Ognisty ból rozniósł się po całej długości kręgosłupa, wchłonął w tkankę mięśniową, w kości i krew, na dłuższy moment pozbawiając najemnika jakiejkolwiek namiastki kontroli i pozwalając znękanemu cielsku runąć na ziemię wraz z drewnianym, lakierowanym stolikiem. Asher jęknął, chwilowe zamroczenie wyparło chroniącą przed bólem adrenalinę, a kilka pojedynczych kosmyków siwego włosa wypadło z niesfornego koka, przykleiło się do mokrych od potu skroni, rozciętej i krwawiącej brwi. Poczuł, jak jego własne wnętrzności wykręcają się w agonii, jak cała zawartość żołądka podchodzi do gardła i jak tworzące się z wolna na ciele sińce drażnią, parzą niczym rozżarzone żeliwo. Rozum błagał, by zaprzestał. By zapomniał o palącej żałości i rozrywającym pierś gniewie. By zrozumiał i odszedł, nie narażając się na kolejne boleści, kierowane w jego stronę ciosy. Pochłonięte emocją serce wypędzało jednak zdrowy rozsądek, rozkazując mu wstać i raz jeszcze przygotować się do niezakończonej wciąż walki.
Spodziewał się, że nieznajomy nie będzie łatwym do pokonania oponentem. Spodziewał się dłuższego starcia, spodziewał oszałamiających uderzeń, mniej czystych zagrywek. Figura postawnego wampira mówiła sama za siebie. Szerokie ramiona, twarda pierś, pokrywające szczękę blizny i ciemne, doskonale pamiętające przeszłe niesnaski, knykcie. Aurelion od zadania pierwszego ciosu wiedział, na co się pisze.
I to mu odpowiadało: błogie uczucie zapomnienia, które przynosił za sobą ból, gdy buzująca w żyłach krew wypierała natrętne myśli, toczące umysł smutki, rozczarowania i zwykłą beznadzieję; krótka chwila, która pozwalała nasycić się drzemiącą w dłoniach siłą, poczuciem jakiejkolwiek kontroli, przydatności we własnym życiu i zatruwanym obojętnością świecie. W Vardelii kufel kwaśnego piwska i bijatyki z napotkanymi w karczmach chwatami były jedynym lekarstwem ratującym go przed zlewającymi się godzinami w nieodstępującym go poczuciu winy i pustki po brutalnej utracie każdego, kto kiedykolwiek był mu bliski. Przez moment, chwilę, w której nikły pierwiastek nadziei przebił się do jego umysłu, do serca przygniecionego rezygnacją i żałością, był przekonany, że ból i umazane krwią skronie nie są mu dłużej potrzebne, by zaprzestał karmić się kwaśną trucizną wyrzutów sumienia. Jednak ten moment minął. Nietrwały, ulotny, płytki. Pozostawiony we wczoraj wraz z każdym jego uśmiechem, jego ciepłym spojrzeniem, jego przyjemnym dotykiem rozgrzanych ust.
Asher rozejrzał się po lokalu, po porozrzucanych wokół stołkach i siedziskach, zatrzymując spojrzenie na jednym z drewnianych stolików. Kątem oka zerkając w stronę swego oponenta, uniósł się ciężko z podłogi, czując ból w każdej kończynie swego ciała, w każdym naciągniętym mięśniu, chrupiących ścięgnach. Wampir, choć nieuchronnie zbliżał się w stronę najemnika, cały czas obserwując jego marne próby podniesienia się z ziemi, nie spieszył z przedostaniem się do siwowłosego. Asher sapnął, złapał za lakierowaną nóżkę, resztkami sił oderwał ją od okrągłego blatu. I mimo to, mimo iż Handrahan wyraźnie nie odpuszczał, gotów ich starcie pociągnąć do punktu, w którym któryś z nich nie straci ostatecznie kontaktu ze światem wokół, nieznajomy nie reagował. Cwany uśmieszek zdradzał czerpaną z ich niesnaski ekscytację, buzujący w mroźnych tęczówkach płomień oznajmiał o zakorzenionym w umyśle entuzjazmie.
Musiał chcieć więcej. Zupełnie, jak i więcej chciał sam Aurelion.
Wykorzystawszy chwilę, nieuchronnie zmierzającego ku końcowi, spokoju i zacisnąwszy mocniej dłoń na smukłej nóżce stołka, upewnił się raz jeszcze w chwycie posiniaczonych palców, w leżącym w dłoni ciężarze. Prosty kawał drewna nijak miał się do wyrzeźbionej rękojeści miecza, masie naostrzonej stali, łyskającej w świetle klingi. Zupełnie jednak wystarczył, by i Aurelion zasięgnął wpojonych w kończyny nauk; by pozwolił mięśniom działać za niego, by zdał się na utrwalone w ich tkankach ruchy oraz ataki, by również sobie dał jakąkolwiek szansę przeciwko mężczyźnie, który w odróżnieniu od najemnika wydawał się czerpać z doświadczenia nie tylko hobbystycznego – o ile chaotyczne starcia w miejscach publicznych można jakkolwiek hobbystycznymi określić – ale i również zawodowego, całkowicie profesjonalnego.
Siwowłosy pokręcił głową, próbując wyzbyć się z umysłu mamiących, podsuwanych mu przez płynący we krwi alkohol, obrazów. Doskonale potrafił sobie wyobrazić niezadowolone spojrzenie głęboko błękitnych tęczówek. Usta ułożone w pełnym odrazy grymasie, ściągnięte w złości brwi, skrzyżowane na piersi ręce oraz to malujące się cieniem rozczarowanie w oczach, którym myślał, że może całkowicie zaufać i w których każdego wieczora tonął coraz bardziej, szukając w ich morskich głębinach jakiegokolwiek miejsca dla siebie.
Lilian nie znosił Aureliona w takim stanie. Przebrzydle upadłego, straconego, bez nadziei i z bólem, który, choć trawił każdy zakamarek jego serca oraz każdy zakamarek jego umysłu, był bólem znanym – domem, do którego powrotu nigdy nie chciał, a który w porównaniu z tą dziwną, rodzącą się gdzieś w piersi emocją, wydawał się jedyną ostoją gwarantowanego bezpieczeństwa. Nie znosił patrzeć na niego, gdy kolejny raz się potykał. Gdy raz jeszcze dosięgały go macki przeszłości, znów wpijając się w barki ohydnym poczuciem winy, całkowitej beznadziei.
Chciał go wyłącznie wtedy, kiedy mu odpowiadał. Nigdy jednak, gdy Aurelion sam pragnął wreszcie poczuć się chcianym.
Wziął głęboki wdech, przyjął odpowiednią postawę. Nie da sobą pomiatać kolejnemu byle frymuśnemu skurwysynowi. Tak, jedyne czym w tej chwili różnili się w aurelionowych, smutnych oczach to fakt, że temu potrafił przypierdolić. Drugiemu już nie.
Asher zrobił ostrożny krok do przodu w niemej nadziei, iż wampir, dostrzegając przejawy jakiejkolwiek reakcji ze strony nieprzyjaciela, potraktuje je niczym swoiste zaproszenie – kolejną szansę na atak, nim ten drugi sam zdecyduje się wykonać pierwszy ruch. Nieznajomy puścił się pędem w jego stronę, ominął zwinnie leżące na ziemi pozostałości kilku stołków i pochylił do przodu, zupełnie jakby zechciał naprzeć na Ashera całym ciężarem swojego postawnego cielska, dzierżoną we wszystkich mięśniach ciała siłą. Aurelion odskoczył do tyłu, zrobił dwa kroki w bok, raptem unikając morderczego uścisku blondyna. Drewniana nóżka stolika, przed chwilą jeszcze znajdująca się po lewej stronie nieznajomego, uderzyła w prawy bok, prosto w żebro, mierzwiąc niechronioną mięśniem skórę i obite pod spodem kości. Wampir zaklął coś pod nosem, dłoń automatycznie powędrowała ku źródłu bólu. Cień drwiącego uśmiechu przemknął gdzieś przez pobladłą twarz najemnika.
— Skurwysynie — mruknął wysoki blondyn, z wolna opadając na usłaną drzazgami podłogę. — Zasrany, zajebany.
Obserwując stękającego chwata, zadowolony z rezultatu bezbłędnie wykonanej finty, odstąpił na krok i raz jeszcze zamachnął się wystrzępioną kantówką, gotów wykonać niskie, dobrze kontrolowane uderzenie w lewą łydkę zgiętego przeciwnika. Nim jednak trzymany w ręku najemnika zastępnik ostrza dosięgnął swego celu, Aurelion poczuł w okolicach kostki obcy, niechciany uścisk. Runął na ziemię razem z drewnianym, odbijającym się od twardego, barowego parkietu, drążkiem.
— Kurwa — wysapał, unosząc się na przedramionach, chcąc jak najszybciej wrócić do pozycji pionowej, z powrotem złapać za broń, kontynuować atak i nacierać, wyłącznie nacierać. Ciężar drugiego mężczyzny spadł jednak na niego zupełnie niespodziewanie. Obcy łokieć przycisnął bladą twarz do ziemi, masa piersi przydusiła tułowie, a uda – mogłoby się zdawać, dwa razy szersze i mocniejsze od tych jego własnych – unieruchomiły wierzgające najemnika nogi. W przeniesionej na posadzkę przepychance wyglądali bardziej, jak turlające się w piaskownicy dzieci, niżeli dwójka rosłego chłopa.
Zdecydowanie nie tego mężczyzny spodziewał się na sobie Asher, gdy słońce znikało wreszcie za horyzontem miasta, a ciemności wieczoru wciskały się w mieszkania stellairczyków z niemą obietnicą dotrzymania tajemnicy.
— I co, bystrzaku? — Blondyn poprawił się nieco, ciało siwowłosego jeszcze mocniej wciskając w usypaną wiórami podłogę. Asher warknął przez zaciśnięte zęby, na oślep próbując uczepić się dłońmi rąk przeciwnika. — Kończymy wreszcie ten teatrzyk, czy dalej będziesz cwaniaczył?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz