać ich ponownie…
— Pani Wells?
Drgnęłam. Oko mimowolnie powędrowało w dół, do stóp tego cylindra, w którym byłam. Ubrana w biały fartuch postać. Bez skafandra. Chciałam się uśmiechnąć, ten pysk jednak nie był do tego zdolny. Bez skafandra…
— Jesteśmy pani bardzo, bardzo wdzięczni — kontynuował, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Skinął lekko głową, zza pleców wyjął podkładkę z plikiem kartek. — Za to wszystko, co już pani dla nas zrobiła. Pani poświęcenie jest niezwykłe, naprawdę — głos mu się załamał. Nie rozumiałam dlaczego. Odchrząknął. Uciekł ode mnie wzrokiem, wbił je w trzymane kartki. Wykonałam delikatny ruch, który sprawił, że moja głowa spłynęła w dół, bliżej jego poziomu. Chciałam go pokrzepić, bo widziałam, że z jakiegoś powodu ciężko mu tu być i ze mną rozmawiać.
Czy to ta forma go tak stresowała? Nie zdradziłam im swojej rasy, nie pytali… Musieli być zaskoczeni, gdy nagle zamiast siedzącej na krześle kobiety znaleźli… Imugę. Ach… Tak… Rzadko spotykane, czyż nie? Trudno było tak o sobie myśleć. Naprawdę musiałam ich zaskoczyć…
— Potrzebujemy jeszcze tylko… Trochę pani krwi — przełknął ślinę, na tyle głośno, że byłam w stanie to usłyszeć mimo dzielącego nas szkła, wody i generalnie kiepskiego słuchu w tej formie. Znowu kaszlnął w pięść. W miejscu, gdzie zaraz pospiesznie wytarł dłoń o fartuch, pozostała żywoczerwona smuga. Przekrzywiłam lekko głowę, pytająco. — Jeszcze odrobina i niedługo cały ten koszmar się zakończy. Tak głupio mi panią prosić jeszcze o cokolwiek… Chcieliśmy… Chcieliśmy znaleźć inne istoty pani rasy, jednak bez skutku. Jest pani… — znowu odkaszlnął. Skrzywił się przy tym, szybko jednak wyprostował. Jakby chcąc zakamuflować ból. Poczułam ukłucie w sercu na ten widok. — Jest pani naszą jedyną nadzieją.
Wiedziałam, że umieram. Nie byłam w stanie zmienić postaci. Czułam wyłącznie chłód. Woda do mnie nie mówiła, jakbym wraz z wypływającą z moich żył krwią traciła z nią kontakt. Raz jeszcze spróbowałam ku niej sięgnąć, ale odpowiedziała mi jedynie dzwoniąca w uszach cisza. Zamknęłam oczy. Zwinęłam się w kłębek, osiadając na łysym, szklanym dnie zbiornika. Łuski tarły o siebie mimo otaczającego je płynu, tak ciasno próbowałam się opleść, desperacko szukając ciepła.
Powoli, przeraźliwie powoli, skinęłam jednak głową. Oczywiście, nie ma problemu. Jeśli mnie potrzebują, jeśli miało to tak wielką wagę dla społeczeństwa… Byłam gotowa oddać siebie w zamian za ratunek dla nich.
Miałaś żyć nadal, mimo mojego odejścia. Obiecałaś.
Ale nie odejdę przecież bezcelowo. Uratuję ich. Tych wszystkich chorych, przed którymi było jeszcze całe życie. Krótkie, śmiertelne, przepiękne życie, brutalnie odbierane im teraz przez tę chorobę. Byłam lekarstwem dla nich. Szansą, ostatnią, jaką mieli.
Jak niby miałabym im odmówić…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz