Wóz strażacki za nic miał gniewną czerwień sygnalizacji. Gnał przez miasto, płosząc inne pojazdy ogłuszającym wyciem, oślepiając błyskającymi światłami, zmuszając miasto, by zamarło, cofnęło się i ustąpiło. Pruł przed siebie, niepomny na przepisy, przecinał skrzyżowania, byle do przodu, byle szybciej, byle dotrzeć na miejsce. Tarik zakręcił kierownicą, pasy wbiły się w pierś Janka, gdy wóz, nie zwalniając, pokonał ciasny zakręt, pojechał kawałek pod prąd, zniknął w kolejnej ulicy.
— …trzyosiowa cysterna, Helix Thaumaturgics, wywróciła się i zjechała częściowo z drogi, blokując dwa pasy ruchu. — Gulm czytał z tableta głosem doświadczonego reportera terenowego. — Samochód osobowy, zderzenie czołowe z cysterną, kierowca i pasażerka przytomni przy zgłoszeniu. Motocyklista, wraz z pojazdem wyrzucony poza drogę, brak kontaktu.
— Kierowca cysterny?
— Przytomny — odparł Gulm. — Ale niezdolny wyjść o własnych siłach. Pewnie zakleszczony.
Janek słuchał raportu, a w jego głowie układał się obraz zdarzenia. Czworo ludzi, w różnym stanie, trójka przytomna, może nie będą ciężko ranni. Może tego ostatniego bogowie jednak chronili, może i jego uda się w czas ocalić. Coś ścisnęło się w piersi Janka, jak zawsze się ściskało, gdy myślał o tych, których żywioł poturbował.
— Ładunek? — głos kapitan Arnbjǫrg przerwał jego rozmyślania.
— Klasa B, środek chłodniczy — relacjonował dalej Gulm. — Dyspozytor potwierdził dokumentację, nic szczególnego, brak zagrożenia chemicznego i magicznego.
Elowen skinęła głową, Ylva odetchnęła, Vlad rozpadł się mocniej na siedzisku. Tyle dobrego.
— Dojeżdżamy — ozwało się z szoferki, nim szarpnęło, wóz wyhamował, parsknął żwirem spod stygnących opon.
Wyskoczyli, zwarci i gotowi, ze skupionymi spojrzeniami, dłońmi uzbrojonymi w sprzęt, butlami i apteczkami ciążącymi na plecach. Janek poprawił uchwyt na desce ortopedycznej.
— Janek, Ylva, motocyklista — zakomenderowała kapitan Arnbjǫrg. — Gulm, Vlad, cysterna. Elowen, Tarik, osobówka. Ruszajcie.
Ruszyli. Ylva przelotnie rzuciła Jankowi spojrzenie. Nie potrzebowali słów. To było to nieme pytanie – czy słyszał bicie serca, czy był oddech, czy biegli do poszkodowanego, czy do stygnącego trupa. Janek skinął głową, narzucił tempo. Ylva uśmiechnęła się, przyspieszyła.
W przelocie ogarnął spojrzeniem cysternę i osobówkę – przód wygięty w harmonijkę, biel poduszek powietrznych, sflaczałych i postrzępionych, gdy wykonały już swoje zadanie. Dwójka osób, wystraszonych i drżących, stojących tuż przy wehikule, Vlad i Tarik znaleźli się przy nich w okamgnieniu. Kawałek dalej cysterna. Dyszała ciężko na poboczu, ukazując czerń podbrzusza i strzęp pękniętej opony, Janek ledwie widział szoferkę. Nie musiał – dochodził z niej odgłos przestraszonej, uwięzionej ofiary, słaba woń krwi sączącej się leniwie z zadrapań. Ale to nie ona najmocniej do niego wołała.
Do miejsca, gdzie leżał motocyklista, prowadziła ścieżka zdartej ziemi. Resztki barierki, połamane gałęzie, rozrzucony żwir, gdy motor przedarł się przez wszystko niczym rozpędzona kometa. Motocyklista leżał pod nim jak bezwładna pacynka, przygnieciony bezlitosną stalą, a gorący, żelazisty zapach, pulsował w rytm słabnącego serca.
— Proszę pana? Słyszy mnie pan? — Ylva przyklęknęła przy mężczyźnie, dłonie dotknęły piersi, gdy nie zareagował. — Oddycha. Płytko, źle to wygląda. Weźmy ten kask.
Janek skinął w milczeniu, ustabilizował głowę, Ylva zaczęła szukać zapięcia.
— Dobrze, że go chociaż miał.
Ostrożnie, delikatnie, resztki plastiku ustąpiły i zaraz pojawił się kołnierz. Ylva ledwie odgarnęła kosmyk włosów, Janek już był z powrotem przy motorze, wziął się za odłączanie akumulatora. Szybkie oględziny upewniły strażaka, że jedyny płyn na ściółce był krwią mężczyzny, nie olejem z silnika.
— Z tymi nogami to ciężko będzie.
Ylva przytaknęła.
— Uniesiesz motor?
— Uniosę — Janek momentalnie był gotowy, pewnie chwycił metal, zaparł się stabilnie. — Jeno słowo.
— Czekaj, muszę tylko… mocno krwawi…
— Pomóc?
Ylva pokręciła głową, wybebeszyła apteczkę.
— Żylny, dam radę.
Biel świeżych opatrunków momentalnie nabiegła czerwienią, tylko dotknęła ciała poszkodowanego. Janek skinął głową, obserwował, jak bandaże owijają nogi tam, gdzie Ylva była w stanie sięgnąć, jak gaza uciska, tamując krwotok. Serce mężczyzny wciąż biło, choć rytm brzmiał zmęczeniem i słabością, a…
Wtem Janek odwrócił głowę, spojrzał w stronę drogi. Tam, gdzie dyszała cysterna.
— Janek?
Chwila ciszy.
— Gulm jest ranny.
Bandaż na moment znieruchomiał.
— Mocno?
Znów cisza.
— Chyba nie.
Tylko ktoś, kto dobrze znał Ylvę mógłby dostrzec, jak w jej ruchy wkradła się nerwowość, jak dłonie w rękawiczkach przyspieszyły, gnane czymś więcej, niż chęcią pomocy poszkodowanemu. Ich ekipa była niemal jak rodzina – Janek rozpoznawał bicie tych czterech serc i ciszę w piersi Vlada niczym dźwięk własnego domu. Ich melodia przynosiła poczucie bezpieczeństwa, dawała odwagę, by wkroczyć w płomienie, bo gdyby cokolwiek się wydarzyło, nigdy nie był sam. Wiedział, jak każdy rytm zmieniał się wraz z emocjami, wiedział też, jak brzmiał, gdy przychodziło nieszczęście.
— Janek?
— Gotów.
Uwaga już skupiła się na motorze.
— Delikatnie — Ylva dobyła kolejnych opatrunków, spięła się, gotowa szybko działać. — Zaczynaj.
Motor jęknął, dźwignięty nieludzką siłą, uniósł się niespiesznie, centymetr po centymetrze, ostrożnie uwalniając poranione nogi.
— Mam go — mruknęła Ylva, pochylając się już w stronę nowej rany.
Błysnęła odsłonięta kość, bluznęło czerwienią. Kolejne bandaże tamowały, ochraniały, stabilizowały. Janek podniósł do reszty maszynę, cisnął gdzieś w krzaki.
— Deska — rzuciła Ylva.
Znalazła się w okamgnieniu przy poszkodowanym. Ylva z najwyższą ostrożnością obróciła go na bok, deska wsunęła się pod plecy i już, mężczyzna leżał stabilnie. Nożyczki poszły w ruch.
— Ubranie go osłoniło. — Rękawiczki ucisnęły ciało. — Brzuch miękki. — Ylva westchnęła, sięgnęła apteczki. — Na razie.
Janek skinął głową, obserwował, jak medyczka wprawnie zakłada wkłucie. Wilkołaczka podała przejrzysty płyn z jednej z fiolek.
— Gulm?
— Stabilnie — odparł Janek.
Westchnienie ulgi.
Dźwięk podłączonego kardiomonitora nałożył się na słyszane przez Janka bicie serca motocyklisty. Ylva pozbierała rozrzucone rzeczy, zapięła apteczkę.
— Idziemy.
Skinienie głową i już wracali. Nie musieli tego nawet ustalać, nogi same zaniosły ich bliżej cysterny. Wiatr zawiał, zmierzwił włosy Ylvy, wilkołaczka zmarszczyła nos. Nabrała tchu, jakby chciała coś powiedzieć, lecz wtem dotarł do nich głos kapitan Arnbjǫrg, przyszły kolejne polecenia. Dojechały jeszcze dwie karetki, medycy wprawnie przejęli od nich poszkodowanego. Tamta dwójka z osobówki już wsiadała, okryta kocami, a jeden z ratowników uspokajająco otaczał ramieniem plecy, pomagając ze stopniami. Kierowca cysterny leżał już na noszach, owinięty złotą folią, zaraz obok stał kolejny medyk, trzymając mu nad głową kroplówkę. Wszyscy się kręcili, wszystko było w ruchu, lecz sytuacja została opanowana, było już bezpiecznie.
— Gulm?
Janek podszedł do orka, a gdy ten się odwrócił, objął wzrokiem ranę.
— To przewiązać trzeba.
Gulm skinął mu głową.
— W karetce już to zrobią.
— Jakie w karetce — Ylva pojawiła się zaraz obok, już sięgała po nowe rękawiczki. — Pokaż mi się. Co się stało?
Znaleźli miejsce, znaleźli chwilę czasu, przyszedł moment oddechu.
— Poduszka — odparł krótko Gulm, pozwalając Ylvie rozciąć podarty rękaw strażackiej kurty. Spod spodu wyzierała czerwień podrapanej skóry. — Wyciągaliśmy kierowcę. Nie przewidziałem, że poduszka po prostu się otworzy. — Westchnął, zmarszczył brwi, nie wiadomo, czy na gazik dotykający ran, czy na własne niedopatrzenie. — Vlad utrzymał nosze, ale mnie rzuciło na cysternę. Zahaczyłem rękawem, trochę mnie obiło.
Janek popatrzył w stronę pojazdu, w myślach nakreślił trajektorię. Kawał zjazdu Gulm im tam zaliczył, aż do samego włazu, co na szczycie cysterny był.
— Rozległe ale płytkie — oceniła rozcięcia Ylva, podniosła wzrok na orka. — Dobrze, że jesteś cały. Uderzyłeś głową?
— Trochę, nic wielkiego.
— Nie kręci ci się? — spytała od razu czujnie. — Mdłości?
— Nie — wahanie w głosie było ledwie wyczuwalne — i tak już jedziemy.
— Janek? — Głos kapitan Arnbjǫrg sprawił, że nie tylko głowa Janka się odwróciła. — Pojedziesz z Gulmem. Reszta pomoże z uprzątnięciem miejsca wypadku. Lawety już jadą, ale potrzebuję jeszcze raportów.
Strażak skinął głową, wyciągnął rękę do orka, pomagając mu wstać. Trochę nim zarzuciło, ale Janek miał za silny uchwyt, żeby puścić. Ylva przez ten czas zebrała ponownie apteczkę. Znikąd pojawił się Tarik, po chwili dołączyła też Elowen i Vlad. Smutek malował się na obliczu tego ostatniego.
— Gdybym tylko mógł zareagować szybciej, wydarzenia potoczyłyby się inaczej i nie doszłoby do tego… — przyznał, spoglądając na bandaże owijające ramię orka. — Tak mi przykro.
— Napełnienie się poduszki powietrznej to proces trwający średnio trzydzieści milisekund — zauważyła logicznie Elowen. — Nie miałeś najmniejszych szans zareagować w tak krótkim czasie. Nawet kierowca rajdowy nie dałby rady.
— Ale…
— Uszy do góry — Tarik wyszczerzył zęby, klepnął Vlada gdzieś na wysokości nerek. — Ważne, że poszkodowany ogarnięty, zawinięty w złotko jak cukierek.
Gnom na pewno pociągnąłby dalej żart, może sprzedał jeszcze komuś kuksańca w biodro, ale oto medycy skinęli w stronę Gulma, kazali wsiąść do karetki. Janek podążył za nim, popatrując na drugiego strażaka.
— Na pewno ci się w tej głowie nie toczy? Żeś tam nieźle poleciał.
Ork zamrugał, po chwili zaprzeczył.
— Nie, jest dobrze, nie musisz się martwić.
Wsiedli, medyk pomógł Gulmowi wyciągnąć się na noszach, omijając przycupniętego z boku Janka. Drzwi karetki trzasnęły, silnik zamruczał, a potem odjeżdżali już, odprowadzając wzrokiem resztę ekipy, mającej stawić czoło ostatniemu z zadań – konieczności sporządzenia raportu.
— Te poduszki, to jak Elowen mówiła. Się człowiek nie obejrzy i już są. I że się nie otwarły w czas, przy tym, jak się cysterna przewracała, to doprawdy dziwna sprawa — zaczął Janek.
— Mogłem to przewidzieć — odparł po chwili Gulm.
Janek westchnął głęboko. Ork lubił mieć wszystko zaplanowane i przewidziane, lubił być przygotowany na każdą ewentualność, choćby nieprawdopodobną się zdawała, a gdy los wynalazł sposób, by sobie z niego zadrwić, sumienie gryzło go bez ustanku, za nic mając logiczne argumenty. Wydawało się, że i teraz owo sumienie gryzło, bo choć nikt prócz niego samego nie ucierpiał przez tę nieszczęsną poduszkę, Gulm zdawał się dryfować myślami, jedynie milczeniem w rozmowie uczestniczyć.
— Jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by sobie usiadł — zauważył filozoficznie Janek. — Wszystkiego przewidzieć się nie da. — Zamilkł, lecz nie doczekał się odpowiedzi. — Jak Ylva mówiła, że płytkie te rany, to pewnie szybko do sprawności wrócisz. A i w szpitalu dobrzy ludzie są, pomogą w mig.
Towarzyszący im medyk wyszczerzył zęby.
— A pewnie. Jak na studentów się nie trafi, bo jacyś nowi są, jeszcze tacy nieopierzeni.
— Nieopierzeni to nie znaczy, że poradzić sobie nie będą potrafili. Po szkole przecież są, wiedzą, co czynić trzeba — obronił ich Janek.
— Teoretycznie to tak, a w praktyce to zobaczymy — odparł medyk, wrócił spojrzeniem do Gulma, twarz znów zmieniła się w maskę profesjonalizmu. — Wszystko dobrze? Potrzebuje pan czegoś przeciwbólowego?
Gulm po chwili pokręcił głową.
— Nie jest źle.
Reszta podróży upłynęła im we względnym milczeniu, gdy medyk z Jankiem od czasu do czasu przerzucali się jakimiś wypowiedziami, mężczyzna dodatkowo uzupełniał raport stanu zdrowia Gulma, ork zaś rozkładał na czynniki pierwsze sytuację z cysterną, usiłując widać znaleźć taką wersję wydarzeń, w której poduszka powietrzna nie wybucha.
Karetka zwolniła, wykręciła za szpitalem, zajechała na podjazd. Za przeszklonymi drzwiami SORu zniknęły już nosze z resztą poszkodowanych z wypadku, zajmując i tak już pełne ręce załogi oddziału. Gulm jednak, mimo strażackiej kurty, nie był w tej sytuacji priorytetowym pacjentem.
— Cosik tak czuję, że sobie tu trochę poczekamy — mruknął Janek, gdy medyk wytoczył nosze z karetki i zaczął pchać je w stronę oddziału.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz