Wśród tej niezrozumiałej i nieznośnej kakofonii dźwięków Song An nie potrafił pozbierać myśli. Wszystko go rozpraszało. Rozglądał się wokół swojej osi, prawie tracąc równowagę pod naciskiem setek barw, kształtów i rażących w oczy świecidełek. Miał wrażenie, że znajduje się w naprawdę przepięknym śnie! Właściwie brakowało mu słów, aby opisać wszystkie te zjawiska. Świat śmiertelników zachwycał go na każdym kroku coraz to bardziej!
Musiał jednak wysilić resztki swojej marnej umiejętności koncentracji. Skierował spojrzenie na zbliżającego się do nich pochodu koboldów. Song An szczególnie nie potrafił oderwać wzroku od przewodzącego nimi osobnika. Wyglądał doprawdy zjawiskowo! Miał na sobie koszulkę (bardzo podobną do tych, które nosił Merlin) i najprawdziwszą na świecie koronę (przynajmniej zdaniem Song Ana)! Znajdowały się w niej wielokolorowe kryształki, które lśniły tak pięknie, że trzeba było mrużyć oczy, aby nie oślepnąć!
— Woah, to jest dopiero prawdziwy przywódca! — szepnął Song An z zachwytem. Uśmiechnął się szeroko. — Wygląda na kobolda kultury! Na pewno uda nam się z nim dogadać!
Wkrótce pochód zbliżył się na tyle blisko, że widać było każdą błyszczącą łuskę na ciałach tych niezwykłych stworków. Zatrzymali się oni tuż przy ognisku, rzucając swoim niespodziewanym gościom ciekawskie spojrzenia. Ich bystre oczka nie spuszczały wzroku z dwóch młodzieńców. Nie poczyniły żadnych kolejnych kroków, dlatego Song An postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
Wiedział, jak obchodzić się ze szlachetnie urodzonymi jednostkami. Niegdyś jego mistrz wiele opowiadał mu o spotkaniach z arystokracją czy innymi znakomitymi bóstwami. W takich sytuacjach każde słowo i gest miały ogromne znaczenie!
Z tego też powodu, gdy tylko ów znakomity przywódca koboldów znalazł się tuż przed Song Anem, boski sługa ukłonił się tak nisko, że jego włosy niemal dotknęły ziemi. Zerknął przy okazji na Merlina, dając mu znak, aby postąpił tak samo.
— Oh, przewspaniały! — przywitał go Song An, a jego głos odbił się echem po jaskini. Tym samym zwrócił na siebie uwagę wszystkich. — Dziękujemy uniżenie za możliwość schowania się przed ulewą w twoich fenomenalnych włościach! Jesteśmy wdzięczni za twoje łaskawe serce, wasza wysokość!
Kobold szerzej otworzył złote ślepia. Wydawał się być zadowolony z pochlebstw — wypiął łuskowatą pierś i poprawił zsuwającą mu się z głowy złotą koronę.
— Przyjemność po stronie mojej! — odrzekł dumnie. Machnięciem ogona dał znać, aby przybysze wyprostowali się. — Co sprowadza?
Merlin i Song An wymienili się spojrzeniami. Mieli swoją misję i wreszcie nadarzyła się okazja, aby rozwiązać sprawę zaśmieconego lasu prosto u źródła problemu. Kobold-przywódca wyglądał na całkiem rozumnego. Istniał więc cień szansy, że weźmie sobie prośbę przybyszy do serca.
— Najdoskonalszy władco — zaczął Song An, delikatnie zadzierając głowę. — Przybywamy w imieniu Wiekowego Drzewa w roli posłańców. Zwracamy się do ciebie, o legendarny, z przeogromną prośbą.
— Prośbą? — powtórzył ciekawsko kobold. Pokręcił łuskowatym łbem, a źrenice jego lśniących ślepi rozszerzyły się. — Mówić, mówić.
Chłopcy wymienili się spojrzeniami. Wyglądało na to, że zostaną wysłuchani! Koboldy wydawały się być skore do negocjacji, a więc to była ich szansa na rozwiązanie leśnego problemu!
— Mówimy to z głębokim żalem, ale chodzi o… — Tym razem rolę dyplomaty przejął Merlin. Zawahał się na chwilę, ale po krótkim zastanowieniu dodał: — Porozrzucane wśród leśnej gęstwiny skarby. Czy bylibyście tak wspaniałomyślni, aby nie zostawiać ich… wszędzie?
— Wiemy, że prosimy o nazbyt wiele, ale szanowne Wiekowe Drzewo usycha z rozpaczy, widząc, że taka ilość cennych przedmiotów pozostaje bez właściwej opieki — dodał Song An, podłapując symbolikę “skarbów”. W końcu dla koboldów wszystkie te porzucone w lesie odpadki stanowiły główny budulec, w tym także wykorzystywane były przy tworzeniu ozdób, ubrań czy nawet biżuterii. Nazwanie tego “śmieciami” brzmiałoby przecież jak obraza.
— Na granicy lasu wszechpotężni strażnicy ustawili specjalne skrzynie — tłumaczył dalej Merlin. — Miejsce skarbów, które nie zostały przez was wykorzystane, jest właśnie tam.
Song An ochoczo pokiwał głową w ramach aprobaty.
— Składamy więc żarliwą prośbę. — Boski sługa przeszedł do meritum ich wizyty. — Czy moglibyśmy prosić cię, wspaniały przywódco, o wypełnienie tej honorowej misji? Wiekowe Drzewo, my, jak i wszyscy pozostali mieszkańcy tego oto gaju byliby zobowiązani.
Koronowany kobold zastanawiał się przez krótką chwilę. Odwrócił się nawet do swoich pobratymców, aby szeptem się naradzić pomiędzy sobą. Odpowiedź nadeszła jednak wkrótce.
— Przysługa. Spełnić zadanie boga, my pomóc.
Grotę ogarnęła cisza. Song An i Merlin spojrzeli na siebie szeroko otwartymi oczyma. Misja od samego boga? To nie brzmiało, jak coś, z czym daliby sobie radę. Chcieli posprzątać las, a nie przechodzić próbę zesłaną od samego nieśmiertelnego!
Song An miał doświadczenie z bogami. No, przynajmniej z jednym. Jego mistrz, Yunru Lei, był przepotężną istotą, której moc wykraczała poza wszelkie ludzkie pojęcie! Stawiał czoła niezwyciężonym bestiom, uspokajał tysiącletnie sztormy, walczył z najprawdziwszym złem bez cienia strachu! Zadanie od takiego bytu mogło wykroczyć poza aktualne zdolności Song Ana i Merlina.
— Zgadzamy się? — szepnął boski sługa. Czarodziej wzruszył ramionami w niewiedzy.
— Spróbujmy. Zawsze możemy się wycofać.
Istniała niewielka szansa, że tego dnia szczęście dopisze im kolejny raz. Niewiele myśląc, zgodzili się na warunek kobolda-władcy, a następnie ruszyli za nim w głąb ciemnej pieczary.
Kręcili się w ciemności po zawiłych korytarzach nieznanych sobie jaskiń. Niejednokrotnie potykali się o wystające kamienie, przeciskali przez wąskie przejścia, czasem musieli pokonywać je niemal na leżąco. Z każdą chwilą schodzili niżej. Ogarniał ich nieprzenikniony mrok.
Aż wreszcie się zatrzymali. Tuż przed nimi rozciągała się wspaniała grota. Oświetlały ją wystające ze skał kryształy. Najprawdziwsze diamenty! Song An pierwszy raz w życiu widział coś takiego! Otworzył usta w szoku. To miejsce naprawdę wyglądało na boską świątynię! Czczone tu bóstwo musiało mieć przeogromne szczęście!
Wtedy też Merlin trącił go w bok i ruchem głowy wskazał znajdujący się w centrum groty piedestał. Znajdował się na nim tajemniczy przedmiot. Song An musiał zmrużyć oczy, aby w ogóle dostrzec, co tam leży. Ogarnął go dreszcz, gdy rozpoznał tajemniczy kształt.
— Cz-czy to niemowlę? — Jego głos zadrżał, gdy zerknął na równie przerażonego czarodzieja.
Przywódca i jego świta podeszli do piedestału. Wolniejszym krokiem, odrobinę niepewnie, dołączyli do nich Merlin z Song Anem. Stanęli nad niemowlęciem i w tamtej chwili rozpoznali, że jest to…
— Lalka! — powiedział z widoczną ulgą na twarzy Merlin. — Takimi samymi bawiły się moje siostry!
Song An zmarszczył brwi. Jakie bóstwo wybrałoby taką dziwaczną powłokę do kontaktowania się ze swoimi wyznawcami? Wydawało mu się to być naprawdę głupie!
Kobold-przywódca poprawił plastikową koronę, uniósł zakończone szponami łapki do góry i wydając przy tym głośne syknięcie, dotknął laleczkę w głowę. Na ten akt zabawka przemówiła. Jej głos nie brzmiał jednak dziecięco, a wręcz przeciwnie, Song Anowi wydawało się, że słyszał coś podobnego tylko w najokropniejszych koszmarach.
— MAMUSIU. DAJ MI SMOCZEK.
Przerażający, chrapliwy dźwięk rozbrzmiał echem po grocie. Koboldy na ten hałas padły na kolana i zaczęły wznosić niezrozumiałą dla Song Ana pieśń. Jedynie ich przywódca dalej stał dumnie przy kamiennym piedestale, wciąż trzymając łapkę na główce lalki.
— Wy spełnić zadanie, my spełnić prośbę — zwrócił się do chłopców. — Bóstwo zadowolone, my zadowoleni.
Boski sługa odwrócił się i zerknął na Merlina.
— Damy radę? — zapytał ściszonym głosem. — Czym w ogóle jest ten smoczek? Bo nie chodzi im o Falkora, prawda? Jego nie możemy przecież oddać!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz