Schody prowadzące z ładowni na górny pokład zaskrzypiały cicho pod jego ciężarem, gdy obowiązek został wypełniony, skrzynie przeliczone, sprawdzone z prowadzoną przez nich dokumentacją co do zapasów. Virgil przymknął na chwilę oczy, czując znów letnie słońce zatoki na twarzy, przyjemnie grzejące w policzki, zachęcające do schłodzenia się w przejrzystej wodzie. Reszta kompanii dawno już do niej wpadła, ich śmiechy i krzyki łatwo docierało do wrażliwych uszu wilkołaka nawet w ładowni. Wiatr rozwiał ciemne włosy, zabawił się sznurkami koszuli, przyniósł ze sobą zapach rozłupanych kokosów i soli, załaskotał w nozdrza drobinkami magii. Vi zmarszczył brwi, obejrzał się na burtę, po stronie której pływali jego towarzysze.
Nie było dziwne, że Bashar wolał rozsiąść się z książką przy sterze i z lekkim uśmiechem oglądać zabawę, zamiast dołączyć, lecz Seymourowi siedzenia na statku, będąc wciąż całkowicie suchym, nie zamierzał przepuścić.