Niestała i niedojrzała dziwka jest na przemian posępna i dziko frywolna, wyniosła i wulgarnie poufała, powodowana impulsami stale zmienia poglądy, stroje, humory, mieszkania.
Wszyscy mamy dwa życia. Życie dla innych i życie dla siebie, życie z innymi i życie ze sobą, wychodzenie na zewnątrz i wchodzenie we wnętrze (nie należy mylić z życiem publicznym i prywatnym, to zupełnie inny podział – w tym chodzi wyłącznie o współzależność). Nasze dwa życia oddziałują na siebie nawzajem na zasadzie ekstymności, jednoczesnego włączenia i wykluczenia. Nigdy jedno bez drugiego, zawsze znajdą wspólny punkt: to nieuniknione, jak nieuniknione jest to, że Uroboros, okrążywszy całą Ziemię, w końcu połknie swój własny ogon. I one tak właśnie spotykają się. Cyklicznie, znów, od nowa, a tych mikropunktów na osi relacji zbiera się coraz więcej, więcej niż się spodziewamy, więcej, niż byśmy tego chcieli. Spotykają się, powtarzają, zataczają koła; tak upływa życie. Ten system brzmi sprawiedliwie, dopóki wspomniany wspólny punkt nie pojawia się w krytycznym momencie relacji.
Jak zadbać o własne i czyjeś dobro jednocześnie, kiedy żadna ze stron nie chce osiągnąć porozumienia?
Lilian spodziewał się, że Asher prędzej czy później stanie jeszcze u progu drzwi jego mieszkania. Ich ostatniej kłótni nie można było nawet nazwać wymianą zdań; było to starcie nie tyle burzliwe, co huraganiczne – po burzy zawsze wychodzi słońce, a tu o dobrej pogodzie nie było mowy. Rozhulał się jakiś złowieszczy wiatr, zapowiadało się na powódź. Obydwoje mieli wkrótce zacząć z wolna się topić – czy to we własnych łzach, czy w alkoholu, każdy z osobna we własnym tempie i stylu.
I oto stali naprzeciw siebie ponownie, starcie tytanów o zimnych oczach. Fiolet z lekka przygaszony, jakby zwiędły. Jeszcze do niedawna przy życiu podtrzymywała go woda, ten życiodajny błękit drugich oczu, teraz suchy i lodowaty jak kra.
— Przyszedłem po swoje rzeczy — powiedział Asher bez zbędnych emocji.
— Niepotrzebnie. Nie ma ich tu — odpowiedział Lilian, wyjątkowo zgadzając się na ten jakże entuzjastyczny i wylewny ton rozmowy.
Kochanek na pełen etat sarkastyczny i lekceważący widocznie nie przypadł do gustu drugiemu mężczyźnie, a przynajmniej tak można było wnioskować po tym, jak ciężko i mozolnie ślina przeszła przez jego gardło. Co za różnica, pomyślał Lilian, skoro witalizm i rozmowność też nie były mu w smak? Tamten kochanek to już przeszłość, skończył się, nie było kochanka. Właściwie nie było już nic.
— Musisz utrudniać, co? — nie spytał, a stwierdził w końcu Asher. Och, jakże gorzkie i niesmaczne musiały być te obelgi, które tym razem postanowił zachować dla siebie? — Na złość komu? Mi, sobie samemu? Po prostu odpuść. Zabiorę, co moje i wyjdę. Więcej mnie nie zobaczysz, tak jak chciałeś.
— Ale ja mówię prawdę — Lilian wzruszył ramionami. Uchylił drzwi szerzej, rozpostartym gestem przedramienia zaprosił gościa do wejścia. — Chcesz, sam sprawdź. Proszę, ten ostatni raz poczuj się jak u siebie.
Dozował zgryzotę. Dozował z dbałością, niczym skorpion dawki jadu. Pozwalał sobie na mało, tak malutko – ale czy skorpionowi było potrzebne więcej niż mikrodawka, żeby obezwładnić swoją ofiarę?
Asher był ofiarą. Znalazł się w jednej z tych niefortunnych sytuacji, kiedy człowiek myśli, że ma wybór, ale tak naprawdę ktoś już dawno zdążył podjąć decyzję za niego. Ofiara. Wymiennie: zdobycz, trofeum – określenia bardziej w tej sytuacji adekwatne.
Lilian był ciekaw Aureliana Handrahana. Chciał go rozgryźć, zrozumieć, a gdy już rozgryzł i zrozumiał: mieć dla siebie. Jego głos był chłodny, jakby po latach spędzonych w Vardelii – w tym post katastroficznym, zubożałym odłamku – przesiąkł zimą do cna. A jednak Willis, to szczęsne w swoim nieszczęściu dziecko, wyrwane z ojczystej ziemi tuż przed klimatyczną apokalipsą, niby na zrządzenie gwiazdki z nieba – Willis, on, nienawidzący zimy – miał specjalny dar odnajdywania w ludziach ostatków ciepła. Słońce rycerza odnalazł w szeptach. On ukrył je skrzętnie, z nadzieją, że przyjdą jeszcze dobre dni, przytulne, noce, że wypowie je jeszcze komuś, kiedyś, po cichu, bez obaw, z czułością, z ufnością. Szepty od zarania dziejów były zarezerwowane tylko dla dwóch osób i ich małego wszechświata intymności. Te były intymne w sposób rozczulający. Pocałunki? Jego pocałunki smakowały inaczej, były zachłanne nową, nieodkrytą zachłannością – sprawiały wrażenie, że nie był to głód pocałunku samego w sobie. Głód bliskości. Głód pojednania. Przerażający głód. Lilian przeczuwał to, przeczuwał od samego początku; a mimo wszystko pozwalał całować się więcej i więcej. Też był zachłanny. Ale jego zachłanność nie była niczym odkrywczym – stara, oklepana, schematyczna i zawsze tak samo zaborcza.
Najciekawsze w Aurelionie Handrahanie były jednak jego oczy. Ile żałoby może skrywać w sobie niepozornie zwiędły fiolet, wie tylko ktoś, komu ich właściciel wypłakiwał się w pierś po nieprzespanej nocy.
Asher był też wiernym, aż do podziwu wiernym, romantykiem o samodestrukcyjnych zapędach. Lilian nie posiadał żadnej z tych cech, dlatego ciężko mu było zrozumieć, jak z taką łatwością można było po prostu oddać komuś własne serce. Zanim się zorientował, miał w swoim posiadaniu dwa – czyli o jedno za dużo. To już był problem.
Co robić i jakich słów używać, żeby niechciane serce oddać właścicielowi bez szkód?
Nastała cisza. Gdyby Aurelion odwrócił się na pięcie i odszedł – można byłoby to nazwać brakiem reakcji w jego stylu. Ale on stał w tym samym miejscu i tak stojąc, sprawiał, że jego cisza miała zamierzony cel. Czekał. Na co? Na wyjaśnienia, a może resztki zdrowego rozsądku nakazywały mu być cierpliwym, bo znał już Liliana na tyle, żeby spodziewać się, że lada moment przyzna się do żartu?
To się nie doczeka, skwitował w myślach zniecierpliwiony już nieco poeta.
— Wchodź, Asher. Nie wygłupiaj się — ponaglił, wzdychając ciężko. — Nie będziemy przecież tak stali i się na siebie gapili.
Na te słowa Asher wszedł. Chętnie, niechętnie – niby co innego miał zrobić.
Lilian przyglądał się mu uważnie. Był nieco przygarbiony, ale szedł prosto. Pachniał czystym praniem i płynem pod prysznic Dantego. Nie pił. A nawet jeśli, to jednego, może dwa, dla odwagi. Nic nie można było mu zarzucić.
W gruncie rzeczy miał w głowie tylko dwa scenariusze: ten, który właśnie miał miejsce albo telefon od Bashara z informacją, że zapił się na śmierć. Bardzo bał się tego telefonu. W ostatnim czasie sprawdzał powiadomienia częściej niż zazwyczaj, obsesyjnie i maniakalnie. Nie mógł powiedzieć, że poczuł ulgę, widząc Ashera osobiście. Nie mógł też, ku własnemu niezadowoleniu, wzbudzić w sobie tyle niechęci, ile chciałby – i spodziewał się – mieć. Wydarzyło się między nimi wiele złego, ale Asher we własnej osobie nigdy nie był złym człowiekiem. I nie zasługiwał na taki koniec.
To dopiero ironia, pomyślał kiedyś Lilian (teraz cień tej myśli jedynie nieprzyjemnie zaszumiał mu w głowie). On zawsze z taką łatwością przyznawał, że w jego ciele rozprzestrzeniło się już tyle zgnilizny i żółci, że nie ma sensu dalej żyć. Widać ja muszę mieć w sobie tej trucizny jeszcze więcej, skoro moją ostatnią wolą chorego jest nie umierać wcale.
Dopiero wtedy, po zamknięciu drzwi, poczuł się bezbronny. Coś rozbrajało go od środka, od samego wnętrza, uderzało w czuły punkt ośrodka relacji. Tracił maskę i miał przeczucie, że lada chwila sam się rozpadnie. Żałował, że zmusił go do wejścia. Żałował, że otworzył drzwi, że w ogóle był wtedy w mieszkaniu.
Istnieje wiele rodzajów ucieczki przed konfrontacją. W zasadzie nawet będąc konfrontowanym wciąż można uciekać. Lilian nie miał już innego wyjścia, niż brnąć w tę strategię coraz głębiej, żeby ratować samego siebie. To nie on, Bogowie, nie on. Asher go do tego zmusił.
— Zawiozłem twoje rzeczy do Solmarii.
— Żartujesz sobie ze mnie? — Aurelion zatrzymał się wpół kroku. W tym niedokończonym pół prawdopodobnie sam zdążył sobie odpowiedzieć — Po co? Dlaczego, w jakim celu miałbyś to zrobić?
— O, było wiele powodów. Jeden z głównych to taki, że chciałem, żebyś musiał zadać sobie trud pofatygowania się po nie.
— Kurwa, nie wierzę. Ciebie to bawi.
— Ani trochę, Asher — skrzyżował ręce na klatce piersiowej, odwracając głowę w kierunku okna. — Do końca tygodnia będą z powrotem w Novendii. Poproszę ciocię, żeby wysłała to, co z nich zostało.
— Co to w ogóle znaczy: to, co z nich zostało?
— Dokładnie to, co słyszysz. Moi kuzyni są bardzo ciekawscy — wzruszył ramionami. — Wątpię, że biednej cioci uda się ich namówić do oddania tego, co już sobie zdążyli przywłaszczyć.
— Ci sami „twoi młodsi” kilkunastoletni kuzyni, którzy srają pieniędzmi na lewo i prawo, ta? — Asher rzucił głośniej, szybciej, wścieklej. — Ciekawe, co mieliby zrobić z ubraniami dorosłego faceta.
— Naprawdę chcesz wiedzieć? No, to muszę ci opowiedzieć — podszył ironię sztucznym entuzjazmem. — Są świetne jako materiał krawiecki, wiesz, Kordelia potrzebowała czegokolwiek, żeby przekonać ciocię, że to nie jest tylko kolejna przejściowa fiksacja. Poza tym całkiem-całkiem nadają się na opał w kominku, kiedy przypadkiem skończy się drewno.
— To jest pojebane — zapał Ashera umknął w krótkiej chwili, wycedził tylko te dwa słowa przez zaciśnięte zęby. Cały był spięty, postawniejszy, groźniejszy. Zupełnie taki, jakiego zapamiętał go poeta na samym początku ich znajomości.
— Aurelion — Lilian uśmiechnął się z politowaniem. — Zrobiły większy użytek w ogniu, niż zrobiłyby na tobie. Były już do ostateczności wychodzone i brzydkie.
— Mhm. Były też jedyne, jakie miałem.
— W czym problem? — wzruszył ramionami. — Po prostu dam ci pieniądze na nowe.
— W tym, kurwa, właśnie problem. Nie chcę twoich pieniędzy. Nie chcę od ciebie niczego, tylko moich rzeczy. Moich, rozumiesz? Kto dał ci prawo, żeby decydować o cudzej własności?
— Sam sobie je dałem. Zajmowały mi miejsce w garderobie, w sypialni, w mieszkaniu – nie chciałem na nie patrzeć, potykać się o nie i mieć cokolwiek z nimi wspólnego — wbił poirytowane spojrzenie w sylwetkę najemnika. — Czekały tu długo, miałeś wystarczająco czasu. Nie zdążyłeś, więc teraz fatyguj się za nimi na drugi koniec świata albo czekaj. A skoro pieniędzy nie chcesz, to ubrań też nie będziesz miał, bo ja magicznie nie wyczaruję tych starych. Już, wiesz wszystko. Możemy się rozejść.
— Na początku twierdziłeś, że zrobiłeś to tylko po to, żeby mnie zdenerwować. Nagle okazuje się, że nie mogłeś na nie patrzeć?
— Nagle łapiesz za słówka? — Lilian stawił kilka kroków w kierunku rozmówcy, nie spuszczając z niego wzroku. — Ciekawe. Nie słuchałeś tak uważnie, kiedy mówiłem, że NICZEGO ci nie obiecuję.
— Potrafisz tylko szczekać. Gryźć po kostkach, jak te małe, wkurwiające pieski.
— A ty — zatrzymał się tuż przed Aurelionem. — Ty potrafisz tylko przeklinać, chlać do upadłego i wyobrażać sobie scenariusze, które nie mają prawa istnieć. Dlaczego w ogóle dopuściłeś je do tej swojej białej, urojonej głowy?
— To ty mi wytłumacz — głos rycerza z nagła posmutniał, spochmurniał, był tym samym głosem Ashera, który stal za progiem mieszkania, prosząc tylko o zwrot jego własności, — Dlaczego mi na to pozwoliłeś. Dlaczego mówiłeś, że mnie potrzebujesz, skoro wiedziałeś, że to kłamstwo? Skąd JA mogłem wiedzieć, co sobie wtedy myślałeś?
Lilian wybuchł maniakalnym niemalże śmiechem.
— Asher, ocknij się. Moje życie to kłamstwo. Twoje, czy tego chcesz czy nie, od niedawna także — zaczął chodzić nerwowo w tę i we wtę, nie mogąc znieść dłużej tego nowego wymiaru rozpaczy, który niepostrzeżenie wdarł się w spojrzenie drugiego mężczyzny. — Nie jesteśmy stąd, nigdy nie mieliśmy tu być. Ja nie jestem żaden Vincent, a z ciebie żaden ochroniarz uprzywilejowanej klasy tych, których w ogóle stać na ochroniarzy. Gardzisz tym, gardzisz tymi ludźmi – gardzisz mną. Dobrze o tym wiesz, bo w tym świecie ja należę do tych, którymi ty od zawsze gardziłeś w tamtym. Dobrze o tym wiesz, a raczej jeszcze tego nie zapomniałeś. Dla mnie już za późno. Z każdym dniem zapominam coraz bardziej, kłamstwo to moja codzienność i sposób życia. Czego innego ty się po mnie spodziewałeś?
Słowa padły jak strzał, który przeciął materię między dwoma ciałami. Nie było już wspólnej przestrzeni; nagle stało się “tu” i “tam”; tu Lilian, po drugiej stronie Asher. Wypluł je ze swoich bluźnierczych ust, wyrzygał wręcz, bez wcześniejszego przetworzenia, dokładnie tak, jak lubił. Wtedy nie było czasu, żeby gdzieś między słowami zastanowić się i zatrzymać.
Lilian zakończył swoją obsesyjną wędrówkę tylko dlatego, że na drodze stanął mu stół. Podparł się o mebel, skrzyżował ręce na piersi i zaraz opuścił je we wstrętnej bezsilności. Długo walczył z ciszą, prawie tak długo, jak próbował przekonać siebie samego, żeby w końcu podnieść wbity w podłogę wzrok. Szybko doszedł do wniosku, że zwłaszcza tego drugiego nie powinien robić – On prawdopodobnie w końcu odwróciłby się i wyszedł. Ale Lilian nie był cierpliwy, nigdy nie czekał, aż rzeczy rozwiążą się same i teraz już czuł, że nie może go tak po prostu “stąd” czy “stamtąd” wpuścić.
— Asher, ja…. Błagam, nie patrz tak na mnie. Ja tak nie mogę, nie potrafię. To nie mogło się udać.
Cytat: Sławomir Leśniewski, Wiktoriańskie ladacznice.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz