Zbliżały się walentynki, w remizie jednak dzień był jak codzień. Ekipa siedziała wokół stołu w kantynie – Janek dojadał resztki chleba z koszyka, żeby się nie zmarnowało, Tarik rozlał się trochę na swoim siedzeniu, trawiąc obiad, Gulm zaczynał składać już naczynia, żeby nie obeschły, Elowen pogrążyła się w rozmowie z Ylvą, a kapitan Arnbjǫrg uciekła wzrokiem w stronę uchylonych drzwi gabinetu, gdzie góra spraw administracyjnych domagała się jej uwagi. Milczący do tej pory Vlad splótł blade dłonie na blacie, poprawił się na siedzisku.
— Moi przyjaciele, towarzysze… potrzebuję waszej pomocy — odezwał się poważnym tonem.
Kapitan przechyliła głowę, mrugnęła, rzuciła mu bystre, uważne spojrzenie.
— W kwestii tamtych prób randkowania online…
Wielu przedstawicieli długowiecznych ras nie nadążało, gdy świat się zmieniał, a nawigacja wśród wszelkich wynalazków ostatniej dekady, do których randkowanie online należało, przypominała spacer po polu minowym, gdzie nietrudno było coś kliknąć i otrzymać niezamierzone rezultaty. Ale Vlad już kręcił głową.
— Nie, tym razem to było spotkanie… w realu. W kawiarni. — Wampir zamilkł, spuścił wzrok, głos przybrał cichsze, bardziej wycofane zabarwienie. — Myślałem, że wszystko idzie dobrze, lecz, ku mej zgrozie, myliłem się. Wystarczyło mi było wspomnieć, że brałem udział w wojnie trzydziestoletniej, jeszcze jako człowiek, a ona, usłyszawszy te moje słowa po prostu… uciekła — Westchnął ciężko. — I zostawiła mnie z rachunkiem.
Tarik prychnął, klepnął się w swój krągły brzuch.
— Ha! Mówiłem, żebyś nie wspominał o swoim wieku na pierwszej randce.
— Ale potrzebowałem kontekstu! Nasza dyskusja dotyczyła noży kuchennych!
— Jakie dokładnie elementy łączą noże kuchenne z wojną trzydziestoletnią? — spytała z autentycznym zainteresowaniem Elowen, lecz Ylva zaraz jej przerwała, nachylając się w stronę Vlada ze współczującym wyrazem twarzy.
— Vlad, skarbie, po prostu musisz zmienić podejście! Pierwsze wrażenie jest kluczowe, a my często nawet nie zdajemy sobie sprawy, co na nie wpływa…
— Słuchaj psychologa, dobrze gada — wtrącił Tarik.
— Na przykład zapach — podjęła wilkołaczka, wchodząc w tryb udzielania profesjonalnych, popartych dyplomem porad. — Ludzie zupełnie nieświadomie reagują na zapachy. Może powinieneś znaleźć sobie jakąś oryginalną wodę kolońską? Coś, co zapadnie w pamięć na długo? Coś wyjątkowego, co sprawi, że…
— Z punktu widzenia biochemii, feromony działają na poziomie podświadomości — wpadła jej w słowo Elowen. — Ale czy naprawdę chcesz manipulować czyjąś reakcją neurologiczną?
— Nie mówię o manipulacji. — Ylva potrząsnęła głową. — Mówię o tym, żeby świadomie wykorzystać to, jak działa psychika…
— Problem jest inny — odezwał się milczący do tej pory Gulm. Do tej pory rosły ork siedział ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, zostawiwszy już nawet te schnące naczynia, a jego spojrzenie przeskakiwało od twarzy do twarzy, gdy zbierał informacje. — Vlad nie ma strategii. Trzeba podejść do tego taktycznie. Ustalić jasne cele kampanii, warunki zwycięstwa, przygotować się na każdy ruch przeciwnika. Bez dobrej strategii czeka cię porażka.
— Ale to ma być randka, nie misja bojowa, Gulm! — przerwał mu Tarik, wywrócił oczami, zwrócił się do coraz bardziej skołowanego wampira. — Vlad, stary, musisz pokazać, że jesteś spontaniczny! Zabierz ją gdzieś, gdzie jest muzyka, taniec, gdzie możecie się dobrze bawić! Młodzi ludzie to lubią!
— Ostatnimi czasy, w ramach prób bycia spontanicznym, zaprosiłem ją na, jak to się obecnie mówi… midnight screening pięknego, klasycznego filmu. Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy okazało się, że nie dla każdego dzieło, jakim jest Nosferatu, stanowi interesujący i zachwycający seans…
— Który Nosferatu? — spytała Ylva.
— Rzecz jasna ten najlepszy, wyjątkowy i całkiem nowy.
— Który nowy?
— Ten ze świętej pamięci, nieodżałowanym Maxem Schreckem…
— On ma chyba ze sto lat!
Vlad prychnął, na moment nad stołem zapadła cisza. Wtem odezwał się Janek.
— A próbowałeś jej coś ugotować?
— Proszę? — Vlad uniósł brew. — Oczywiście, że nie. Janku, wiesz dobrze, że u mnie z gotowaniem jest… różnie.
Janek nie dał się zbić z pantałyku.
— Jak chcesz się drugiej stronie przypodobać i pokazać, że z ciebie chwacki chłop, to jak inaczej, niż dobrą kuchnią. Przez żołądek do serca, tak zawsze było, mądrość ta znikąd się nie bierze — wytłumaczył spokojnie. — Zaproś ją do siebie, przygotuj porządny obiad. Gorący rosół, kotlet z ziemniakami, do tego surówka. Trudnym to wbrew pozorom nie jest, a jak jej ugotujesz, to będzie wiedziała, żeś jest chłop na schwał, robotny i opiekuńczy.
— Janek, on dopiero co poznał tę kobietę — przypomniała mu kapitan Arnbjǫrg. — Zapraszanie jej do domu na „porządny obiad” może być źle odebrane…
— Jakie źle — obruszył się Janek. — Toć na takich domowych odwiedzinach można też zobaczyć, jak człowiek mieszka i rodziców jego poznać. Dowód mieć, czy gospodarny i zacny jest, czy bałagan w izbie ma…
— Ja też nie sądzę żeby to był dobry pomysł… — odezwał się Vlad.
— No przecież nie śpisz w trumnie, co nie? — zażartował Tarik, lecz wampir wcale się nie roześmiał. — Ej, serio, nie śpisz w trumnie…?
— Myślę, że Janek ma rację co do istoty — odezwała się Ylva. — Ale nie co do formy. Vlad, nie zapraszaj jej od razu do siebie, ale możesz zaproponować wspólne gotowanie! To zbuduje więź, pozwoli wam pracować nad czymś razem, a przy tym dużo się też rozmawia…
— I minimalizujesz ryzyko porażki, bo jesteście na neutralnym gruncie, na przykład na warsztatach kulinarnych u Ylvy. — Gulm pokiwał w zamyśleniu głową, aprobując strategię. — Od razu zyskujesz również sojusznika.
— Warsztaty kulinarne? Serio? Widać, dlaczego wszyscy jesteście singlami! — burknął Tarik, nim zwrócił się znów do wampira. — Vlad, weź ją na koncert, do klubu, na festiwal! Pokaż jej, że nie jesteś jakimś nudnym, stetryczałym dziadkiem tylko dlatego, że masz te pięćset lat!
— Czterysta osiemdziesiąt trzy.
— No właśnie!
— W ten sposób niczego nie wymyślimy — odezwała się kapitan Arnbjǫrg — Vlad, czego ty właściwie szukasz w tej relacji? Bo może problem nie leży w tym, jak się umawiasz, tylko z kim próbujesz te randki mieć.
Wampir odwrócił wzrok, znów westchnął ciężko, zbierając myśli. Odezwał się po chwili milczenia.
— Jesteśmy tak różni i mamy różne pragnienia, wartości i potrzeby, lecz na koniec dnia martwe serce nie różni się wiele od tego żywego, pogrążając się w tęsknocie za tym, czego wszyscy pragniemy – zrozumienia, empatii, ciepła i poczucia, że dla kogoś jesteśmy najważniejsi.
Przy stole zapadła cisza. Genialne porady jakoś wszystkim się skończyły i nawet Tarik przestał się wiercić, a wieczny uśmiech na jego twarzy przygasł.
Janek patrzył na wampira, na te blade dłonie splecione na blacie, na ten spuszczony wzrok, i coś ścisnęło go w piersi. Znał to uczucie. Cisza i samotność pustego domu, do którego nie chce się wracać, bo to nie ściany czynią dom. Bycie lubianym, lecz nie kochanym. Potrzebnym, ale nie wyczekiwanym. Obecnym, ale nie przynależącym.
— No to… — odezwał się Janek powoli, dobierając słowa ostrożnie. — To trzeba szukać takiej, co by rozumiała.
Vlad uniósł wzrok, w oczach miał coś, co mogło być nadzieją albo tylko zmęczeniem.
— Takiej nie znajdę, Janku. Wiele jest romantycznych filmów z wampirami w roli głównej, lecz życie to nie film. Sama natura mojego bytu czyni mnie… — urwał, znów westchnął.
Kapitan Arnbjǫrg pokiwała głową z namaszczeniem.
— Vlad — powiedziała, a w jej głosie brzmiało coś łagodnego, czego zwykle nie było, gdy wydawała rozkazy. — Może problem nie w tym, jak się umawiasz. Może w tym, że próbujesz udawać kogoś, kim nie jesteś?
Wampir milczał.
— Bo jeśli lubisz stare filmy i długie opowieści o nożach z wojny trzydziestoletniej — ciągnęła kapitan — to może szukaj kogoś, kto też to lubi? Albo przynajmniej kogoś, kto nie ucieknie, jak usłyszy, ile masz lat.
— Łatwo powiedzieć gdy nie jest się mną — mruknął ledwie słyszalnie.
— Znaczy się, nie ukrywaj, kim jesteś — dodał Janek. — Bo jak będziesz ukrywał, to i tak w końcu wyjdzie, a wtedy to już tylko będzie gorzej.
Wiedział coś o ukrywaniu, udawaniu, próbach bycia częścią czegoś, do czego za nic się nie pasowało. O tym, żeby nie patrzeć na ludzi zbyt długo, bo te żółte oczy wzbudzały niepokój. Żeby kontrolować siłę w uścisku dłoni, żeby pamiętać, że normalni ludzie nie słyszą bicia serca z drugiego końca korytarza.
— Poza tym — wtrąciła Elowen, odkładając w końcu telefon — statystycznie rzecz biorąc, im bardziej szczery profil randkowy, tym większa szansa na kompatybilność długoterminową. Może po prostu napisz w bio, że jesteś wampirem, lubisz stare filmy i śpisz w trumnie, ale w bloku, nie w gotyckim zamku?
— A może po prostu — odezwała się Ylva — po prostu bądź sobą, Vlad? I czekaj, aż trafi się ktoś, kto polubi cię takim, jaki jesteś.
Wampir westchnął, ale było w tym westchnieniu coś lżejszego niż wcześniej.
— Graj albo czekaj. — Odchylił się na krześle. — Ktoś wie, ile to może potrwać? Rok? Dekadę? Wiek?
— Ile będzie trzeba, tyle będzie trwało — odparł Janek. — Czas i tak upłynie, a gdy odpowiednia chwila nastanie i przeznaczony ci człowiek do twojego życia wejdzie, to ani minuty tego oczekiwania żałować nie będziesz.
Vlad nie odpowiedział. Skinął tylko głową i zdało się, że więcej słów nie było trzeba. Gulm wrócił do zbierania talerzy, reszta jakoś też zaczęła zajmować się rzeczami, a kapitan Arnbjǫrg ruszyła w stronę gabinetu. Resztki słońca zamierały za oknem, latarnie budziły się, odganiając naturalny dla świata mrok, a gdy Janek zmywał naczynia, w szklanej tafli okna widział odbicie Vlada, jak wodzi wzrokiem za światłami jadących w nieznane samochodów. Rok, dekada, wiek… Janek sam już przestał liczyć, przestał szukać, a potem przestał tęsknić i czekać w chłodzie samotności – bo jeśli marznie się wystarczająco długo, to zimno przestaje boleć. Janek nauczył się w tym chłodzie żyć, ignorować go, zajmując ręce coraz to nową robotą, której w remizie nigdy nie brakowało, aż pewnego dnia stwierdził ze spokojem, że tak już będzie. Jego życie się wypali w samotności, jak świeca w pustym pokoju — może i ładnie, może i długo, ale bez nikogo, kto by patrzył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz