— Cześć, kiciu.
Sammy zakrztusił się i wypluł kawałek kanapki prosto na blat stanowiska. Odwrócił się na krześle, nerwowo przełykając resztki jedzenia, po czym spojrzał na starszą kobietę na wózku. Uśmiechała się słodko, niemal trzepocząc do niego rzęsami, jakby miała go zaraz zaprosić na randkę.
— Eee — kąciki jego ust uniosły się w niezręcznym uśmiechu — wystraszyła mnie pani. Jestem doktor Walker.
— Kiciu, muszę do kibelka. Masz do tego kluczyk?
Szarpnęła ręką, a ciężkie kajdanki trzasnęły o metalowe ramię wózka.
— Chyba nie powinienem…
Pacjentka spiorunowała go wzrokiem. Przyjazna maska opadła w ułamku sekundy, a jej oczy zapłonęły czymś niebezpiecznym, czymś, co mogło się ocierać o początek szaleństwa. Sammy’ego przeszedł zimny dreszcz.
— Nie bądź cipą, kiciu. Przypinają mnie tylko po to, żeby nikt mi nie rąbnął wózka.
— Uh-huh…
— Catia. Wszędzie cię szukałam.
Nagle w zasięgu wzroku pojawiła się pielęgniarka Yeldan. Zerknęła na rezydenta, który wpatrywał się w nią mokrymi i szeroko otwartymi oczami. Cmoknęła z pobłażaniem:
— Catia, kochanie, co ci mówiłam? Nie możesz dręczyć personelu. Chodź, zaraz ci załatwię jakąś przekąskę.
Elfka chwyciła za wózek i zaczęła się wycofywać. Pacjentka milczała, ale jej nieruchomy wzrok ani na chwilę nie zszedł z Sammy’ego, dopóki nie zniknęła za zakrętem korytarza.
Mężczyzna odetchnął i schował się za wyspą, chcąc wrócić do kanapki, ale wtedy zauważył ją – Katniss Renard – kierującą się prosto do głównego stanowiska.
— Widziałam, że miałeś pierwsze spotkanie z Catią — zagadnęła wilkołaczka, a na jej ustach pojawił się cień zaczepki.
— Często tu bywa?
— Yhm, ale spokojnie jest nieszkodliwa — starsza rezydentka oparła się o ladę, udając, że przygląda się tablicy przyjęć wyświetlanej na ekranie pod sufitem.
— Jest przypięta kajdankami — zauważył.
— Dlatego jest nieszkodliwa.
Błysnęła w jego kierunku kłami. Musiał włożyć dużo wysiłku, żeby się nie wzdrygnąć.
— W ogóle — nachyliła się ku niemu — niedługo stuknie twój pierwszy miesiąc z nami. Musimy to jakoś uczcić. Co powiesz na piwo?
— Brzmi dobrze. — Uśmiechnął się do niej i skubnął kanapkę.
Miesiąc. Dla Katniss i reszty personelu to było trzydzieści dni rutyny. Dla niego setki godzin walki z odruchami, wyniesionymi z domu, dawnego życia, które wciąż dyktowało każde uderzenie ostrożnego serca. Uczucie, które kiedyś pomagało mu przetrwać na Dzikich Ziemiach, teraz utrudniało mu pracę i kontakty z innymi.
Pierwszy dzień na oddziale był dla niego niczym kubeł zimnej wody. Pacjent za pacjentem, labirynt korytarzy i on, nie wiedzący, za co się zabrać i gdzie czego szukać. Czuł się przytłoczony. Nawet bardziej, niż chciałby przyznać. Kilka godzin wystarczyło, by zaczął kwestionować wszystkie wybory życiowe. Zastanawiał się, czy to na pewno miejsce dla niego. Mógł źle wybrać, czasami tak się zdarzało.
Spotkanie z Katniss też nie przebiegło zbyt dobrze. Wciąż pamiętał ten paraliżujący strach i cichy, pierwotny głos w głowie, który kazał mu uciekać, kiedy ordynatorka przedstawiała go wilkołaczce. Unikał jej jak ognia. Bał się podejść do każdego, kto nie był człowiekiem, dopóki doktor Maride nie wzięła go na rozmowę.
— Hej, kiciu? — Katniss pstryknęła mu palcami przed nosem. — Ziemia do Walkera. Nie martw się, postawię ci pierwszą kolejkę.
— Przepraszam, zamyśliłem się — wykrztusił, starając się nie patrzeć na jej kły. — Piwo brzmi świetnie. Naprawdę.
Rezydentka uśmiechnęła się, a on odwzajemnił gest.
Yeldan wróciła i zaczęła coś sprawdzać na komputerze obok Sammy'ego.
— Straszne nudy dzisiaj — zauważyła Katniss, na co elfka prychnęła pod nosem.
Ich zmiana zaczęła się dosyć zwyczajnie, wręcz zbyt spokojnie. Wciąż było sporo ludzi w poczekalni, ale zwolniło się też dużo łóżek, dzięki czemu przyjmowanie nowych pacjentów szło zaskakująco sprawnie. Żadnych poważnych przypadków.
Ale jeśli ten miesiąc na oddziale go czegoś nauczył, to tego, żeby nigdy nie ufać ciszy. Cisza oznaczała, że wszechświat knuł coś nieprzyjemnego.
— Nie wybrzydzaj — zwróciła uwagę pielęgniarka. — Idź do jakiegokolwiek pacjenta, inaczej Maride znowu złoi ci skórę.
Katniss wywróciła oczami, a Sammy przeżuwał kolejny kęs, wpisując do raportu ostatnie informacje.
Nagle zadzwonił telefon. Yeldan podniosła słuchawkę, a jej mina na moment zastygła w profesjonalnym skupieniu. Rezydenci wymienili się spojrzeniami, próbując coś wyczytać z mowy ciała pielęgniarki, ale bez skutku. W końcu przerwała połączenie i westchnęła ciężko, jakby dając sobie ułamek sekundy na przyswojenie informacji.
— Hera — zawołała, gdy zauważyła wyłaniającą się z jednej z sal doktor Maride. — Wypadek drogowy. Wiozą do nas poszkodowanych. W sumie pięć osób jedna w stanie ciężkim – motocyklista, wyciągnięty spod motoru.
— Za ile?
— Jakieś 5 minut.
Ordynatorka skinęła głową, jej wzrok podążył w stronę personelu, który zaczął się gromadzić przy wyspie. Złapała spojrzenie najstarszego rezydenta i zwróciła się do niego spokojnym, ale stanowczym tonem:
— Garcia, zajmiesz się segregacją i mniej pilnymi przypadkami, weź do pomocy Madisona i studentów. Walker i Renard dla was motocyklista. Niedługo do was dołączę, a teraz do roboty.
Klasnęła w dłonie i machina ruszyła.
Niedojedzona kanapka została porzucona na biurku, podczas gdy Sammy szybko dołączył do reszty, która już zajmowała miejsce przy drzwiach, prowadzących do zatoki dla karetek.
— W końcu coś się dzieje. — Katniss wyszczerzyła się do niego.
— Uh-huh — mruknął, odkażając jeszcze dłonie i naciągając z trzaskiem nitrylowe rękawiczki.
Wciągnął zapach antyseptyków i spróbował uspokoić walące w piersi serce. Słychać już było dźwięk syren. Nim się zorientował, jedna z karetek zatrzymała się z piskiem opon, a medycy wyciągali pierwszego poszkodowanego.
Nadszedł czas.
— Clint Porcher, 30 lat, motocyklista — kółka zapiszczały o posadzkę, kiedy nosze zostały przepchnięte przez centrum SOR-u — obie nogi złamane i zmiażdżone. Krwotok żylny wstępnie opanowany. Nieprzytomny.
Drzwi od sali urazowej uderzyły o odbojniki, a personel już krążył, szykując się do przejęcia pacjenta.
— Puls 50, ciśnienie 90 na 60.
— Jak długo był przygnieciony? — głos doktor Maride przeciął pikanie i szum maszyn.
Wkroczyła w sam środek zamieszania i rzuciła szybkie spojrzenie na pacjenta – spod góry zakrwawionych opatrunków zauważyła wystającą kość. Przystanęła z boku, obejmując wzrokiem cały ten względnie kontrolowany chaos.
— Maksymalnie 15 minut — rzucił medyk.
— Kask?
— Zdjęty na miejscu.
— Okej przenosimy go.
Jedna z pielęgniarek już wklepywała dane w szpitalny system, podczas gdy pozostali ustawili się przy noszach i złapali za krawędzie prześcieradła.
— Na trzy. Raz, dwa, trzy.
Szarpnęli jednocześnie, a bezwładne ciało zostało ostrożnie opuszczone na łóżko. Medycy bez słowa zaczęli zbierać się do wyjścia, zostawiając motocyklistę w rękach pracowników oddziału.
— Doktor Renard, jaki plan? — Ordynatorka skupiła się na rezydentce, która badawczo przyglądała się pacjentowi. Jej wyostrzone zmysły wykrywały, to co mogło umknąć zwykłemu człowiekowi.
— Oddech wydaje się być w porządku, więc wykluczyłabym uraz klatki piersiowej. — Sprawdziła monitory. — Serce słabe, ale to może być kwestia utraty krwi.
— Źrenice reagują — dodał Sammy, chowając do kieszeni latarkę. — Ale wciąż się nie budzi.
— Więc?
— TK głowy, nóg i kręgosłupa — Katniss podjęła dalej — dodatkowo morfologia i trzeba powiadomić bank krwi, aby byli przygotowani.
Ordynatorka skinęła głową, po czym rzuciła krótko:
— Doktorze Walker, FAST.
Nie musiała dwa razy powtarzać. Pielęgniarki całkowicie usunęły górną odzież pacjenta i zaczęły ostrożnie rozcinać resztki spodni, a Sammy przyciągnął sprzęt. Wycisnął trochę żelu, po czym przyłożył głowicę do miękkiej skóry brzucha, obserwując ziarniste obrazy, pojawiające się na ekranie obok.
— Brak krwawienia wewnętrznego — oznajmił po chwili i wyłączył maszynę.
— Szykujcie go na TK, ja powiadomię pracownię rentgenowską i chirurgię urazową — zadecydowała doktor Maride, po czym wyszła na korytarz.
Katniss sprawdziła kołnierz ortopedyczny i czy nogi są dobrze zabezpieczone przed kolejnym transportem.
— Walker, idź pomóż Garcii, my już sobie poradzimy.
I Sammy posłuchał, ale zanim opuścił urazówkę, ukradkiem zerknął na zmiażdżone kończyny motocyklisty. Zacisnął pięści aż knykcie mu pobielały. Modlił się, by Clint Porcher się obudził. Modlił się, żeby zdołano uratować jego nogi. Modlił się o jeden dzień bez śmierci.
Doktora Garcię znalazł w jednej z sal, gdzie nadzorował przeprowadzane przez studenta badanie fizykalne. Nie potrzebowali tutaj dodatkowej pary rąk, więc został odesłany do poszkodowanego w sali obok. Podczas zbierania wywiadu dowiedział się czegoś więcej o wypadku, ale jego uwagę przykuł szczegół o opóźnionym wybuchu poduszki powietrznej. Poczuł przeszywający go chłód. Natychmiast przypomniał sobie swojego pierwszego pacjenta – wtedy poduszka zadziałała, ale brak zapiętych pasów przyniósł ze sobą śmiertelne konsekwencje. Odsunął od siebie wspomnienie zmiażdżonej twarzy osiemnastolatka i urwany krzyk matki, która nie potrafiła rozpoznać własnego jedynaka.
Sammy mrugnął gwałtownie, odganiając duchy. Nie ciągnął dalej tematu; od rekonstrukcji wydarzeń była policja. On miał swoje zadanie do wykonania.
— Wszystko wydaje się być w porządku, ale wpisałem pana na wszelki wypadek do kolejki na TK głowy — poinformował pacjenta, po tym jak przeprowadził szybkie badanie i opatrzył powierzchowne rany.
— Dziękuję. — Mężczyzna rozłożył się nieco wygodniej na łóżku, przynajmniej na tyle ile było to możliwe. — Czy mógłby pan... powiadomić moją żonę? Mój telefon został w kabinie.
— Oczywiście. — Sammy uśmiechnął się do niego łagodnie i podał mu notatnik z długopisem. — Proszę zapisać numer.
— Dziękuję, doktorze.
— Nie ma problemu.
— Czy… z pozostałymi wszystko w porządku? Ja… nie chciałem, nawet nie wiem, jak do tego doszło, nie wiem… jechałem przepisowo, a tu nagle huk i straciłem panowanie…
— Panie Koolen, proszę się nie martwić. Teraz musi pan odpocząć. Dobrze?
— Dobrze…
Sammy posłał mu ostatni uśmiech, po czym opuścił salę. Wyrzucił zużyte rękawiczki do pobliskiego kosza.
Odetchnął. Na chwilę. Na momencik, po czym znowu ruszył. Wykonał krótki telefon, żeby powiadomić żonę kierowcy cysterny o zdarzeniu i pozwolił sobie na szybką wizytę w toalecie.
— Walker, jesteś wolny?
Yeldan złapała go, gdy wychodził. Wzięła go pod ramię, kontynuując powrotny spacer w kierunku wyspy.
— Tak, o co chodzi?
— Jeden ze strażaków został ranny podczas akcji i czeka aż ktoś go obejrzy.
— Mogę się tym zająć. Gdzie jest?
— Dziękuję. — Poklepała go po ramieniu i sięgnęła po wypełnioną kartę informacyjną. Podała mu ją. — Wysłałam go do dziewiątki. Nazywa się Gulm i jest z nim kolega – Janek.
Przeczytał pobieżnie najważniejsze informacje z karty. Kątem oka zauważył swoją niedojedzoną kanapkę – majonez zaczął już żółknąć na brzegach. Ścisnęło go w żołądku. Zje później, obiecał sobie, choć wiedział, że to kłamstwo.
— Okej.
— Walker.
Zatrzymał się i spojrzał na nią z tym zdezorientowanym wyrazem twarzy. Uśmiechnęła się ciepło.
— Na pierwszy rzut oka mogą ci się wydać… przytłaczający, ale to dobre chłopaki. Pamiętaj o tym, okej?
— Okej — odpowiedział, choć wyszedł z niego bardziej pisk. Odchrząknął i odwrócił się na pięcie, czując na sobie odprowadzające go spojrzenie pielęgniarki oddziałowej. Każdy krok w stronę dziewiątki wydawał się cięższy. Czuł, jak lęk osiada mu na dnie brzucha, a dłonie robią się nieprzyjemnie wilgotne.
Sammy zatrzymał się przed oszklonymi drzwiami.
Panika uderzyła pierwsza, zanim jeszcze zdążył przyjrzeć się znajdującym się w środku postaciom. Strach wspiął się po kręgosłupie, stopniowo paraliżując każdą z kończyn. Wziął drżący oddech. Klatka piersiowa bolała, jakby miała się zaraz zapaść pod ciężarem wyczuwalnego zagrożenia. Karta pacjenta niemal wypadła mu z rąk. Przez ułamek sekundy nie widział szpitalnych ścian – przed oczami miał rozległe prerie i wpatrujące się w niego oczy drapieżnika. Znalazły go. Nawet tutaj.
Przełknął z trudem ślinę. Przypomniał sobie słowa Yeldan, jej łagodny i ciepły głos. Dobre chłopaki. Zmusił się do spojrzenia na kartę. W pośpiechu nie zauważył wcześniej nabazgranego w rubryce z rasą słowa „ork”.
Na kozetce siedział Gulm. W samej koszulce i ciężkich spodniach strażackich wyglądał jak wyciosany z szaro-zielonego kamienia. Był olbrzymi. Nawet w pozycji siedzącej górował nad otoczeniem, a jego kolega – Janek – siedzący na krzesełku obok, wcale nie ustępował mu rozmiarami. Wydawał się nawet większy. Nie wiedział, który z nich przerażał go bardziej.
Pchnął wreszcie drzwi do sali.
— Dzień dobry, nazywam się doktor Walker i zajmę się opatrzeniem pana rany.
Strażacy ożywili się na jego widok i przywitali się grzecznie, ale i tak nie mógł powstrzymać lekkiego wzdrygnięcia na dźwięk ich mocnych i głębokich głosów.
Odłożył kawałek papieru na bok, po czym zbliżył się do łóżka.
— Jak się pan czuje?
— Wystarczy Gulm.
Sammy wysilił się na uśmiech.
— Okej, jak się czujesz Gulm?
— W porządku. Trochę boli mnie ramię, ale gorsze rzeczy się przeżyło.
Rezydent pokiwał ze zrozumieniem głową.
— Pozwolisz, że zerknę?
— Jasne.
Od razu odkaził dłonie i założył nową parę rękawiczek. Lekko spięty, stanął przy łóżku i nawet nie musiał się schylać, by odwiązać prowizoryczny opatrunek, który trafił prosto do kosza na odpady. Ustawił dodatkową lampę i skierował ją na zaczerwienione, dalej lekko krwawiące skaleczenie. Przyjrzał się uważnie brzegom rany, oceniając rozległość i głębokość nacięcia.
— Dobra wiadomość jest taka, że nie wygląda to najgorzej, ale niestety będą potrzebne szwy.
— To nic. — Gulm machnął zdrową ręką.
Sammy, ignorując skierowane na niego spojrzenia, zaczął krzątać się po sali, zbierając potrzebne narzędzia.
— Najpierw znieczulę obszar wokół rany, oczyszczę ją i zamknę za pomocą staplera. Będzie to szybsze i mniej inwazyjne dla skóry niż standardowe szycie — wytłumaczył spokojnie, choć jego palce zadrżały lekko, gdy szykował strzykawkę ze środkiem znieczulającym. Musiał się skupić. Oszukać własny strach.
— Oddaję się w twoje ręce, doktorze — odparł pogodnie ork, na co Sammy odpowiedział krzywym uśmiechem.
— Możesz poczuć lekkie ukłucie — ostrzegł przed przebiciem się przez skórę i nacisnął delikatnie na tłok, kontrolując podaż środka. — Gotowe. Odczekamy chwilę i zabieramy się do roboty.
Wyrzucił zużytą strzykawkę i przygotował już sobie sól fizjologiczną, a także waciki.
— Więc... jak do tego doszło? — zagadnął w międzyczasie, nie pozwalając ciszy zawisnąć w pomieszczeniu.
— Poduszka powietrzna — rzucił krótko Gulm. — Odrzuciła mnie i trochę się poturbowałem.
— Uderzyłeś się w głowę?
— Lekko, to nic takiego.
Rezydent już wyciągnął podręczną latarkę i poprosił Gulma by spojrzał w jego stronę.
— Źrenice w porządku. Kręci ci się w głowie? Nudności?
— Nie...
Coś w tej odpowiedzi mu nie pasowało, ale wiedział, że nie warto naciskać. Pozostała obserwacja. I nadzieja, że w razie czego pacjent otworzy się przed nim.
— Mogę cię wpisać na TK, ale ostrzegam, że pewnie będziesz musiał poczekać kilka dodatkowych godzin.
— Nic mi nie jest — zapewnił go ork, ale Sammy już podjął decyzję za niego. Jak tylko skończy ze zszywaniem znajdzie Yeldan, aby przekonała strażaka do zostania na dodatkowe badania.
— Okej. Zobaczmy czy znieczulenie działa. Czujesz? — Nacisnął palcem przy ranie, a ork pokręcił przecząco głową. — Super.
Sprawnie przepłukał ranę najpierw solą fizjologiczną, a potem antyseptykiem, pozbywając się zaschniętej krwi i wszelkich innych zanieczyszczeń, który mogły się wcześniej dostać do środka. Następnie osuszył zranione miejsce i sprawdził stapler.
— Chyba nigdy wcześniej cię tu nie widziałem, doktorze — mruknął ork, kiedy już ustawił się blisko jego ramienia i docisnął stapler do skóry. Zdecydowanym ruchem pociągnął za spust, czemu towarzyszyło ciche kliknięcie. — A ty Janek? Kojarzysz doktora Walkera?
— Nie — padła odpowiedź, a Sammy zerknął na drugiego strażaka, spotykając się z jego żółtymi oczami. Szybko odwrócił wzrok, czując na karku zimny dreszcz. Sprawdził, czy zszywka prawidłowo się uformowała i czy trzyma się brzegów rany.
— Jestem tu od niedawna, więc pewnie nie było zbyt dużo okazji do spotkania — odparł.
— Tutejszy? — zaciekawił się Gulm.
— Nie. Jestem z Vespy.
Ork gwizdnął pod nosem.
— Pewnie przyjazd tutaj musiał być dla ciebie dużym szokiem.
— Tak — Sammy zaśmiał się nerwowo. — Wciąż staram się przystosować. Po prostu… wszystko jest tutaj takie — zerknął najpierw na zszywanego strażaka, potem na jego brodatego kolegę — inne.
Janek pochylił się, a krzesło jęknęło pod jego ciężarem. Ze swojego miejsca pod ścianą próbował zerknąć z dziecinną ciekawością na poczynania młodego rezydenta.
— Dobrze idzie, doktorze — mruknął, chcąc być pewnie miłym, ale w małej sali jego głos zabrzmiał jak niski pomruk, od którego Sammy'emu zadrżały palce na rękojeści staplera.
— Dziękuję — wykrztusił rezydent i zaaplikował ostatnią klamrę. — Gotowe. — Odłożył urządzenie na tackę. Jego dłonie działały już mechanicznie. Wygrzebał z przenośnej szafki jałowy opatrunek i zakleił nim linię szwów. — Nie powinieneś moczyć rany przez najbliższą dobę. Później możesz ją delikatnie przemywać solą fizjologiczną. W razie czego zamieszczę niezbędne kroki pielęgnacyjne na wypisie i za dziesięć dni możesz stawić się na zdjęcie. Chyba że wcześniej zacznie się dziać coś niepokojącego, to wtedy od razu przychodź.
— Dziękuję, doktorze. Czy mogę liczyć na naklejkę dzielnego pacjenta? — zażartował Gulm.
— Uh-huh. — Sammy zdjął rękawiczki i pogrzebał w kieszeni spodni. Wcisnął mu do ręki drobną naklejkę z bajkowym misiem. Ork popatrzył na niego dziwnie i wtedy zrozumiał, co właśnie zrobił.
Krew uderzyła mu do twarzy. Otworzył usta, zszokowany własną głupotą.
— J-ja... pójdę lepiej załatwić wypis — pisnął.
I zanim którykolwiek ze strażaków zdążył coś powiedzieć, wypadł przez drzwi, prawie się od nich odbijając.
Musiał znaleźć Yeldan.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz