Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

02 listopada 2026

Od Vaerila — Pokój

Wreszcie dotarł do osady. Średniej wielkości wioski położonej u zbocza góry. Typowa mieścina, która niczym specjalnym się nie wyróżniała. Kilkanaście domostw, targ, kościół i gospoda — czego chcieć więcej? Ludzie krzątali się tam po wąskich uliczkach, nosili towary i karmili zwierzęta. Wszystko w rytmie typowego, niczym niewyróżniającego się dnia.
Vaeril nie zamierzał pozostawać tutaj długo. Co najwyżej do wieczora, a później wyruszyć w dalszą drogę. Pragnął jedynie przez krótką chwilę odpocząć. Zjeść wreszcie coś ciepłego, przespać się (gdzieś w okolicy wioski, bo przecież na pokój nie było go przecież stać) i po prostu odetchnąć. Liczył też na to, że w międzyczasie uda mu się podjąć gdzieś krótkotrwałą pracę. Jakieś zlecenie, z którym upora się szybko, niezależnie od tego, jak parszywe by ono nie było.
Nie miał najmniejszego pojęcia, jak długa będzie jego podróż. Miecz faktycznie dzielnie wskazywał odpowiedni kierunek, lecz nie zdradzał, ile jeszcze mil dzieli Vaerila od jego upragnionego celu. Mogły to być dnie, tygodnie, miesiące. Nie potrafił tego określić. Nic wokół jednak nie wskazywało na to, aby choć trochę przybliżał się do Lasu Wróżek. Wciąż mijał jedynie ludzkie mieściny, żadnych dzikich ostępów, a tym bardziej — żadnego śladu magii.
Potrzebował konia. Naprawdę pragnął konia. Oh, ile by dał, aby go mieć! Ale sama chęć to nie wszystko. Nie mógł sobie na niego pozwolić. Nie miał przecież żadnych pieniędzy na kupno ani utrzymanie rumaka, więc pozostało mu jedynie marzyć o nim w ciszy z zazdrością, patrząc na każdego, kto mijał go konno na wąskich leśnych ścieżkach.
Ich dworek posiadał obszerną stadninę. Szereg najlepszej klasy rumaków tylko czekał na przejażdżki. Były to wspaniałe konie, za których dzienną opiekę rodzina Iversenów płaciła więcej, niż Vaeril wydał na jedzenie przez ostatni tydzień.
Teraz żałował, że żadnego z nich nie zabrał ze sobą.
Skazany tym samym na męczącą pieszą wędrówkę, miał wrażenie, że nigdy nie dotrze do celu swojej podróży. Padnie z wyczerpania wcześniej, niż zdąży przekroczyć gęstwiny Wróżkowego Lasu. Tak bardzo chciałby mieć konia…
Powolnym ze zmęczenia krokiem wszedł do gospody. Zaskoczyło go to, że mimo wczesnej pory, miejsce to nie świeciło pustkami. Wręcz przeciwnie — w środku panował niemały gwar. Szczególną uwagę zwracała grupka osób ściśnięta przy jednym ze stolików. Zebrani tam mężczyźni z dużym zaangażowaniem i entuzjazmem skupiali się na rozłożonej na blacie grze karcianej. Przekrzykiwali się, wzajemnie obwiniali, podbijali zakłady, popijając każde słowo parującym, grzanym piwem. Rozgrywka trwała w najlepsze.
Vaeril przez chwilę przyglądał się rozwrzeszczanym graczom. W pamięci zapadł mu szczególnie jeden z młodzieńców — o nietypowym, fioletowym kolorze włosów, odważnie podnosił poprzeczkę, a proponowana przez niego stawka wykluczała z gry mniej majętnych rozgrywających. Ignorował przy tym rzucane w swoją stronę obelgi i wyzwiska, śmiejąc się wesoło, kiedy karty mu dopisały.
Mimo uważnej obserwacji rozgrywki, szlachcic nie rozumiał jednak zasad tej gry. Przyglądał się więc jedynie chwilę, lecz szybko stracił zainteresowanie. Minął głośny stolik i zajął wolne miejsce przy barze. Sięgnął do kieszeni, skąd wydobył zachomikowane kilka ostatnich monet i w ciszy czekał na karczmarza.
— Co podać? — Brodaty barman wkrótce pojawił się, wyłaniając się z zaciemnionego zaplecza. Dzierżył kilka ciężkich kufli, które z głuchym hukiem ułożył na blacie tuż obok Vaerila.
— Coś do jedzenia. I jedno piwo. Poproszę.
— Konkretniej — odburknął mężczyzna, nalewając do jednego z przyniesionych kulfów złocisty trunek. — Pieczywo? Zupę? Dziczyznę?
— Zwykły chleb będzie w porządku, dziękuję. — Vaeril zawsze bez większego zastanowienia wybierał najtańszą opcję. Z żalem powoli starał przywyknąć do tego, że jedzenie ma przede wszystkim napełnić pusty żołądek i dodać siły, a nie smakować. Przyrządzane przez wykwalifikowaną służbę ciepłe domowe obiady stały się jedynie odległym wspomnieniem.
Choć, prawdę mówiąc, brakowało mu wykwintnych potraw, od których ilości uginały się stoły w ich dworkowej jadalni. Z rozżaleniem wspominał aromatyczne zupy, dobrze przyprawione mięso, świeży i pachnący chleb. Miał wrażenie, że w domu nawet woda smakowała lepiej.
Teraz skazany był na cierpki smak gorzkiego i gęstego piwa. Zmarszczył nos z niechęci, ale narastające pragnienie zwyciężyło z niesmakiem. Przechylił ciężki kufel i napił się trunku. Tak jak się mógł tego spodziewać, był absolutnie paskudny. W żadnym stopniu nie umywał się do słodkiego pitnego miodu, którym raczył się jeszcze nie tak dawno. Tęsknił za jego aromatycznym smakiem.
Chleb również podano czerstwy. Ale Vaeril nie narzekał. Zapłacił należność, a garść ciężko zarobionego złota skurczyła się o połowę. Wiedział, że musiał szybko podjąć się jakiegoś zlecenia, aby podreperować swój wątły budżet. Ten problem postanowił jednak pozostawić na później. Teraz zajął się swoim długo wyczekiwanym posiłkiem.
Przy okazji, mimochodem, wsłuchiwał się w rozmowę siedzących przy barze trójki mężczyzn. Zainteresowała go, bowiem z dużym zaangażowaniem omawiali oni aktualną sytuację polityczną królestwa. Śmierć króla zaskoczyła wszystkich jego poddanych, a konflikt zbrojny o tron wciąż wisiał groźbą w powietrzu.
— Armia księcia Ludwika już wyruszyła w stronę stolicy — relacjonował jeden z gości gospody. — Podobno po drodze rozbiła wojsko panicza Malcolma, który z podkulonym ogonem wrócił na swoje ziemie szybciej, niż w ogóle je opuścił! Uciekł wypłakać się matuli w rąbek sukni! Rozpieszczony smarkacz, ha, ha!
Vaeril zmarszczył brwi. Nie znał żadnego księcia Ludwika. Domyślał się więc, że pewnie jeden z dalekich krewnych okrzyknął się nim po śmierci króla ze świadomością, że nikt nie śmie podważyć  jego nowego tytułu. Pewnie nie on jeden tak zrobił, wydłużając i tak już zawiłą kolejkę do tronu.
— Podobno roznieśli ich w drobny mak! Chodzą plotki, że panicz Malcolm wykupił najlepszych najemników w całym królestwie, wydał na to pół swojego skarbca, a oni i tak polegli w pierwszej bitwie. Cóż za upokorzenie! — drugi mężczyzna o splątanej rudej brodzie zaśmiał się głośno na tę rewelację.
— A więc książę Ludwik ma realne szanse na tron? A to ci dopiero nowina! Ten dzieciak ledwo miecz w ręce utrzymać potrafi, a sięga po berło! — wtórował mu trzeci z mężczyzn. Jego śmiech odbijał się echem po drewnianej gospodzie.
— “Ci lepsi” nie muszą wcale umieć miecza w ręce trzymać, mój drogi przyjacielu — wyjaśniał spokojnie ten pierwszy. — Od tego ma całe wojsko. I zaiste, jego ludzie świetnie mieczem wymachują. To kwestia czasu, aż dotrze do stolicy.
— Nie byłbym jednak tego taki pewien — wtrącił niespodziewanie rudobrody. — Podobno Biały Paw z Nizin też radzi sobie dobrze. Nie tak dawno pokonał w pojedynku szlachcica Brunona. Biedak nie miał z nim najmniejszych szans! Kolejny, który wrócił do domu z podkulonym ogonem, żeby pożalić się mamusi!
— Biały Paw z Nizin? — dopytywali pozostali mężczyźni z zainteresowaniem wymalowanym na twarzy.
Vaeril także nie mógł doczekać się dalszej części opowieści. Wprawdzie tematy polityczne powinny przestać jakkolwiek go zajmować, lecz jego ciekawska szlachecka dusza wciąż ożywała na wieści dotyczące aktualnej sytuacji w królestwie. Pragnął dowiedzieć się, kto zostanie okrzyknięty nowym władcą, nim już na zawsze zniknie wśród gęstych drzew Wróżkowego Lasu.
Nie miał przy tym najmniejszego pojęcia jednak, kim jest Biały Paw. Pierwszy raz słyszał ten tytuł. Brzmiał donośnie, a jego posiadacz widocznie cieszył się niemałym szacunkiem, biorąc pod uwagę sposób, w jaki mężczyzna się o nim wypowiadał.
— Pojawił się nagle, właściwie znikąd. Dowodzi dużą armią, ale to nie ona jest kluczem do sukcesu. Nie jest wyłącznie świetnym wojownikiem, który na polu bitwy nie ma sobie równych, lecz większość jego sukcesu tkwi w umiejętnościach taktycznych. Śledząc wszystkie jego dotychczasowe ruchy i zwycięstwa, można odnieść wrażenie, że ma realne szanse na tron. To jeden z faworytów wśród pretendentów.
Sprawy związane z walką o władzę zawsze budziły emocje, nawet wśród zwykłych chłopów. Plotki rozchodziły się szybko, a napięcie związane z konfliktem zbrojnym było wyczuwalne na każdym kroku. Vaeril zastanawiał się, do czego wszystkie te walki doprowadzą. Dumał też nad tym, jaką osobą okaże się nowy król i czy uda mu się rozwiązać zagadkę śmierci swojego poprzednika… Czy sprowadzi na królestwo upadek, czy poprowadzi je ku świetności?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz