Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

13 września 2026

Od Ignisa do Azury

Trzeci dzień i nic.
Ignis wiedział, czego sobie życzy, wiedział, dokąd ta melodia ma zmierzać, niemal czuł jej kształt pod palcami, a mimo to z głośników wciąż wydobywało się coś wybrakowanego. Coś się zgubiło, próbowali to razem znaleźć, ale Ignis miał wrażenie, że im dłużej szukają, im więcej zmieniają, tym bardziej odchodzą od pierwotnego pomysłu i piosenka, zamiast ewoluować, mutuje w coś, co przestawało należeć do nich. Raam raz po raz przekładał rytm, jak kucharz ratujący potrawę kolejną szczyptą przyprawy, aż danie robi się niejadalne. Ioannis poprawiał na klawiszach tę samą frazę raz za razem, jak szkic poprawiany tak długo, aż papier zaczyna się przecierać. Arieth przestawiał akordy niczym figury na szachownicy, ruch po ruchu, a mat wciąż mu się wymykał. Seymour rozbierał kawałek na części i składał go z powrotem, dokręcając każdą śrubkę, jak mechanizm, który wciąż uparcie nie chce działać. Kawałek nie był zły, nie był jednak idealny i nikt nie mógł z czystym sumieniem powiedzieć tego, na co wszyscy czekali – że tak, to już jest to.
Nie pierwszy raz wbili się w ścianę, nie pierwszy raz frustracja rosła, gdy nic nie przynosiło rezultatu – naturalny element procesu twórczego, gdy nie zamierzali zadowolić się półproduktem, czymkolwiek poniżej doskonałości. Zawsze w końcu udawało się z tego wyjechać, lecz dopóki tkwili w impasie, żaden nie potrafił wzruszyć ramionami, powiedzieć że to chwilowe, zająć się czymś innym. Niedokończona piosenka dźwięczała pod czaszką na sto różnych sposobów i żaden nie był tym właściwym.
Ignis kochał muzykę bardziej niż cokolwiek na świecie, ale muzyka była teraz również jego pracą. A do pracy doczepiało się mnóstwo rzeczy, które z samym graniem nie miały wiele wspólnego – cudze oczekiwania, plany wydawnicze, koncerty rozpisane rok naprzód – i w takie dni jak ten potrafiły przeważyć nad tym wszystkim, co dawało mu samo granie. Kiedyś, gdy grywał po ulicach, a w lodówce najczęściej miał tylko światło, muzyka należała wyłącznie do niego – grał, kiedy chciał i co chciał, i nikt nie stał nad nim z terminem ani z płytą, która miała się ukazać na wiosnę. Różnie na tym wychodził, niczego nie żałował.
W takie dni nie pomagała kolejna godzina z gitarą ani zaciskanie zębów nad tym samym kawałkiem. Pomagało co innego – obcowanie ze sztuką, lecz taką, która nie wiązała się dla niego z żadnymi obowiązkami. Nie był w niej ekspertem, nie musiał się znać, nie musiał być idealny, na dobrą sprawę nie musiał niczego tworzyć, dawać z siebie. Obraz nie stawiał terminów i nie czekał, aż Ignis przeskoczy własny cień. Wystarczyło mu przed nim stanąć, patrzeć i po prostu brać.
Skończyli tamtego dnia tylko trochę po ustalonej godzinie, nie parę godzin po niej, jak wtedy, gdy muzyka sama się pisała, mieli flow, nikt nie chciał kończyć. Ioannis, ich głos rozsądku, powiedział w końcu to, każdy wiedział, że jest prawdą, ale żaden nie chciał, żeby nią było – że dalsze siedzenie w studiu nie ma sensu i lepiej im skończyć na ten dzień, rozejść się każdy w swoją stronę, dać głowie odsapnąć i wrócić z nową energią.
Ignis odłożył gitarę, wygrzebał z kieszeni kurtki breloczek. Dostał to paskudztwo od Seymoura – małego, wrednego rekina, szczerzącego zęby w upiornym półuśmiechu i straszącego trójkątnymi płetwami. Ktoś kompletnie pozbawiony gustu zapewne uznałby to cholerstwo za urocze, jednak Ignis nadal krzywił się na jego widok. Odszukał ten trupio blady brzuch i przesunął po nim opuszkiem. Rekin drgnął mu w dłoni, twarz przeszło znajome mrowienie, a żar wycofał się z tęczówek, ustępując miejsca czemuś matowemu i zielonemu. W szybie przy drzwiach mignął mu ktoś obcy, pierwszy z brzegu facet w wytartej kurtce, o nieco innych rysach, którego nikt nie zaczepiłby o autograf.
Motor został pod studiem. Motor dawał prędkość i wolność, sprawiał, że świat zmieniał się w rozmytą smugę barw, ograniczenia nie istniały i wszystko wydawało się odległe, kiedy to on decydował, pewnie zaciskając dłonie na kierownicy. Lecz nie tego teraz Ignis potrzebował. Nie chciał decydować, uwalniać się od świata i robić po swojemu, ledwie zwracając uwagę na szczegóły. Przeciwnie – potrzebował, by na to jedno popołudnie zmienić się w coś przejrzystego i pustego, żeby to świat coś mu dał, co będzie mógł po prostu potrzymać chwilę w dłoni i wypuścić.
Szedł, gdzie poniosły go nogi, a miasto sunęło obok serią ulotnych dioram: kobieta niosąca przed sobą wielki bukiet i co chwila chowająca w nim twarz, dzieciak balansujący na samej krawędzi krawężnika jak na linie, z językiem wysuniętym z przejęcia, starszy pan karmiący gołębie, mówiący do nich łagodnie, jak do wnuków. Ignis nie musiał o niczym myśleć. Szedł, a wybrakowany kawałek stopniowo wyciekał, w głowie robiło się coraz ciszej.
Minął drzwi, dopiero po chwili zrozumiał, co za nimi było.
Ceglana kamieniczka stała na obrzeżach, tam gdzie miasto już się przerzedzało i oddawało pole drzewom. Z ulicy równie dobrze mogła uchodzić za czyjś dom – za szybą stał tylko jeden obraz na sztaludze, a ze środka sączyło się na chodnik miękkie, ciepłe światło. Trzeba było chcieć to miejsce zauważyć. Ignis przystanął pół kroku dalej, cofnął się, zajrzał przez szybę. A potem pchnął drzwi.
Cisza nie przypominała tej ze studia, będącej zawsze preludium dla dźwięku, rozmów, śmiechu. Rozsnuwała się wokół Ignisa ciężarem, który nie przytłaczał, lecz nakazywał zwolnić, zatrzymać się, pozwolić myślom ułożyć się w harmonii, oderwać od wszystkiego, co kotłowało się za szklanymi drzwiami, a nie miało przystępu tu, do wnętrza galerii. Barwa ścian sprawiała, że zdawały rozmywać się wraz z sufitem i podłogą, potęgując uczucie znalezienia się w przestrzeni pomiędzy, w której każda fotografia była oknem prowadzącym do innego świata.
Ignis przypatrzył się źdźbłom dzikiego zboża pochylającym się o poranku, połączonym kruchym witrażem pajęczyny. Mgła skrystalizowała w opalizujące paciorki, obróciła coś zwyczajnego w arcydzieło, lecz natura nie przypominała artystów pragnących, by ich prace przetrwały. Wprawne oko mogło dostrzec, że już w tej ulotnej chwili krople parują, słońce wstaje i po lśniących diamentach rosy niedługo zostanie jedynie wspomnienie.
Kolejna fotografia – blask zimnych ogni rozświetlający mrok, złote iskry opadające w ciemność. Prosta kompozycja niosła w sobie niezadane pytanie, gdy tak niewiele paliwa zostało jeszcze na druciku, a dłoń trzymająca srebrzysty patyczek okryta była pergaminową, pomarszczoną skórą.
Ignis przeszedł kawałek dalej, obejrzał kolejne fotografie. Niespecjalnie zwracał uwagę na pojedyncze osoby również odwiedzające galerię, zresztą nie było ich wiele o tej porze. Myśli oderwały się już kompletnie od problematycznego kawałka, a cisza, która po tym nastąpiła, zaczęła wypełniać się pierwszymi przebłyskami pomysłów.
Nowa fotografia i Ignis przystanął na dłuższą chwilę. Park, ale stary i zapuszczony, w nim zaś amfiteatr, odlany z prostego betonu, pomalowany kiedyś w pogodne kolory, teraz odłażące płatami, gdy sam materiał kruszył się pod coraz to nowymi kaprysami pogody. Zbliżający się deszcz sprawiał, że całość tchnęła nostalgią za tą barwną przeszłością, za muzyką i śmiechem dzieci brykających po parku, odległym wspomnieniem, które już nigdy nie powróci.
Zrobił krok, odwrócił się, jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem jakiejś kobiety, więc naturalnie, Ignis odezwał się do niej, kompletnie bez namysłu.
— Cała wystawa jest o ulotności, przemijaniu i rzeczach, których już nie ma, albo za moment znikną — powiedział, gestem obejmując galerię. — To powinno napawać człowieka smutkiem i żalem, tak sądzę, ale szczerze to nie mogę pozbyć się takiego myślenia, że rzecz bywa najpiękniejsza nie pomimo tego, że zaraz przeminie, tylko właśnie dlatego. — Uśmiechnął się. — Zawsze miałem takie poczucie i dopiero kolega mi uświadomił, że jest na to profesjonalne określenie. Mono no aware.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz