Było ciasne, ciemne i wciśnięte pomiędzy kilka kamienic. Żeby się tam dostać, należało przejść przez ciemne dziedzińce (najczęściej przerobione na śmietniki), pokonać schodami wiele pięter, a następnie przedostać się przez wąski korytarz, wprost do starych, skrzypiących, dębowych drzwi. Za nimi znajdowała się mikroskopijnej wielkości kuchnia połączona z salonem. To właśnie tam rozkładany, zakurzony tapczan stał tuż obok ledwo działającej lodówki. Nocami buczała ona tak głośno, że niemal całe mieszkanie się trzęsło wraz z nią.
Na skrzypiącej kanapie sypiał Derek. Była ona naprawdę niewygodna — deski wbijały się w ciało, materac śmierdział, a sprężyny przebijały się przez miejscami przetarty materiał. Vaeril wspominał, że nigdy nie potrafił się na niej wygodnie ułożyć. Nie umiał na niej siedzieć, a co dopiero leżeć i spać całą noc. Nie miał pojęcia, jak jego brat to wytrzymywał.
Derek nigdy jednak nie narzekał. Lub przynajmniej nie robił tego przy kilkuletnim wtedy Vaeril’u. Natomiast zawsze się uśmiechał. Przygotowywał śniadanie i codziennie rano powtarzał, że niedługo będzie żyło im się lepiej.
Kuchnię-salon można było pokonać w trzech krokach. Po drugiej stronie znajdowało się dwoje drzwi: jedne prowadziły do niewielkiej łazienki, drugie do równie małej sypialni. To ostatnie pomieszczenie było królestwem Vaeril’a.
Pokój składał się z dziecięcego łóżka, kulawego stolika, jednego krzesła oraz szafy na ubrania jego i brata. Sypialnię lata temu oklejono tapetą. Później, naturalnie zaczęła ona odchodzić, rwać, szarzeć. I to właśnie w takim stanie Vaeril najlepiej ją zapamiętał.
Okna wychodziły na szczelnie zabudowany dziedziniec. Z tego też powodu do pokoiku rzadko docierały promienie słońca. Pogrążony był więc on w permanentnym półmroku. Nikłe światło zapewniały przyklejone na suficie gwiazdki. To w nie Vaeril wpatrywał się każdej nocy, gdy nie mógł zasnąć. To w nich odnajdywał bezpieczeństwo, gdy Dereka nie było w domu, a on bał się zostać sam.
Mieszanie od zawsze pachniało wilgocią. Zapach ten jednak Vaeril’owi zawsze kojarzył się z domem. Miejscem, do którego zawsze chętnie wracał. Wracał bowiem do brata, z którym wieczorami wspólnie czytał książki, jadł zimny obiad, śmiał się z wydarzeń minionego dnia. Derek czekał tam na niego. Był tam wtedy, gdy Vaeril najbardziej go potrzebował. Gdy dostał złą ocenę, gdy podczas bójki na placu zabaw wybito mu mleczaka, gdy czuł się naprawdę samotny.
Wszystko, co robili, robili razem. Dlatego razem się też stamtąd wyprowadzili.
Vaeril skończył może wtedy czternaście lat. Wiadomość o przeprowadzce zaskoczyła go i dogłębnie przeraziła. Bał się porzucić wszystko to, co tak dobrze znał. Nie wiedział, jak ma zostawić za sobą to małe, ciemne, zawilgocone mieszkanie, pokój z zastawionym kamienicami oknem, głośną lodówkę czy lśniące nocą gwiazdki na suficie. Ale przede wszystkim nie wyobrażał sobie życia bez brata.
Jednak szybko musiał do tego przywyknąć.
Zaczęło się od pomieszkiwania w internacie. Tam Vaeril czuł się okropnie. Często zmieniał pokój, unikał swoich współlokatorów jak ognia. Żaden z nich nie był wystarczająco dobry. Żaden z nich nie był jego bratem.
Wtedy też Derek po raz pierwszy zaczął powoli ucinać kontakt z bratem. Wywiązywał się ze wszystkich obowiązków prawnego opiekuna, opłacał tym jego szkołę i pokój, ale braterskie relacje ochłodziły się. Widywali się naprawdę rzadko, gdy internat zamykał się na czas świąt lub wakacji. W trakcie roku szkolnego nie spotykali się prawie wcale.
Vaeril bardzo tęsknił za bratem, choć bał się do tego przyznać. W ciszy znosił ból rozłąki, tłumacząc sobie, że Derek na pewno zdaje sobie sprawę z tego, co robi. On zawsze wiedział, co było dla niego najlepsze.
Mimo tego, żadne z kolejnych miejsc, do których młody elf trafiał, nigdy nie zostało nazwane przez niego domem. Nie było im nawet do tego pojęcia bliskie.
Nastoletnie lata były więc dla Vaeril’a dość trudne. Wspominał je jako czas, kiedy mógł liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Nie miał przy sobie osoby, która pomogłaby mu wtedy podejmować trudne decyzje, wesprzeć ciepłym słowem lub po prostu spędzić z nim trochę czasu. Nie mając żadnej alternatywy, skupił się na ostatniej rzeczy, jaka mu została — na nauce.
Wszystkie następne mniej lub bardziej udane wybory doprowadziły go na ten przeklęty uniwersytet i do tego przeklętego pokoju w tym przeklętym akademiku, do którego właśnie miał nieprzyjemność wejść. Widok śpiących w najlepsze współlokatorów, tonących w otaczającej ich kupie brudu, skłonił Vaeril’a do głębokich refleksji nad sobą i swoim miejscem do życia.
Zmarszczył nos, nie mogąc znieść smrodu wymęczonych wczorajszą imprezą Dylana i Gaspara. Wtedy też niemal potknął się i przewrócił o porzucone na środku pokoju spodnie któregoś z nich. Przeklął cicho, a następnie kopnął je prosto pod najbliższe łóżko. Nie był niczyją matką, nie musiał po nikim sprzątać.
Z niemałym trudem przedostał się na drugą stronę pokoju. Była to jedyna uporządkowana jego część. Vaeril regularnie ścierał tam kurze i mył podłogę, pieczołowicie układał też wszystkie swoje rzeczy. Porządek ten ginął jednak w skali bałaganu pozostawionego przez jego współlokatorów. Wszelkie podjęte próby zachowania tutaj czystości spełzły na niczym.
Vaeril usiadł na łóżku, a deski w tym miejscu załamały się w charakterystyczny dla siebie sposób. Elf westchnął cicho, podniósł się i omiótł spojrzeniem pokój. Jego wzrok zatrzymał się na stojącym na parapecie słoiku po majonezie. Jeszcze wczoraj podał w nim herbatę…
To wszystko wyglądało naprawdę żałośnie. Vaeril zdał sobie sprawę, że miejsce, w którym mieszkał od tak wielu lat, pod żadnym kątem nie nadaje się do przyjmowania gości. Ono właściwie nie nadawało się do codziennego życia! Warunki tutaj były tak niskie, że prawie żadne. Po podłodze walały się śmieci i brudne pranie, ściany miały zerwany tynk, a wszystkie naczynia leżały brudne na jedynym stoliku w tym pomieszczeniu. I jeszcze ten cholerny plakat na drzwiach!
Elfa ogarnęło przytłaczające uczucie zażenowania i narastającego wstydu. Wczoraj po raz pierwszy zetknął się ze światem, który stawiał jakiekolwiek wymagania i posiadał standardy. Zamiast postawić się na wysokości zadania, Vaeril zaoferował wyłącznie siebie w swojej najżałośniejszej postaci. Niczego innego jednak nie posiadał. A może posiadać nie chciał?
W tamtej chwili Vaeril niechętnie zrozumiał, że on sam podświadomie wmówił sobie, że nie zasługuje na nic więcej. Nie znał innego świata, nie znał wygodniejszych warunków życia. Nie czuł więc potrzeby, aby jakkolwiek polepszyć swojej sytuacji. Ale przecież była to nieprawda. Kłamstwo, w które sam uwierzył. Zaczął się zastanawiać, jak długo miał zamiar żyć jeszcze w tym marazmie i tylko użalać się nad sobą?
Poczuł, że to ten czas. Coś musiało się wreszcie zmienić. Dla siebie, a może i dla niego.
Wstał i bez słowa wyszedł z pokoju, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Zszedł na sam dół domu studenckiego, prosto do portierni. Stamtąd skierowano go do sekretariatu, gdzie Vaeril złożył swoją prośbę o zmianę pokoju.
Jego sytuacja materialna wciąż pozostawiała wiele do życzenia, ale ustabilizowała się na tyle, że był w stanie wynająć coś w lepszych warunkach. Poszukiwał pokoju maksymalnie dwuosobowego. Koniecznie z łazienką.
Zwykle rozpatrzenie takich spraw trwało tygodniami, czasem miesiącami. Stąd Vaeril nawet nie oczekiwał, że jeszcze tego samego dnia dostanie odpowiedź. Pozytywne rozpatrzenie wniosku spadło na niego nagle niczym grom z jasnego nieba. Mógł zmienić pokój od razu. Właśnie teraz, w tej chwili. Wszystko wskazywało na to, że sam los chce, aby Vaeril wreszcie wziął życie w swoje ręce.
Potraktował to jako znak od wszechświata. Nie czekając na nic, wrócił po swoje rzeczy. Wszedł do pokoju, ostatni raz zmarszczył nos od nieprzyjemnego zapachu, a następnie od razu zabrał się za pakowanie. Nie posiadał zbyt wielu rzeczy osobistych, więc trwało to krócej, niż można byłoby tego oczekiwać po pełnoprawnej przeprowadzce.
Swoim zachowaniem wzbudził konsternację u byłych już współlokatorów. Vaeril krótko wyjaśnił im swoją decyzję i wszystkie składowane, jakie na nią wpłynęły. Gaspar i Dylan próbowali jeszcze go zatrzymać, ale ich zapewnienia i obietnice nie wywierały już na nim najmniejszego znaczenia. Ostatecznie zaakceptowali jego argumenty, a nawet zaproponowali pomoc w przeprowadzce. Vaeril zapewnił, że zmiana pokoju nie znaczy, że nie chce dłużej się z nimi przyjaźnić. Umówili się nawet na wspólne wyjście wkrótce. Rozstali się w przyjacielskich warunkach.
Vaeril ostatni raz omiótł wzrokiem pokój, w którym spędził ostatnie kilka lat. Z tym miejscem wiązało się wiele wspomnień. Tych dobrych i tych złych. Z dziwnym poczuciem nostalgii popatrzył na puste łóżko i stojącą przy nim szafkę nocną. Podjął już jednak decyzję. Nie było odwrotu. Skierował się w stronę drzwi. Zmarszczył brwi na widok znajomej twarzy na plakacie. Gdyby miał jeszcze czas, zerwałby go i stąd zabrał. Teraz niestety było już na to za późno. Plakat musiał zostać już tutaj na zawsze.
W portierni wymienił klucze na nowe. Z nadzieją na polepszenie swojej marnej egzystencji udał się pod wskazany pokój. Zatrzymał się pod drzwiami, wziął głęboki wdech, a następnie wszedł do środka.
Była to sypialnia przeznaczona tylko dla dwóch osób. Jedno łóżko znajdowało się naprzeciwko drzwi, drugie po przeciwnej stronie pomieszczenia. Dzieliło je podwójne biurko.
Sam pokój był równie niewielki, co ten wcześniejszy. Vaeril’owi to jednak nie przeszkadzało. Zdążył już do tego przywyknąć. Teraz przynajmniej będzie dzielić tę przestrzeń z jedną osobą, a nie dwoma. To był jakiś krok naprzód.
Za najważniejszą zaletę tego pokoju Vaeril uznał prywatną łazienkę. W swojej głowie pożegnał się już z długimi kolejkami do toalety rano, z kradzieżą szamponu i wszechobecnym bałaganem. Wreszcie mógł wziąć prysznic wtedy, kiedy tego potrzebował! Chociaż warunki w łazience wciąż pozostawiały wiele do życzenia, przynajmniej nie trzeba było iść do niej przez cały korytarz.
Wtedy też Vaeril zauważył, że jedna część pokoju jest już przez kogoś zajęta. Z początku nie zwrócił na to uwagi ze względu na ogólny porządek, dopiero później dostrzegł porzucone na łóżku ubrania i ułożone na półce książki.
Współlokator na ten moment na szczęście był nieobecny. Vaeril nie miał pojęcia, czego się po nim spodziewać. Miał jednak nadzieję, że nie jest typem wracającego po nocy głośnego imprezowicza. Na pierwszy rzut oka było widać, że pokój zachowywał we względnym porządku, a to dobrze o nim świadczyło. Już osiągnął absolutne minimum, a to znacznie więcej, niż kiedykolwiek oferowali Gaspar i Dylan.
Korzystając z chwili samotności oraz świętego spokoju, Vaeril zajął się rozpakowywaniem. Nie trwało to specjalnie długo. Starannie poukładał swoje rzeczy na półkach i ubrania w szafie, zmienił pościel, zostawił kosmetyki w łazience. Z dziwnym sentymentem odłożył na biurku pusty słoik po majonezie. Część pokoju od drzwi wkrótce w całości stała się jego przestrzenią.
Czas mijał, a współlokator wciąż się nie pojawiał. Elfowi w najmniejszym stopniu to nie przeszkadzało. Miał nawet nadzieję, że należał on do osób, które spędzają w pokoju minimum czasu albo wracają tylko na kilka dni w tygodniu. Brzmiało to jak najlepszy dla Vaeril’a scenariusz. Mocno trzymał za niego.
Wkrótce nadszedł wieczór, więc przyszedł też wyczekiwany moment, aby po raz pierwszy skorzystać z przywileju posiadania prywatnej łazienki. I musiał przyznać, że była to jedna z jego najlepszych kąpieli w życiu. Nie musiał się spieszyć, mógł zostawić swoje rzeczy na półce, bez obawy przed głupimi żartami odłożył też szczoteczkę na zęby na zlewie. Wreszcie odrobina zasłużonej wygody.
Wyszedł z łazienki w samych spodniach od piżamy. Nie czuł potrzeby, aby ubierać się w pełni. Nie oczekiwał już nagłego powrotu współlokatora. Było już zbyt na to późno.
Po kilku wygranych meczach w legendarnej lidze i przeczytaniu artykułów na jutrzejsze zajęcia, Vaeril położył się spać. Godzina była już dość późna, ale tak jak się spodziewał, nikt do pokoju nie wrócił. Elf uznał, że raczej swojego współlokatora pozna dopiero innym razem. Żadna strata. Zasnął w przeświadczeniu, że w końcu dobrze się wyśpi. Bez hałasu, smrodu, głośnej muzyki. Był to sen, którego naprawdę bardzo potrzebował. Zgasił światło i otulił się szczelniej kołdrą. Nic nie mogło zepsuć mu tej nocy. Zapowiadał się dobry początek nowego początku.
Tylko, że Vaeril się pomylił. Bardzo się pomylił.
Nie wiedział tego jeszcze, gdy smacznie spał swoim najlepszym snem w życiu. Wtedy był tylko on, ciepła kołdra, łóżko bez połamanych paneli i nieprzenikniona ciemność nocy. Wkrótce mrok pokoju przecięło światło z korytarza, które wypłynęło przez otwierane drzwi.
Wtedy Vaeril’a z głębokiego snu wyrwało nagłe uderzenie. Coś ciężkiego i twardego spadło prosto na jego brzuch. Nie spodziewał się tego. Nie miał przecież prawa się tego spodziewać.
Zgiął się w pół, z trudem złapał oddech, a następnie zerwał się na równe nogi i zrzucił z siebie tajemniczy przedmiot, który z hukiem opadł na ziemię.
— Co do cholery?! — prychnął wybudzony ze snu Vaeril. Najpierw próbował rozpoznać to, co go zaatakowało, a dopiero później podniósł wzrok w stronę smugi światła. Spojrzał w kierunku otwartych na oścież drzwi.
Stał w nich młody mężczyzna, którego Vaeril nigdy wcześniej nie widział. Zmrużył oczy, aby dokładniej przyjrzeć się jego przerażonej twarzy. Elf mimowolnie uniósł brwi w akcie oczekiwania na wyjaśnienia. Domyślał się, z kim ma przyjemność, ale nie wiedział, czym zasłużył sobie na takie przywitanie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz