Poranne słońce dźgnęło Isarra po oczach, co nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem w jego życiu. Przekręcił się jedynie na drugi bok, żeby wredne światło padało na jego plecy, a nie twarz, mając nadzieję, że uda mu się ugrać jeszcze trochę minut snu. Nadzieje te okazały się być płonne, bo zanim zdążył zamknąć oczy, rozdzwonił się budzik…
Botanik chcąc nie chcąc zwlókł się z łóżka, zawsze ustawiał budzik poza zasięgiem swoich rak, żeby musiał faktycznie się podnieść, aby go wyłączyć. Ręka pokryta wężowymi łuskami, trzepnęła hałasujące urządzenie, kulka przestała mrygać i kaleczyć uszy Isarra swoim jazgotem, co przyniosło mu odrobinę ulgi. Niestety teraz musiał stawić czoło dniu, na co nie miał najmniejszej ochoty. Ah dorosłe życie i zmuszanie się do robienia tego, czego się ani trochę nie chce robić. Najpierw herbata… śniadanie… ogarnąć sklep i otworzyć. Ubrał pierwszy sweter jaki wpadł mu w dłonie, ciemnozielony, miękki w dotyku, idealny na coraz to chłodniejsze dni. Pewnie niedługo spadnie śnieg. Może nawet by wyszedł, żeby razem z Minu zrobić bałwana? Młody raczej by się ucieszył z takiej propozycji… spyta go jak faktycznie spadnie ten śnieg.
Kiedy tylko skończył robić śniadanie i pakować coś do jedzenia dla Minu, żeby ten miał co jeść w szkole, z pokoju praktycznie wyturlał się nastolatek, widocznie obudził się późno… nie, aż tak późno, żeby Isarr pofatygował się go szturchnąć, ale później niż zwykle. Młodszy Nerikare praktycznie wciągnął śniadanie, przytulił botanika na pożegnanie i wybył przez frontowe drzwi. A Isarr? Isarr skończył jeść swoją porcję, zsunął się po schodach na parter i przetarł ladę, a chwilę później przekręcił tabliczkę na drzwiach, żeby pokazywała “Otwarte”. Pierwszą osobą, która przewędrowała przez drzwi, była Pani Filemona, stała bywalczyni w sklepie Isarra.
— Dzień dobry, kochanieńki. — Naga przymknął oczy zbierając cierpliwość, zawsze go tak nazywała, nawet kiedy próbował zakomunikować, że niezbyt za tym przepada. — Święta już niedługo, jak przygotowania?
— Dobrze — odburknął, dużo mniej entuzjastycznym tonem głosu, niż ten, którego użyła starsza kobieta. — Czego Pani dzisiaj potrzebuje? — zapytał, mając nadzieję, że uda mu się zniweczyć próby bezsensownej konwersacji o świętach… święta… musiał pomyśleć nad prezentem dla Minu.
— Ta cudowna mieszanka herbaty, którą robisz się skończyła, a bez tego nie mogę zacząć porządnie dnia, mój mąż zawsze marudzi o tą moją rutynę z kubkiem herbaty na początek dnia. Nie zna się, doprawdy. — Pokręciła głową, sięgając do torebki, zapewne po portfel. Isarr w międzyczasie już sięgnął po jeden ze szklanych pojemników i przesypał tą samą ilość co zawsze do papierowej torebki, przykleił odpowiednią etykietę i przesunął w stronę Filemony, mamrocząc cenę. Klientka zapłaciła szybko i uśmiechnęła się pakując zakup. — Powinieneś przestać chodzić taki skwaszony, nie znajdziesz tak sobie, żadnej panny… albo kawalera.
— Mam sklep do prowadzenia i nastolatka do zaopiekowania, a teraz jeszcze kota do ogarnięcia nie mam czasu na romanse — prychnął jedynie w odpowiedzi, a ona jedynie pokręciła głową.
— Tak, tak, zawsze tak mówisz, ciebie w końcu też to złapie… tak jak kiedyś mnie… — westchnęła rozmyślając o swoich młodych latach, sięgnęła ręką do klamki i kiwnęła głową w stronę Isarra. — Miłego dnia, kochanieńki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz