Nim się obejrzeli, przeminęły ostatnie dni lata, równie szybko (na szczęście) skończyła się deszczowa jesień, a wkrótce po niej nadeszła mroźna zima. Chatka źle chroniła przed niskimi temperaturami. Dziurawe ściany, nieszczelny dach czy popękane okna stanowiły zaledwie część problemów, z którymi Vaeril i Soren musieli się mierzyć. Na bieżąco jednak starali się naprawiać usterki. Z początkiem zimy udało im się z grubsza doprowadzić do porządku dom. Lodowaty wiatr nie wpadał do pomieszczeń, a kapiąca z sufitu woda wreszcie przestała budzić ich po nocach.
Renowacja chatki wymagała wielu funduszy. Musieli pracować od rana do wieczora, żeby zebrać odpowiednią ilość pieniędzy. Na szczęście Vaeril szybko odnalazł się w roli piekarza. Od zawsze lubił wyzwania. Zajęcia, które wymagały od niego dużego zaangażowania, przyniosły mu wiele przyjemności. Doskonalił się w piekarstwie, a w swoje wypieki wkładał mnóstwo serca. Potrafił przez wiele godzin siedział w kuchni, niestrudzenie ugniatał ciasto czy poprawiał przepisy, aby chleb był jeszcze smaczniejszy. Przy okazji zawsze mógł też liczyć na pomoc Sorena. Wychodziło mu to różnie, ale przynajmniej starał się, jak mógł i to było dla Vaeril’a najważniejsze.
Piekarnia prosperowała więc całkiem dobrze. Doczekała się nawet stałych klientów. Mieszkańcy wioski chętnie zaglądali do niej, aby uzupełnić braki w pieczywie. I to właśnie dzięki wypiekom Vaeril’owi i Sorenowi udało się jakimś cudem ustabilizować swoje życie. Żadnych niespodziewanych przygód, zagrożeń, wrogów depczących po piętach. Tylko ich dwoje i mała chatka na obrzeżach miasteczka. Chociaż dom był niewielki i w niczym nie przypominał pałacowych komnat, stanowił dla nich oazę bezpieczeństwa i szansę na lepszą przyszłość.
W pocie czoła pracowali więc na utrzymanie swojego domostwa i jego remont. Dopiero wieczorem, gdy wszyscy klienci zostali obsłużeni, właściciele piekarni mieli czas na zasłużony odpoczynek. Wtedy z kotem przeskakującym z kolan na kolana, siadali obok siebie na kanapie, przykrywali się kocem i cieszyli się z kolejnego dnia, który udało im się szczęśliwie przeżyć. W kontekście wszystkich ubiegłych wydarzeń, było to nie lada dokonanie.
Tego wieczora dopięli w końcu wszystkie piekarniane obowiązki i z wyraźną ulgą opadli na kanapę, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele. Przynajmniej na początku siedzieli w milczeniu i po prostu cieszyli się swoją bliską obecnością. Soren w skupieniu polerował ostrze puginału, co jakiś czas z uśmiechem przeglądając się w jego odbiciu. W tym samym czasie Vaeril czytał znalezioną podczas sprzątania w graciarni przygodową książkę. Była ona napisana dziwnym, archaicznym językiem, ale elf wciągnął się w przedstawioną historię wystarczająco mocno, że nie potrafił się od niej oderwać już od dobrych kilku dni. Nie dokończył jej tylko dlatego, że wcześniej czy później rozpraszał się i podejmował rozmowę z Sorenem.
Znali się już od dawna. Vaeril wiedział, że niezależnie od sytuacji, zawsze może liczyć na swojego towarzysza. Elf również zrobiłby dla niego dosłownie wszystko. Bez zająknięcia, bez zastanowienia. Mieszkali już ze sobą od dłuższego czasu i po licznych rozmowach, zdali sobie sprawę, że prawie nic o sobie nie wiedzą. Choć od miesięcy byli niemal nierozłączni i zdążyli poznać swoje najdrobniejsze (nawet specyficzne) sekrety, okazało się, że brakowało im wzajemnych informacji o rzeczach najbardziej podstawowych.
Wkrótce więc wieczorną ciszę przerwała rozmowa na najróżniejsze mniej lub bardziej błahe tematy. W trakcie jej trwania Vaeril w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że nie wie o swoim towarzyszu jednej, bardzo ważnej rzeczy.
— Sorenie, kiedy ty właściwie masz urodziny?
Mężczyzna zmarszczył brwi i zaczął się zastanawiać.
— A który dzisiaj mamy?
W czasie ich dawnej podróży daty nie miały najmniejszego znaczenia. Przemierzali kolejne kilometry, nie zwracając uwagi na to, ile dni dokładnie im to zajęło. Czas mijał nieubłaganie, nawet nie starali się go w żaden sposób pochwycić. Dzisiaj było jednak inaczej. Osiadły tryb życia zmusił ich do pilnowania kalendarza. Vaeril zbierał zamówienia, składał dostawy. Musiał wiedzieć, który jest dzień i miesiąc. Dlatego też zajrzał do pełnego wypadających stron notatnika. Wspólnymi z siłami, wraz z Sorenem, udało im się oszacować datę.
— Jedenasty — stwierdził Vaeril, przyglądając się rozpiskom. — Tak, bez wątpienia jedenasty.
Soren milczał krótką chwilę, przyglądając się swojemu obliczu w odbiciu ostrza. Wkrótce jednak wziął głęboki oddech, cicho westchnął i niechętnie odpowiedział:
— Więc wychodzi na to, że jutro.
W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Vaeril przyglądał się swojemu kompanowi przez kilka sekund, aż ostatecznie zdołał wydusić z siebie krótkie:
— Hę?
Wtedy też podniósł się na równe nogi. Zapomniał o śpiącym na kolanach kocie — zwierzak zleciał na ziemię, obudził się i rzucił właścicielowi pytające spojrzenie. Vaeril bardzo szybko poczuł się winny, więc pośpiesznie podniósł pupila i zaczął przepraszająco tulić go w ramionach.
— Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś? — dopytywał Sorena, a w jego głosie wybrzmieć mógł nawet mały wyrzut. — Przygotowałbym coś dla ciebie!
— Nie musisz się tym martwić — zapewnił jego rozmówca, wzruszając ramionami. — Dzień, jak dzień.
Machnął ręką i wrócił do polerowania puginału.
Vaeril jednak nie potrafił tak zwyczajnie odpuścić. Nie należał do ludzi, którzy tak szybko się poddają. Soren był dla niego zbyt ważny. Chciał wreszcie mu podziękować za wszystko, udowodnić, jak specjalne miejsce zajmuje w jego życiu. Elf potrafił sobie wyobrazić, że dawniej urodziny jego towarzysza rozchodziły się głośnym echem. Na jego cześć najpewniej organizowano huczne bale, a goście ze wszelkich stron świata przywozili najróżniejsze cenne prezenty. To musiało być wydarzenie na skalę całego państwa!
Nadeszła noc. Wyczerpani po całym dniu pracy wspólnie uznali, że przyszedł czas na sen. Jednak pomimo zmęczenia, Vaeril nie potrafił zasnąć. Mijały godziny, a on kręcił się z boku na bok. Nawet ciepło leżącej obok niego osoby wyjątkowo nie działało na niego kojąco. Elf miał zbyt wiele myśli w głowie, aby zmrużyć oczy. Stąd ostatecznie, najciszej jak tylko potrafił, podniósł się z łóżka.
— Śpisz, Sorenie?
Nie odpowiedział. Pogrążony w głębokim śnie, oddychał spokojnie i rytmicznie. Vaeril przyglądał mu się przez chwilę, aż ostatecznie podjął decyzję i wyszedł spod ciepłej kołdry.
Zszedł na parter, gdzie zapalił kilka świec. Wyciągnął starą, pożółkłą książkę kucharską, z której nauczył się piec chleb i zaczął wertować strony. Szukał przepisu na ciasto. Nigdy wcześniej nie miał okazji piec słodkich wypieków, chociaż kiedyś zastanawiał się, czy nie powinien się tego nauczyć i na stałe wprowadzić słodkości w asortyment piekarni. Porzucił jednak ten pomysł, bo brakowało mu zarówno czasu, jak i funduszy. Skrycie obawiał się też, nie ma też wystarczająco talentu, aby w ogóle piec ciasta.
Rzeczywistość nie pozostawiła mu jednak wyboru. Musiał stanąć na wysokości zadania i wyjść poza strefę swojego komfortu kulinarnego. Pieczenie ciasta i chleba nie mogło się jakoś bardzo różnić, prawda?
Wczytując się w stary przepis, przygotował wszystkie potrzebne składniki. Gdy udało mu się zgromadzić na blacie wszystkie składniki, Vaeril zakasał rękawy i zajął się przygotowywaniem masy na ciasto. W dużym skupieniu odmierzał proporcje i mieszał je z dużym wyczuciem (oraz nadzieją, że wypiek będzie jadalny). Przelał płynne ciasto do brytfanki, a następnie włożył je do rozgrzanego wcześniej pieca. Modlił się, aby biszkopt wyszedł dobry.
Czasem jednak nawet błagalne prośby nie wystarczają. Ciasto ostatecznie opadło. Vaeril wyciągnął je z pieca i przez kilka minut w konsternacji wpatrywał się w tę kompletną klapę. Pierwsza próba wypieków zakończona niepowodzeniem. Perfekcyjny zakalec.
Elf nie chciał nawet wyobrażać sobie, jak wyglądały torty, które dawniej Soren musiał dostawać. Pewnie z okazji jego urodzin wzywano do stolicy najzdolniejszych piekarzy z całej okolicy. Gdyby zobaczyli oni wypiek Vaeril’a, niewątpliwie wszyscy zeszliby na zawał.
Nie było sensu, aby marnować więcej składników. Vaeril z żalem musiał zaakceptować swój wypiek. Wiedział, że nieważne, jak bardzo by się starał, żaden kolejny nie wyjdzie mu lepiej. W jedną noc nie nauczy się piec. Nie miał wyjścia. Pozostało mu jedynie podjąć próbę doprowadzenia tego ciasta do odrobinę lepszego stanu. Wiedział, że nie będzie ono najlepszą rzeczą, jaką Soren spróbuje (jeśli spróbuje), ale przynajmniej miał nadzieję, że się nim nie zatruje.
Zajął się przeszukiwaniem kuchennych szafek. Zostało w nich wiele przedmiotów pozostawionych jeszcze przez byłego właściciela — w tym pokaźny zbiór przetworów. Vaeril zaczął przeglądać słoiki. Szukał dżemu albo czegokolwiek innego, czym mógłby przełożyć ciasto. Skrupulatnie upewniał się, że przypadkiem nie ma rękach niczego, co zawiera w sobie truskawki. Ostatecznie zdecydował się na powidła śliwkowe.
Przeciął ciasto w połowie i nim złożył je ponownie, posmarował środek słodkim nadzieniem. Użył też odnalezionych powideł, aby ozdobić nimi wierzchnią część tortu. Miał nadzieję, że dzięki temu nie będzie on wyglądać okropnie.
Niestety wyglądał. Vaeril dłuższą chwilę przyglądał się swojemu wypiekowi. Ukrył twarz w dłoniach. Brakowało mu słów, aby opisać to nieszczęście. Mimo starań i najlepszych intencji, obawiał się, że to ciasto nie nadaje się do jedzenia.
Niczego tak nie pragnął, jak tego, aby wyprawić Sorenowi urodziny. Chciał podziękować mu za wszystko, co dla niego zrobił. Nie mógł jednak tego zrobić tylko przy pomocy ciasta, które nie dość, że było zakalcem, to jeszcze rozsuwało się na boki. Istna katastrofa.
W tej samej chwili Vaeril uświadomił też sobie, że nie ma dla Sorena żadnego lepszego prezentu. Nie wiedział nawet, skąd mógłby jakikolwiek dla niego zdobyć. Po pierwsze był środek nocy, więc wszystkie sklepy pozostawały zamknięte. Po drugie, nawet jeśli udałoby mu się znaleźć jakiś otwarty przybytek, nie miałby pieniędzy, aby kupić towarzyszowi cokolwiek wyjątkowego. Wprawdzie mieli odłożoną pewną sumę monet, ale były to oszczędności, które Soren zdobył za sprzedaż swojej obrączki. Vaeril nie chciał ich ruszać. W końcu, co to za prezent, jeśli samemu się za niego zapłaciło? To było wykluczone.
Nie potrafił się nie przejmować. Najważniejsza osoba w jego życiu miała swoje święto. Musiało być idealnie, ale nic nie szło po myśli elfa. Tort wyglądał, jakby ktoś już go zjadł i wypluł, a prezent nawet nie istniał.
Z głośnym westchnieniem Vaeril oparł się o blat stołu i pomasował skronie. Żałował, że wcześniej nigdy nie zapytał Sorena o datę jego urodzin. Gdyby tylko miał więcej czasu, przygotowałby coś lepszego…
Wtedy też poczuł lodowate zimno pod swoją koszulą nocną. Otrząsnął się, rozbudzony nagłym nieprzyjemnym uczuciem. W pośpiechu chwycił za rzemyk, pociągnął za niego i wyciągnął zawieszony na szyi srebrny medalik. Chłód metalu przeniknął przez jego skórę niemal do szpiku kości.
Na samym początku podróży Vaeril trzymał swój medalion w kieszeni. Później, w obawie przed jego utratą, zawiesił go na sznurku i zaczął nosić na sobie. Dzięki temu ryzyko zgubienia błyskotki zostało ograniczone. Przetrwała z nim do dzisiaj i towarzyszyła mu w trakcie wielu mniej lub bardziej przyjemnych przygód.
Vaeril zaczął obracać w palcach medalik. Jeleń, herb jego rodziny, ponownie rzucał mu oceniające spojrzenie rubinowych oczu. Elf nie potrafił tego znieść. Zawsze wtedy zaczynał zastanawiać się, czy wybory, które podejmował były słuszne. Czuł się wtedy nieswojo.
Amulet stanowił jego ostatnią rodzinną pamiątkę. Tylko tyle Vaeril’owi pozostało. Teraz ród Iversenów liczył jedynie dwie osoby, a co gorsza, były one ze sobą śmiertelnie skłócone. Oprócz więzów krwi, nic już braci nie łączyło. Vaeril podjął swoją decyzję i do dzisiaj niczego nie żałował.
Medalik lśnił w bladym świetle świec. Płomienie tańczyły w rubinowych oczach jelenia. Vaeril cicho westchnął. Była to jedyna rzecz, jaką posiadał na własność. Jaką posiadał niemal od zawsze.
Vaeril zdawał sobie sprawę, że przedmiot nie ma wartości wyłącznie sentymentalnej. Było to w końcu czyste srebro ozdobione drogocennymi kamieniami. Wielu jubilerów zapłaciłoby mu za medalik niemałą sumę. Znaczy się, na pewno nie miał takiej wartości, co obrączka Sorena, ale zawsze coś.
Mimo wszystko elf nie wiedział, czy byłby w stanie spieniężyć swoją jedyną rodzinną pamiątkę. Wprawdzie z ostatnią osobą z rodziny nie zamierzał utrzymywać żadnych kontaktów, to medalik wciąż stanowił przedmiot, który towarzyszył Vaeril’owi niemal od zawsze. Musiał przyznać z niemałą niechęcią, że nie potrafiłby sprzedać amuletu — niestety wciąż był dla niego zbyt ważny.
Ale może Soren dałby radę to zrobić?
Pomysł ten sprawił, że Vaeril poczuł się odrobinę lepiej. Właśnie zdobył idealny prezent — błyszczący, niebanalny i co najważniejsze, naprawdę cenny. Jeśli Soren tylko tego zechce, będzie mógł go sprzedać i kupić za zdobyte pieniądze cokolwiek, co tylko zapragnie.
Ręka Vaeril’a drgnęła nieznacznie, gdy ściągnął medalik z szyi. Odwrócił wzrok, aby nie patrzeć więcej na oceniającego jelenia. Znalazł ładny papier i najstaranniej, jak tylko potrafił, zapakował prezent. Zostawił go obok nieszczęsnego tortu. Miał nadzieję, że niespodzianka spodoba się Sorenowi.
Zmęczenie wreszcie go dopadło. Vaeril nawet nie dał rady wrócić po schodach do sypialni. Opadł na kanapę, gdzie nim zdążył przykryć się kocem, po prostu zasnął.
Długi odpoczynek nie był mu jednak dany. Słońce ledwo zeszło, gdy obudziły go kroki. Soren schodził po schodach. I wcale nie robił tego cicho. Vaeril na dźwięk zbliżającego się mężczyzny ziewnął i podniósł głowę.
— Coś się stało? — zapytał niepewnie Soren, pochylając się nad kanapą. — Jesteś na mnie zły, że śpisz tutaj?
Słysząc to zmartwienie, elf zaśmiał się cicho. Pokręcił głową i podniósł się z pozycji leżącej.
— Nie, wszystko jest w porządku — zapewnił Vaeril, przecierając oczy. — Po prostu musiałem zrobić kilka rzeczy.
Nie tłumaczył nic więcej, tylko zaprosił Sorena do kuchni. Tam poprosił go, aby zajął miejsce przy stole. Vaeril zastanawiał się, czy powinien pokazywać upieczony tort. Chociaż nazwanie tego „tortem” było… dużym naciągnięciem. Ostatecznie wyciągnął ciasto, wierząc, że liczą się starania.
— Gwarantuję, że smakuje lepiej, niż wygląda — powiedział, stawiając wypiek na stole przed Sorenem. — Chociaż nie. Niczego nie gwarantuję.
Mężczyzna przyglądał się chwilę w milczeniu ciastu, nie kryjąc swojego zaskoczenia.
— Naprawdę nie musiałeś…
— Musiałem! — zapewnił gorliwie Vaeril. — A ściślej mówiąc, po prostu chciałem.
Nie tłumacząc nic więcej, zajął się krojeniem ciasta. Nie było ono wyrośnięte, wyglądało dość żałośnie. Ale przynajmniej ładnie pachniało powidłami. Smakowało też wcale nie tak źle.
Wreszcie przyszedł czas na prezent. Vaeril nie wahał się nawet przez chwilę. Zdążył już przemyśleć wielokrotnie swoją decyzję wcześniej. Miał wielką nadzieję, że upominek spodoba się Sorenowi. Powierzał mu coś ważnego. Ale jemu mógłby powierzyć cały swój świat.
Solenizant chyba nie spodziewał się dalszych niespodzianek. Mimo tego z uśmiechem na ustach zajął się rozdzieraniem papierowego opakowania. Gdy jednak tylko zobaczył, co skrywa opakowanie, zamarł w miejscu i spojrzał na Vaeril’a.
— Nie mogę tego przyjąć — powiedział niemal od razu, w chwili gdy rozpoznał lśniący przedmiot.
Prawdę mówiąc, Vaeril nigdy nie wyjaśniał, czym medalion właściwie jest i jak wiele dla niego znaczy. Mimo tego nosił go każdego dnia, odkąd tylko się poznali, co mówiło o jego wartości samo za siebie. Soren musiał niejednokrotnie widzieć go na szyi elfa — gdy ten się przebierał czy szykował do kąpieli. Wprawdzie Vaeril nie rozstawał się z nim nawet na chwilę. Nigdy nie nie ukrywał jego istnienia.
— To prezent, więc nie możesz mi go oddać — mówiąc to, Vaeril złapał za dłonie Sorena i ścisnął w nich medalion, jakby chciał uniemożliwić mu zwrot. — Teraz jest twój. Możesz zrobić z nim wszystko, co chcesz. Zatrzymaj go, załóż, schowaj, wyrzuć albo nawet sprzedaj. Teraz wszystko zależy od ciebie.
Nie wiedział dlaczego, ale wypowiadając te słowa, jego głos mimowolnie zadrżał. Soren zdawał się to usłyszeć. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, Vaeril mocniej zacisnął uścisk na jego dłoniach i kontynuował:
— Po prostu… jesteś dla mnie naprawdę ważny. Chciałem podarować ci coś wyjątkowego, aby choć trochę podziękować ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. — Tu zatrzymał się na chwilę, aby złapać oddech i uspokoić myśli. — Odkąd się znamy, rzadko miałem czas, aby zrobić dla ciebie coś naprawdę miłego. Teraz nadarzyła się okazja i nie mogłem jej przegapić. Może nie wszystko poszło po mojej myśli, ale… chcę żebyś wiedział, że z całego serca życzę ci tego, co najlepsze. Wiem, że los wciąż rzuca nam kłody pod nogi z każdym cholernym krokiem, więc tym bardziej zasługujesz na same dobre rzeczy. I to nie tylko dzisiaj z okazji urodzin, ale już zawsze. Spełnienia marzeń, Sorenie.
Mówił to, nie odrywając wzroku od oczu swojego towarzysza. Gdy tylko skończył, wziął głęboki oddech i bez ostrzeżenia rzucił się na szyję mężczyzny. Krzesło, na którym siedział, przechyliło się do tyłu, na tyle mocno, że prawie wylądowali na ziemi. W ostatniej chwili udało im się odzyskać równowagę i spocząć w swoich objęciach.
Vaeril uścisnął go najmocniej, jak tylko potrafił. Nie chciał go wypuścić. Czuł, jakby trzymał teraz w swoich drżących ramionach cały swój świat. Nie chciał, aby ta chwila kiedykolwiek się kończyła.
— Wiesz, jeśli nie chcesz, nie musisz jeść tego ciasta — wyszeptał Sorenowi do ucha, wciąż nie przerywając czułego uścisku. — Ale proszę, zatrzymaj medalik, dobrze? Wiem, że w twoich rękach będzie najbezpieczniejszy na całym świecie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz