07 grudnia 2025

Od Dantego – Lód

Srebrzysty blask zalewał podłogę sypialni, leniwie przesuwając się po granacie nieba niczym wypuszczona z nieuważnych dłoni lokaja metalowa okrągła taca. Wpadający przez okno chłód, ten nieodzowny wysłannik nocy, bawił się niewinnie cienkim materiałem firanek, jak to uparte dziecko starające się zwrócić czyjąś uwagę, mocniej i mocniej, aż ustawał na moment, by zaraz powrócić i zagwizdać cicho przy ramie. Oparta o zagłówek łóżka Sappho obserwowała, jak momentami firanki unosiły się wraz z biorącym oddech Brunonem, jak opadały, gdy jego powolny, senny wydech łaskotał ciepłem jej skórę. Chciała wtedy, by ta pełna harmonii chwila trwała wiecznie – oni, złączeni, i świat oddychający wraz z nimi.
Kołdra w nieładzie okrywała syrenie nogi oraz biodra Brunona wtulonego w jej brzuch. Objął ją w pasie ramionami, tak zaborczo, tak mocno, zabijając jakąkolwiek przestrzeń między nimi. Jego potargane, wciąż wilgotne włosy łagodnie skręcały się na końcach, nadając mu wręcz uroczego, bezbronnego wyglądu, bo kim był ten poważny pan Latini, jeśli nie mężczyzną schowanym za maską, bezwzględnym i łagodnym zarazem? Leżąc przy jej boku, pokazywał jej coś, czego nie widział nikt inny – swój spokój pozbawiony tajemnic.
Czy było coś gorszego od świadomości, że te piękne barwny obrazu bliskiej osoby są przykryciem dla plamy ciemności? Bo być z Brunetto znaczyło znać jego mrok i dostrzegać w nim światło wymierzone w ciebie.
Nie chciała tak na niego patrzeć, a jednak wątpiła, że to, co mieli, mogło przetrwać jej wybór. Więc czekała całymi dniami, nocami, odliczała ich wspólny czas w godzinach, czasem w minutach, wierząc, że te kilka dodatkowych chwil może coś zmieni, Brunona albo jej zdanie. Że się pomyliła, a on… On naprawdę zrobi wszystko. Wybierze ją. Wybierze jej miłość, do niego i do tego kiełkującego życia.
Palce bezwiednie, samoistnie musnęły kark Brunona, wsunęły się między czarne loki, a zamyślone spojrzenie Sappho łowiło w półmroku sypialni znajome kształty, przerabiając je w coś nowego, jeszcze nieznanego. Czy jej dziecko też będzie miało takie gęste, czarne pasma? Dotknęła opuszkami szerokich barków, wywołując głębokie westchnienie z piersi wampira i zastanawiając się, ile jego siły przejdzie dalej, ile zwinności i tej niemożliwej gracji. Badała tę wklęśniętą linię kręgosłupa, jakby widziała ją po raz pierwszy, patrząc przez pryzmat wyciągających się kości nastolatka i próbujących nadrobić mięśni. Jego ostre krawędzie mroku i jej miękkie grzbiety fal. Jego uśmiech i jej spojrzenie.
Jego pycha i jej chłód.
Chciała już wiedzieć. Bała się wiedzieć.
Bruno poruszył się, zamruczał zbyt głośno, zbyt rozkosznie, żeby to było przez sen. Znała ten dźwięk. Domagał się więcej uwagi. Lecz jej dłonie wciąż przesuwały się po jego plecach w pytaniu, którego wampir nie mógł usłyszeć, a im dłużej zwlekała, tym mocniej zaprzeczała własnym uczuciom, nie ufając mu, nie pozwalając mu się przytrzymać, gdy świat wokół niej rozpadał się na kawałki i układał na nowo.
Idealny dzień nie nadejdzie, przypomniała sobie gorzko.
— Śpisz? — zapytała cicho, jakby nie znała odpowiedzi, dając sobie jeszcze tę parę sekund, te kilka oddechów, które zmieniały się w jej piersi w niepewne, płytkie ruchy, jak trzepotanie małego ptaszka zamkniętego w klatce.
— Nie — zamruczał Bruno, wtulając się w nią mocniej, ściskając ptaszka, aż z jego melodyjnego, pięknego głosu zostały jedynie strzępki strachu.
— Bruno — wyszeptała, czekając bodaj wiekami, żeby wampir się odwrócił, spojrzał w jej oczy, wyczuł powagę w głosie i pragnienie, by zrozumiał. On tylko leżał, niepomny, raczej obojętny na to, jak drobne dłonie wpijały się w silne ramiona, próbując nie zadrżeć. — Jestem w ciąży.
— Wiem — odpowiedział płynnie, od razu, bez zastanowienia, jakby przyznawał, że jutro będzie padać.
Sappho gwałtownie zapadała się w sobie.
Gardło przypominało ciasny, gruby supeł blokujący powietrze pachnące wciąż ich ciałami, członki zdrętwiały od nagle lodowatego oddechu mężczyzny, cała wizja przed oczami zamazała się, cienie zlały się w jedno, jej ciało było ciałem Brunona, ale ona nie potrafiła się odsunąć ani go odepchnąć.
— Wiesz? — szepnęła, lecz wydawało się, że jej głos, ledwie wyciągnięty z zaciśniętych ust, tak naprawdę mknie straszliwym dreszczem przez niespodziewanie chłodną skórę.
— Wyczułem bicie serca — mruknął łatwą dla siebie oczywistość, przeciągnął się, bijącym czystym młotem fałszu i zdrady prosto w pierś Sappho. — I zauważyłem twoje przyspieszone tętno.
Brakowało jej oddechu, stabilności w miękkiej pościeli, poręczy, za którą mogłaby złapać i zatrzymać wirującą wokół niej sypialnię. Wyczuł? Wiedział? Milczał?
— Teraz?
— Nie — parsknął lekko, zniekształcając nieco słowa przez przyciskanie ust do jej brzucha. — Jak tylko serce zaczęło pracować. Jakieś dwa tygodnie temu bodajże. Zastanawiałem się, czy przyjdziesz wreszcie z tym do mnie, czy sama się tym zajmiesz.
Tym. Nie ciążą. Nie dzieckiem. Nie nowym życiem. Tym. Jakby dało się to rozwiązać w przeciągu jednej nocy. Próbowała przywołać złość, oprzeć się na gniewie, przy którego pomocy mogłaby go znienawidzić. Ale była wyłącznie przerażona.
— Bruno — powiedziała, łamiąc się już na samym jego imieniu. Jej wargi poruszały się w niemych słowach, jej dłonie w niezgrabnych ruchach próbowały chwycić Brunona, lecz miała wrażenie, że wymykał się jakoś jej dotykowi, odpływał tak, jak Desi w swoich pustych korytarza. Nieważne, co mówił, nieważne, co czuł, potrzebowała, by został jeszcze na krótką chwilę, wysłuchał do końca. — Ja chcę to dziecko. Nawet… Nawet jeśli ty go nie chcesz, to ja z niego nie zrezygnuję.
W końcu, teraz, Brunon przekręcił nieco głowę, płynnym gestem uniósł się, usiadł. Z mroku wyłoniła się para mroźnobłękitnych oczu, cichych i niewzruszonych niczym powierzchnia samego lodowca. Coś, co miało być ostoją, jej kolumną wsparcia, zmieniło się w kolejny mur. Oczy Sappho szkliły się przybierającą na sile falą uczuć, która próbowała uderzać w lód raz po raz, wybić w nim drogę do serca, jeśli to kiedykolwiek istniało, lecz milczenie Brunona było bezduszne, cięższe od wszystkich jego słów, spojrzeń, uśmiechów.
— Kocham cię — wyznała, kładąc dłonie na swoim podbrzuszu. — I jeśli kiedykolwiek wyobrażałam sobie urodzenie dziecka, to chciałam, by było ono zrodzone właśnie z takiego uczucia.
Tonęła pod falą własnych, napierających łez, patrząc, jak Bruno zbliża się powoli do niej, przysłaniając widok na wszystko; został on i mroźny błękit oceanu, który zgubił ją i zwiódł jak wielu innych przed nią. A ona wciąż wypatrywała cudu, blasku światła w ciemności, gdy ta dotykała ją delikatnie, z duszącą ją litością. Bruno ujął jej policzek, schował go całego w swej dłoni, pogładził skórę z pobłażaniem. I zbliżył się, niespiesznie, pozwalając jej krztusić się tym momentem przez całą wieczność.
Pocałował ją, a Sappho zacisnęła powieki, trzęsąc się pod jego dotykiem, próbując nie załkać w jego usta. Bo ten pocałunek nie obiecywał, że wszystko będzie dobrze, nie dawał nadziei, nie pozostawiał złudzeń. Przypominał stanowczość, z jaką Bruno potraktował ją w czasie ich pierwszego prywatnego spotkania, pewny, że spotkają się ponownie.
Tym razem to było pożegnanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz