20 lutego 2026

Od Muunokhoi – Walentynki

Dzicz mówiła do niej chropowatymi słowami ściśniętymi w zwoje wiekowych pni. Gdzie inni słyszeli wiatr targający gałęziami, gdzie ściółka pękała im pod nogami, a lis zwężał swe oczy, umykając w mrok jamy, Muunokhoi słyszała duchy. Ich głosy stare, zdarte niczym schorowana kora; ich głosy młode, zachwycające się każdym ciepłym podmuchem, niedoświadczone trudami suszy. Wrażliwsza od pozostałych szamanów i szamanek na połączenie między Ziemią a Niebem, z wrodzoną zdolnością do wyczuwania czegoś, w czym niektórzy musieli się szkolić, w pierwszych latach swej nauki doskonaliła umiejętność wyciszania świata wokół siebie, by odróżniać wołanie od szumu, błaganie o pomoc od rozdrażnionego krzyku. Dlatego też wpierw nie mogła uwierzyć, gdy ten lament serca spadający z Nieba na podobieństwo sokoła pędzącego ku ziemi ze złamanym skrzydłem zdołał przebić się do niej, ściągnąć szamankę do niepozornego świerku rosnącego tuż nad płytkim jeziorem. Płaczliwy śpiew pokonał skrupulatnie postawione zapory, trafił Dziecko Nieba niczym strzała przeszywająca kochanka na widok swej lubej. Daleki od próśb, które zazwyczaj spełniała szamanka, okazał się zbyt natarczywy, by go zignorować.
Muunokhoi stanęła przy drzewku, wątpliwym wzrokiem przejechała od czubka aż po dół pnia.
Wciąż była młoda i pozbawiona doświadczenia, lecz jej lud wyznawał zasadę nauki poprzez brutalną styczność z rzeczywistością. Przemierzała równiny, wykonując oczekiwane po niej zadania – egzorcyzmy, mediacje w kłótniach między klanami, komunikację z duchami, nawet zwykłą pomoc przy zwierzętach, bo choć była duchowym przewodnikiem, urodziła się również człowiekiem swego kraju, który z każdego dnia potrafił uczynić walkę. Uczyła się sumiennie, by płynnie przejąć pałeczkę po wciąż urzędującym szamanie, jednym ze swoich mistrzów, nie sądziła jednak, że w ramach swej podróży natknie się na załamanego i zakochanego bożka lasu.
Może właśnie z tego powodu musiała usłyszeć jego zawodzenie, kolejna próba, kolejna nieoczywista nauka od duchów. Porzuciła więc swe wahanie, podeszła do świerku. Jej dłoń spoczęła na chudym pniu, palce wpasowały się między płytkie zagłębienia kory. Zamknęła oczy, otwierając się na energię przepływającą przez świerki, a drzewo odpowiedziało.
Linia łącząca materialne ciało z obecnością w Krainie Nieba pulsowała zaskakująco płynną melodią wygwizdaną na źdźble trawy, wzdychała ciężkimi oddechami rozdartego serca. Ton głośny, zdesperowany, uparty, któremu nie pozostało nic więcej, niż krzyczeć. Muunokhoi nie musiała dobywać swego instrumentu i wkraczać do Nieba z własną melodią, wybijającą rytm życia samego świata, gdy ktoś grał tak uporczywie dla niej. Wystarczyło jej chwycić za linię i ponieść się nurtowi, bo wrota stały otworem.
Jej moc ledwie musnęła wibrującą esencję świerku, lecz tyle wystarczyło, by dech jej wybiło z piersi, a poszycie umknęło spod nóg. Oto została wyszarpana Ziemi i oddana Niebu.
Wciąż czuła się pozbawiona gruntu, a jednak gdy otworzyła oczy, stała pośrodku tego samego lasu, przy tym samym świerku i jeziorze, choć drzewa rosły gęściej, a niebo zdawało się napierać na nią milionem tańczących gwiazd, dla których nie istniały nazwy w materialnym świecie. Tu zorza była wiatrem, mgła rześkim posłańcem, złoto traw bezpieczeństwem mieszającym się z miękkością srebrnych pędów roślin. Przy mrugnięciu horyzont rozmywał się w paletę nierealnych rozbłysków, by przy kolejnym spojrzeniu stać się na powrót pociągnięciem pędzla zarysowującym gładkimi konturami mleczną glebę. Nie istniał czas, jedynie przepływ duchowej energii zmieniającej swój stan niczym rzeka wpadająca w ocean i rozwidlająca się poza jego granicami na miliony strumieni. Kraina Nieba. Jej drugi dom.
Spojrzała w dół, na powód swego przybycia.
Bożek świerkowy opierał się plecami o pień lichego drzewka, nucąc nieustannie swój lament. Patykowaty i drobny, wyglądał jak oderwana gałąź, rzucona wiatrem pod świerk. Drobne igiełki wystawały z czubka jego głowy i zlewały się ze szczeciną na brodzie niczym rozsypane runo leśne, przez które przedzierały odłamki kory stanowiące jego poliki oraz czoło. Różnił się od innych opiekunów tego lasu, postawnych jak tarany, z ramionami grubszymi od najcięższych konarów i spojrzeniem pamiętającym pierwsze stulecie wielu drzew. Ten tutaj ledwie odrósł od pnia.
— Jesteś tym, który mnie wezwał — odezwała się Muunokhoi, głosem poważnym, nielekceważącym młodego ducha.
Bożek podskoczył, krzyknął z zaskoczenia, brzmiąc jak pękająca gałązka. Szamanka powstrzymała się przed zmarszczeniem brwi.
Wielkie oczy o barwie świeżej żywicy zamrugały, jeden, drugi raz, jakby dostrzegły samo boskie Niebo we własnej osobie.
— Ja, no… — wydukał bożek, dźwiękiem niczym nieróżniącym się od dzięcioła uderzającego o pień. — N-nie spodziewałem się, że odpowiesz, Dziecko Nieba.
Muno wyciągnęła dłoń, bożek niepewnie na nią zerknął. W końcu oplótł chudymi palcami jej nadgarstek, wpijając się chropowatą skórą w ciało. Wstał nieco pokracznie. Nie był nawet wyższy od niej.
— Twoje wołanie faktycznie brzmiało… nietypowo. Ale skoro przybyłam, zamierzam ci pomóc najlepiej, jak potrafię. — Muunokhoi wyprostowała ramiona. — Czego ci trzeba, bożku?
Jego palce zacisnęły się na szamance jeszcze mocniej, w obawie, że ta zaraz rozpłynie się jak halucynacja zmęczonego umysłu.
— Na imię mi Gatsuur i potrzebuję cię, by zdobyć rękę mej ukochanej!
Nigdy wcześniej Muno nie doświadczyła niezręcznej ciszy spowijającej las, lecz najwyraźniej również i na to przychodzi pierwszy raz, gdy twojej pomocy poszukuje załamany opiekun drzew.
— Prowadzę ceremonie i błogosławię małżeństwa, jeśli tego ci trzeba… — zaczęła niepewnie, bo wiedza o miłosnych rozterkach mieszkańców Krainy Nieba nie wchodziła w zakres jej nauczania, zaś czas, którzy inni poświęcali na młodzieńcze zaloty, Muunokhoi kojarzył się z walką o przetrwanie we wspomnieniach przodków ze swojego Panteonu. I nie kłamała, mówiąc, że potrafi poprowadzić ślub, gdyż moc Dziecka Nieba niezmiennie przez wieki była pożądana do błogosławieństwa miłości, lecz nie lubiła tego czynić. Czuła się jak oszust, jak zabawiacz snujący opowieści o czymś, czego sam nigdy nie przeżył.
— Och, tak, marzę, by móc ją poślubić… — rozmarzył się Gatsuur, przesuwając wzrokiem gdzieś ponad ramieniem szamanki, po niespełnionych marzeniach, zaraz jednak potrząsnął głową, aż posypały się igły. — Ale nie o to chodzi. Nie mogę jej tak po prostu poślubić, choć ma miłość jest czysta i gorąca jak słońce przyświecające świętemu kurhanowi Al Altan Khana. Jej matka nie uważa mnie za godnego.
— Więc ją przekonaj.
— Nie zdołam!
Muno nie wytrzymała, wyszarpała się z pełnego drzazg uścisku Gatsuura.
— Bożku, bredzisz gorzej od woja lubującego się w mocnym kumysie. Gdzie niby tutaj moja pomoc jest potrzebna? Żadna ze mnie swatka. Mam wstawić się za sobą?
Bożek spuścił wzrok, zakręcił stopą w ziemi, w tej dzikiej zieleni i fiolecie sączącym się z opadłych liści oraz igieł.
— Można bodaj tak to ująć — wymamrotał, kurcząc się, niby drzewko ucięte w połowie. — Pani Wielbłądzica życzy sobie ujrzenia kandydatów i kandydatki o rękę jej córki w walecznych konkurencjach, które w jej oczach wyłonią prawowitego męża bądź żonę.
Nic w tej całej wypowiedzi nie zaniepokoiło Muunokhoi bardziej od tego jednego imienia.
— Twoją ukochaną jest córka Pani Wielbłądzicy?
Opiekunka wielkich ziem, sprawująca pieczę nad niejednym klanem Równin, który hodował stada garbatych stworzeń, należała do kręgu najpotężniejszych duchów zamieszkujących Niebo. To ona była jedną z tych, co opierała się najdłużej przed stworzeniem przymierza przed demonami, gdy inne duchy szły w ślady dyplomacji Al Altan Khana i zakopywały wiekowe topory niezgody, by odkryć siłę we wspólnocie. Lecz jej duma nie znała granic, a bojowe wielbłądy dzielnie broniły rozległej krainy, dopóki książęta piekieł nie uderzyły z pełnią swej mocy. Z ranami poszła do swych sióstr oraz braci, lecz nikt nie śmiał jej oceniać, nikt nie wytykał palcem, gdyż nawet z rozbitym wojskiem Pani Wielbłądzica wyglądała na miarę swojego dumnego miana.
Wystarczyłoby jej spojrzeć na Gatsuura, żeby złamać go w pół, nawet bez trzasku, tak nieistotny byłby to dla niej gest.
— Nie miałeś gdzie indziej w lesie tego serca podziać?
— Serce nie sługa — westchnął bożek.
— Wielbłąd nie łaskawiec — prychnęła na niego, na co Gatsuur znów się skulił. Muno pożałowała swych słów, bo kim też była, żeby oceniać bożka, który grał nieustannie od poprzedniej pełni księżyca, grał i śpiewał, i wołał samą Pierwszą Szamankę Wielkich Równin, która według niego miała moc zdolną ocalić jego miłość. Dodała ciszej, spokojniej: — Ale zależy ci.
— Tak jak mym drzewom zależy na wietrze zrzucającym ich szyszki, na wodzie dającej im życie. — Gatsuur wygiął usta w żałosnym grymasie. — Niech duchy będą mi świadkami, ja uschnę bez niej. Wiem, że jest wielką panią, dziedziczką rozległych ziem w Krainie Nieba, lecz ujrzeliśmy w sobie czułość, która połączyła nas ponad różnicami kierującymi naszymi losami. — I wtem rozpacz wzięła górę, bożek padł na kolana, chuderlawe ręce zaczepiły się o spodnie szamanki. — Dziecko Nieba, zmiłuj się nad umierającym z bezsilności drzewem, zostań mym wysłannikiem miłości. Wszyscy kandydaci są wielkimi duchami, bogami wręcz w swej dziedzinie, nie dam im rady, lecz pewność mam, że mną kieruje prawdziwe uczucie i ono winne zwyciężyć.
— Dobrze, już dobrze… — odparła Muunokhoi, nie wiedząc już, czy bardziej krzywi się przez nazwanie ją „wysłannikiem miłości”, czy przez to błaganie ją na kolanach. Chwyciła za ramiona bożka, podciągnęła go do góry bez trudu. — Prowadź do Pani Wielbłądzicy zatem. I opowiedz mi o tych pozostałych kandydatach.
Gatsuur zatrząsł się, jak gdyby tknięty dzikim wiatrem, igły na jego głowie nastroszyły się z podekscytowania.
— Dzięki tobie niech będą, Dziecko Nieba! Najpiękniejsze dzięki, które zagram na gałęziach drzew, które poniesie się przez cały las…!
Muunokhoi cicho westchnęła, ale poszła. Przeżyła plagi, wojny swoich przodków, jak ciężkie mogło być wygranie zgody matki na małżeństwo?


Ochmaa Khatun rżała jak młoda klacz przez opowieści Gatsuura.
— I to on ma poślubić księżniczkę? — zachichotała, trącając nosem bożka, na co ten prawie wyłożył się jak długi w trawie.
Przewodniczka Niebiańskiego Stada sama odnalazła swoją szamankę, wyczuwszy jej charakterystyczną obecność w Niebie. Przegalopowała płynnie przez krainę, ledwo dotykając kopytami ziemi, a czerń jej grzywy rozmywała się na niebie niby sokół przysłaniający swym cieniem step. Ochmaa Khatun poza granicami Krainy Nieba kroczyła z gracją zapomnianych bogów, którzy znali każdy kamień w stworzonym przez siebie świecie, lecz tutaj, w swym domu, zdawała się być jednym z tych bogów – piękna i nieprzewidywalna, mało delikatna dla drobnego stworzenia pragnącego rzeczy, których nie przewidział dla niego los.
— Jeśli uda mi się zdobyć jej rękę w jego imieniu — odpowiedziała Muunokhoi, wspinając się na srebrzyste wzgórze.
— Powinnaś ją zatem sama poślubić.
Szamanka zerknęła na klacz, rybie oko łypnęło na nią z rozbawieniem.
— Żarty się ciebie trzymają, przyjaciółko.
— Nie każdego dnia drzewo próbuje dotknąć słońca.
Gatsuur był zbyt onieśmielony Ochmą, żeby wiele powiedzieć, lecz zdołał bąknąć:
— To tu. — I wskazał chropowatym palcem na zbiorowisko u podnóża wzgórza, gdy stanęli na jego łagodnym szczycie.
Uczestników, według Gatsuura, było trzech, lecz widownia rozsmakowana w dobrej rywalizacji robiła tłum jak dla setek sportowców biorących udział w corocznych igrzyskach. Wielbłądy o trzech garbach, stojące na baczność na dwóch nogach bądź czekające na wszystkich czterech, duchy lasu z zielonymi głowami, duchy rzek z lejącymi się brodami, stada koni mieszające się z rozszczekanymi psami, dawne wojowniczki i szamani, którzy zasłyszeli w Wielkiej Jurcie o postanowieniu Pani Wielbłądzicy. Trzeba było się wysilić, by pośród nich dojrzeć tych, którzy walczyć ze sobą mieli. Najbardziej z ich trójki rzucała się w oczy Córka Pana Ognia, zwana Tsenkher Gal. Dzika iskra z iskry swego ojca, gorzała zabójczym światłem błękitnego ognia, od którego swe miano dostała – jej włosy, palące języki gorąca, unosiły się wokół opalonej twarzy, upodabniając ją do błyskawicy, a ta dumna mina i krnąbrny uśmiech spaliłyby żywym ogniem niejednego, kto odważyłby się podejść za blisko. Obok niej, z namaszczeniem polerując swój miecz, aż oglądać w nim można było nierzeczywiste barwy krainy, stał Ukhel Arban, Śmierć Dziesięciu. Był jak kropla oleju na tafli wody, samotny wśród nieprzebranych zastępów duchów, bo prawdziwe jego imię może i znane nie było, on sam zaś od wieków żył w blasku Nieba, lecz demonicznego wyglądu nic nie mogło ukryć – wyciągnięty, byczy pysk, dwie pary rogów wijące się nad łbem, szpony u dłoni stworzone do rozszarpywania słabych istot. Zabił dziesięciu swych braci, gdy ci rzucili się na niego, najstarszego, by odebrać należną mu władzę, a on, zdradzony przez własną krew, porzucił piekło demonów, biorąc na swe barki miano zdrady jako przypomnienie dla siebie, jak i innych, że raz zabił podstępne duchy i uczyni to znowu. Mimo to nikt mu nie wiwatował, lecz Ukhel nie dbał o ich aprobatę. Na końcu, z pogardą, którą jedynie nieosiągalne szczyty mogą mieć do śmiesznie małych stworzeń rzucających im wyzwanie, patrzył na swych rywali Narin Xartsaga, Pan Gór, jeden z Jeźdźców Samotności. Pędzili oni na grzbietach zdradzieckich podmuchów wyjących wśród skał, nie mając towarzysza, nie mając ducha, którego nazwaliby swym wierzchowcem.
A przed nimi, usadowiona na grzbiecie bardziej bestii niż wielbłąda o czterech garbach, widowiska oczekiwała Pani Wielbłądzica, w dobrobyt ziem opływająca i we wzgardliwych spojrzeniach nieprzebierająca. Mlaskała wydętymi wargami, popijając tłuste, wielbłądzie mleko z kielicha, ubrana w zdobną kurtę podzwaniającą cicho złotymi dzwoneczkami. Córka ginęła przy majestacie matki, ta drobna persona przypominająca bardziej pachołka ze spuszczoną pokornie głową niż księżniczkę Checheg Chotgor. Gdyby nie dostojne zwierzę, którego dosiadała, zniknęłaby zupełnie, bo nawet jej nieziemska uroda blakła w oczach przez smutek okrywający łagodne oblicze.
Muunokhoi, z Ochmą kroczącej po jej prawej, Gatsuurem trzęsącym się po jej lewej, zeszła między mieszkańców Nieba z uniesioną głową, bo nic nie pachniało dla duchów gorzej niż niepewność.
Wyczuli ją błyskawicznie – szamańską siłę rozchodzącą się w powietrzu niczym okręgi na wodzie po wrzuceniu kamienia, pulsującą w rytmie energii przepływającej przez duchy. Wiele spojrzeń ją nie peszyło, do wytykania palcami nawykła lata temu, więc szła, nie zatrzymując się przez szepty, a tłum robił przejście dla jej małego pochodu, milknąc z każdym jej krokiem. Szacunek stanowił drogą walutę w Niebie, ona zaś wciąż nie dowiodła wystarczająco, by zyskać sobie całkowitą przychylność duchów.
Zawsze mogła zrobić więcej, postarać się bardziej, choć nigdy nie będziesz wystarczająco dobra, mówił z tyłu głowy jej ojciec.
Na widok szamanki Pani Wielbłądzica cmoknęła z niesmakiem, jak gdyby podano jej zepsute mleko.
— Niech zwierzęta twe będą silnie, a wątroba zdrowa, Pani Wielbłądzico — przywitała ją Muunokhoi z należnym szacunkiem.
— Krocz śladem przodków, Dziecko Nieba, i przekaż moje pozdrowienia — odpowiedziała formalnym zwrotem, w którym była grzeczność, lecz ani trochę przyjaźni. — Co sprowadza szamankę na me ziemie? I co ten pędrak wciąż tu robi? — Splunęła, a jej wielbłąd tupnął wściekle nogą. Gatsuur chwycił łokieć Muno, schował się za nią. — Wydawało mi się, że go skutecznie przegoniłam.
Dopiero te słowa zdołały przebić się przez marazm księżniczki. Checheg Chotgor uniosła głowę i pierwsze promienie wiosennego słońca zajaśniały w jej uśmiechu, gdy dostrzegła biednego bożka próbującego umknąć przed wzrokiem jej matki.
— Ten, którego nazywasz pędrakiem — podjęła Muunokhoi, patrząc Pani Wielbłądzicy prosto w jej oceniające oczy — wezwał mnie z prośbą o pomoc, ja zaś odpowiedziałam i przybywam do ciebie w imieniu miłości, która według ciebie wymaga potwierdzenia czymś więcej niż szczerym słowem. Jestem zatem potwierdzeniem Gatsuura, że pragnie on bić się o rękę twej córki. Zawalczę we wszystkich konkurencjach, które wyznaczysz, a jeśli wygram, zgodzisz się na ślub tej dwójki.
— Jesteś dzieckiem, które nie zna kształtu równiny — sarknęła bez zawahania Pani Wielbłądzica, wywołując śmiech w tłumie, a rozpacz w spojrzeniu księżniczki. — Odejdź stąd, zanim ośmieszysz siebie, tego pędraka i moją córkę swoimi żałosnymi próbami.
Rechot Tsenkher Gal wystrzelił w powietrze snopem nieopanowanych parsknięć, Ukhel Arban prychnął bez przekonania, zaś Narin Xartsaga milczał, gdy zbieranina duchów przytakiwała Pani Wielbłądzicy. Muunokhoi odczekała chwilę, dając im ten upragniony czas na wyśmianie jej. Jeśli czegoś się nauczyła ze swoim rodzeństwem, to cierpliwości w wysłuchiwaniu obelg, by potem zniszczyć ich swą siłą.
— Czyżbyś bała się, Pani Wielbłądzico, że duchy są po mojej stronie?
Pani Wielbłądzica skrzywiła się, wyraźnie niepocieszona faktem, że gnój wciąż nie odkleił się od jej kopyt.
— Widzę, że przestano uczyć szamanów pokory.
— Z tego, co słyszałam, wykazać się przed tobą może każdy — nie ustępowała Muunokhoi. — Okaż więc sama pokorę przed własnymi zasadami i pozwól mi sprawiedliwie zwyciężyć.
Tym razem duchy zaszemrały niezdecydowaniem, bo szamanka powołała się na honor, wartość świętą. Pani Wielbłądzica próbowała zdeptać ją wzrokiem, nieświadoma, że Muno znała dużo głębszą nienawiść ze spojrzeń swej rodziny. Wytrzymała tę chwilę z łatwością, która ostatecznie złamała Wielbłądzicę.
— Niech będzie — mlasnęła. — Szykuj się do zapasów.
Muunokhoi schyliła głowę w podzięce, dobrze wiedząc, że najłatwiejsza część dobiegła końca. Gdy odwracała się, przelotnie, wręcz przypadkiem, dojrzała cień nadziei na twarzy młodej księżniczki. Może jej uśmiech miał być pokrzepiający, jej oczy wiwatujące odwadze szamanki, lecz Muno tylko mocniej odczuła odpowiedzialność, którą na siebie przyjęła, bo życie w nieszczęściu, wśród ludzi, którzy winni być twoją rodziną, było jej zbyt znajome. Przegrana oznaczała smutną przyszłość u boku obcej duszy. Muunokhoi odeszła, zanim zdążyłaby swym spojrzeniem dać księżniczce obietnicę, którą jeszcze nie wiedziała, czy jest w stanie wypełnić.
Odeszła na bok ze swoim towarzystwem, złożyła na ziemi swój szamański instrument, łuk ze strzałami oraz tobołek. Zaczęła wyciągać z niego charakterystyczną kurtę wraz z przepaską na biodra.
— Zapasy, ojej, nigdy bym tego nie przetrwał! — zawołał Gatsuur, kiwając się na patykowatych nogach przy szamance. — Widziałaś, co za góra z tego Ukhel Arbana? A jak Tsenkher Gal się prężyła, jak płomień w noworocznym ognisku! A Narin…
— Widziałam ich, Gatsuur. — Muunokhoi ucięła jego wywód, wiążąc sprawnie włosy w ciasny warkocz. — Muszę się właśnie z nimi bić.
Bożek zmieszał się nieco.
— Och, no tak, tak, racja, ale na pewno dasz sobie radę!
— Pycha jest trudnym koniem do wstrzymania na wodzy — mruknęła, przyodziewając zapaśniczy ubiór.
— To nie będzie czysta walka — zauważyła Ochmaa, bystrym okiem popatrując po pozostałych uczestnikach. Wyglądali, jakby zapomnieli o wcześniejszych waśniach między sobą i skupili się zupełnie na szamance.
— Nie. — Muunokhoi odrzuciła warkocz na plecy, poprawiła kurtę na ramionach. — Ale w takiej też się szkoliłam.
Wielbłąd-bestia uderzył w ziemię kopytem – raz, drugi, trzeci – aż ta zadrżała, przywołał zawodników do siebie. Gatsuur ostatni raz ścisnął jej dłoń, z kolei Ochmaa nie musiała nic mówić, by szamanka czuła jej wsparcie. Muunokhoi poszła, stając między wrogimi duchami.
Pani Wielbłądzica przemówiła.
— Cztery serca walczące o rękę mojej córki — jej słowa gnały między duchami z mocą rozpędzonego stada — lecz tylko jedno uznam za godne. Zawalczycie na trzy różne sposoby, by dowieść swej wartości.
Duchy zawrzały na myśl o walce, Tsenkher Gal była jedyną z uczestników, która odpowiedziała własnym okrzykiem.
— Rządzenie krainą wraz z moją córką wymaga silnej ręki, więc i wam nie może jej zabraknąć. Pokażcie, że każdego wroga odepchniecie swą siłą, walcząc wszyscy razem, na raz, przeciwko sobie w zapasach. Kto nie dotknie plecami ziemi, bądź uczyni to jako ostatni, zostanie uznany za najsilniejszego.
Zgodnie jej przytaknęli.
Krąg gapiów się zacieśnił, Muunokhoi tylko kątem oka zdołała dostrzec, jak Ochmaa kładzie uszy na zbyt blisko podchodzące duchy, a potem jej uwaga skupiła się na zdradzieckim wietrze, który czaił się po jej prawicy, na byku z podziemi, który machał w jej stronę niespokojnie łbem, na błękitnym ogniu, który strzelał spojrzeniem w każdym kierunku. Gotowała się na natarcie wszystkich trzech przeciwników naraz, wciskając gutale w ziemię jak w metalowe zatrzaski. Wyciągnęła dłonie przed siebie. Nie drżały, choć serce galopowało szybciej od niebiańskiego rumaka. Ten moment zawieszenia, niepewności, kiedy w końcu sygnał do walki wybrzmi – tutaj wygrywało się połowę pojedynku. Muunokhoi patrzyła. Czekała.
Byk. Wpierw tylko ruszy byk. Córka Pana Ognia zbyt często zerkała na Pana Gór.
Pani Wielbłądzica gwizdnęła.
Ukhel Arban zaryczał, aż Muunokhoi miała wrażenie, że sama ziemia otworzy się przed nią i wypełzną z niej pomioty ciemności. Jej trzy kroki równały się jednemu Ukhela, więc skupiła się bardziej na wyczekiwaniu natarcia niż pędzeniu w jego stronę. Gdy nadeszło, cudem nie straciła gruntu pod nogami.
— To nie twoja walka, szamanko — prychnął wojownik, szarpiąc na ramiona jej kurty. Muunokhoi uczepiła się materiału na jego łokciach, ciągnąc w dół, by zablokować ciało, nie dać się przewalić. — Ustąp, póki nie złamałem ci kości.
Ciężki oddech wyrwał się z jej piersi, lecz jeszcze cięższy wydał się gniew rosnący w duszy.
— Sama wybieram swoje walki — warknęła, odważnie próbując go podciąć nogą.
Musiała się z nim rozprawić, zanim Tsenkher Gal by przybiegła, pokonawszy Pana Gór. Jakże łatwo było sobie tego życzyć, niż być w stanie to wykonać. Byczy łeb może i miał gorszą od niej technikę, lecz nadrabiał wszystko wzrostem i siłą. Złapał ją w pasie, uniósł, Muno szarpnęła się, ale przypominało to bardziej wierzganie spętanego źrebaka niż walkę. Pchnął ją z powrotem na ziemię. Szamanka w ostatniej chwili wyratowała się stanięciem na jeden nodze, czując nagły ból przechodzący przez kolano. Wykorzystując siłę byka przeciwko niemu samemu, pociągnęła go za ramię…
I zderzyła się z palącym ciepłem Tsenkher Gal szarpiącej za jej ubranie. Córa ognia przybyła zbyt szybko. Muunokhoi sapnęła, odzyskując równowagę, jedną ręką siłując się z bykiem, drugą z ogniem.
— Bijesz się o przegraną sprawę! — trzasnęła jak w ogień palenisku Tsenkher Gal.
— Póki się biję, to jeszcze nie jest przegrana — wydyszała uparcie szamanka, jak gdyby nie czuła drżenia w nogach.
— Niedługo będzie!
I musiała przyznać jej rację.
Muunokhoi porzuciła nadzieję na samodzielne wyratowanie się z tej pozycji, przypomniała sobie nadzieję w spojrzeniu księżniczki i zamknęła oczy, sięgając w głąb siebie, do połączenia zespolonym na stałe z jej duchem.
— Dogshin Mungkhagh — wyszeptała na niepełnym tchu, walcząc ze słabnącymi ramionami. — Szaleńcze z Gór, patronie walk w mniejszości, generale. Użycz mi swej siły, przelej w ciało moc…
Nie zdążyła dokończyć – odpowiedź już nadeszła.
— Muno, dziecko — zachrypnięty, lecz ciepły zarazem głos, jak ognisko gorejące w środku wojskowego obozu, rozniósł się po wnętrzu jej duszy. Słychać w nim było buńczuczny uśmiech. — Wiesz, że mnie nie musisz długo przekonywać.
Żyły zapiekły pradawną mocą przodka, sprawiając, że Muunokhoi sama poczuła się jak umierający Sergesen, płonący od środka niepowstrzymaną siłą wyznaczającą przemianę ciała w proch. Lecz jej wydech nie był ostatnim jej czynem – był pierwszym zwiastunem potęgi, surowy w swej mocy, jak gdyby smakowała żywej materii formującej się w znany świat u początku dziejów. Potem nadszedł dym spalonych ziem napierający na ściany żołądka, tętent tysięcy kopyt orzących po jej strunach głosowych, by w końcu wyłonić w jej jarzących się bielą oczach szaleńczą szarżę Dogshin Mungkhaghi, który śmiał się i wył głosem zdziczałego psa, gdy dotykał jej mięśni i czynił je własnymi.
Muunokhoi krzyknęła, przypominając sobie, jak brzmiał jej własny głos, kim była, gdy moc ducha próbowała przytłoczyć jej własną świadomość. Krzyknęła, a serca przeciwników zadrżały.
Wcisnęła mocniej dłonie w ich piersi i pokierowała ruchem, któremu siłę nadał Dogshin Mungkhagha. Pchnęła, wpierw odrywając od ziemi Ukhel Arbana i Tsenkher Gal, a potem ciskając nimi o ziemię u swych stóp, aż huk zatrząsł doliną.
Stęk przeciwnika, śmiech przodka. Cisza widowni, sapnięcie Muunokhoi. Brała oddech jako szamanka i wypuszczała go jako generał wojska, które miało przegrać. Nie chciał odchodzić – ten znajomy smak walki wybudził w nim potrzebę czegoś więcej. Jednak Muno była stanowcza, nieugięta.
Odejdź, rozkazała, a Dogshin Mungkhagh nie testował dalej jej woli. Ciało znów należało wyłącznie do niej, chwilowo wydające się niezwykle wiotkie, słabe. Oczy straciły blask, żarząca się poświata opętania rozpłynęła się w głębię upartego brązu.
Wyciągnęła dłoń do swych rywali, jak dobry zwyczaj nakazywał, ale pomoc przyjął tylko Ukhel Arban. Tsenkher Gal odwróciła się z oburzeniem, a ponad jej ramieniem Muunokhoi dostrzegła gorzki wyraz Pani Wielbłądzicy.
— To było wprost niewiarygodne! — Gatsuur pojawił się znikąd, klaszcząc w dłonie. — Wiedziałem, wiedziałem, że zdołasz ich pokonać! Dwa olbrzymy, zniszczone jednym ruchem przez o połowę mniejszą szamankę! Naprawdę, Dziecko Nieba, jesteś…
— Nie ciesz się, Gatsuur. — Muunokhoi zajęła się ściąganiem zapaśniczego odzienia. — To dopiero pierwsza konkurencja z trzech. A już było blisko.
Zdjęła kurtę, pas, przetarła przedramieniem spocone czoło i dopiero wtedy zauważyła, że bożek jakoś dziwnie zamilkł. Spojrzała na niego pytająco, na jego kark jak to drzewo zgięte pokornie przed wiatrem.
— Cieszę się, bo wierzę, że wygrasz — powiedział nieśmiało.
Muunokhoi otworzyła usta, ale żadne słowa nie wybrzmiały. Nie nawykła do wiary innych, nie prosiła o nią, bo wiedziała, że jej nie dostanie. Jej potknięcia miały większe znaczenie niż zasługi oraz czyny, toteż dobrych życzeń jej nie słano. W pierwszym odruchu chciała mu powiedzieć, żeby przestał – nie potrzebowała jego łaski, serdeczności, pokrzepienia. Nauczyła się dostarczać to sobie sama, będąc wsparciem i podporą dla swojego ducha. Ale Gatsuur, strachliwy bożek lasu, był zbyt poczciwy w swych uczuciach, by go za nie karać.
Wyciągnęła zatem dłoń, ułożyła ją na wątłym ramieniu, starając się do Gatsuura uśmiechnąć.
— Zrobię, co będę mogła.
Niedługo potem Pani Wielbłądzica znów ich do siebie przywołała. Przy jej minie każde mleko by skwaśniało.
— Dziecko Nieba, w imieniu bożka Gatsuura, zdołała wyjść zwycięsko z pierwszego pojedynku — powiedziała, nawet jeśli słowa ledwo przechodziły przez jej gardło. — Choć znam siłę jej serca, nie znam jego kształtu, dlatego też zagracie teraz wszyscy przede mną i moją córką, obnażając swą duszę w muzyce.
Muunokhoi zastygła.
— Dziecko Nieba — zwróciła się do niej Pani Wielbłądzica, nawet jeśli dostrzegając cień zmiany w bojowej postawie szamanki, to jej nie komentując wrednym uśmiechem — z racji swojej wcześniejszej wygranej, wystąp i zagraj nam jako pierwsza. Opowiedz melodią stepu, co leży w sercu Gatsuura.
Gatsuur musiał ją szturchnąć smyczkiem, by Muno drgnęła. Bożek podał jej instrument, szamański morin khuur, dzieło mistrzów i jej własnej ręki, którą zakończyła żywot pierwszego ujeżdżonego przez nią rumaka, z jego kości rzeźbiąc głowę, z jego włosia splatając struny. Jej palce spotkały się z drewnem, a instrument zarżał w szamańskiej duszy, wtulił się w dłoń jak chrapy rumaka. Pasował do niej idealnie.
Drętwo, przypominając nagle sztywną kukiełkę, Muunokhoi usiadła na ziemi, podpierając morin khuur na zgiętym kolanie. Niebo słuchało. Duchy patrzyły. A ona obawiała się tej gry mocniej niż zapasów z bykiem. Smyczek spoczął na strunach i zamarł tam.
Przecież potrafiła grać.
Przeciągająca się chwila zawahania działała na jej niekorzyść. Muno poruszyła wreszcie dłonią, pierwsze dźwięki przegalopowały w powietrzu.
Miłość była jak wielki step. Jak nieokiełznany koń. A zarazem delikatna jak złoto traw. Kochać nią można było, jak kocha się niebieskie niebo i ciepłe słońce. Dzięki niej trwała wiosna i niczego nie brakowało. Była jedyna, tak jak… jak ciepłe słońce jest jedyne na niebieskim niebie. I na całym wielkim stepie. Pomaga w problemach. Wspiera. Przynajmniej powinna. Przypomina bukiet kwiatów, który nie zwiędnie. Zazwyczaj. Piękna, dobra, jedyna. Taka właśnie była.
Muunokhoi grała swą melodię pozbawioną znaczenia, bo jej dłonie znały instrument i technikę, lecz jej duch nie znał wolności, z jaką tworzono muzykę. Słowa zapętlały się w pozbawiony znaczenia nieład, gdy szamanka nie potrafiła sięgnąć głębiej, wydobyć z serca emocji, których domagał się świat, lecz jak to miała uczynić, skoro sama nigdy nie znalazła odwagi, by wyciągnąć dłoń w tamtym kierunku? Skoro nie znalazła czasu, by poznać się od tej strony? Muzyka sunęła po powierzchni uczucia, ubierając płytkie przesłanie Muunokhoi w szaty ze zgrabnych umiejętności.
A potem Tsenkher Gal dobyła swego bębna, wzniecając ognisty pióropusz pożądania już pierwszym uderzeniem, nagłym i ostrym, nieprzewidywalnym, lecz oddanym zupełnie w każdym geście tej, która była najdroższa. Brzmienie jej instrumentu zatrzęsło się niczym płomień pożerający polana, rzucający drżącą łunę ciepła na świat. Spopielała mokrą od potu skórę, by ta mogła odrodzić się w jej silnych ramionach na nowo, nieprzerwanie ciągnąc cykl życia i małej śmierci w rytmie głębokiego bicia bębna.
Gdy Ukhel Arban w swe wielkie dłonie pochwycił cuur, Niebo wstrzymało swój oddech, spodziewając się usłyszeć bolące pęknięcie drobnego fletu, niegotowe na czułość, na troskę, na delikatność demonicznej duszy opowiadającej swą samotność piękniej nutami aniżeli słowami. Wspominała gorąc piekła, który nie dawał ukojenia, zew przygody, który nie utulał, ciszę nocy, która huczała niespokojnym rykiem wojny w uszach nawykłych do nieustannego trzasku zagrożenia. I gdzieś między tą ciągłą tułaczką a walką, między bólem a obojętnością, pojawiła się nić zszywająca rozdarte kawałki serca i prowadząca jedno zagubione istnienie do drugiego.
I na koniec przywiało Narin Xartsaga z bishgüürem wyrzeźbionym w księżycowym blasku, tak jasny był to metal. Wypełnił wiatrem trąbkę, a ta jednostajnym dźwiękiem zalała równinę, samotnym i pewnym, że w tej samotności jest siła oraz dowód wytrwałości, by rządzić całym masywem bez pomocy bądź wsparcia. Lecz gdy melodia zaczynała brzmieć monotonnie, wtem niepokorny władca pokornie ściszył swą muzykę, bo w błędzie był straszliwym, który doprowadził do jego zgryzoty, zgorzknienia, pogardy. Góry może i mogły rządzić same, lecz czy nie oduczyły się empatii? Nie zapomniały zwykłej wyrozumiałości? Więc skruszyły swe wpijające się w niebo szczyty, by odbudować pokrytą szronem koronę, tym razem w cieple doliny, z dłonią prowadzącą ich nową linię czulszymi wzniesieniami.
Muunokhoi słuchała, a każda nuta osadzała się na jej ramionach niewysłowionym ciężarem porażki. Przegrana była nieunikniona, lecz smak ten niezmiennie wysuszał jej gardło, piekł w samym środku duszy.
— To było, erm… niespodziewane? — odezwał się Gatsuur.
— Przepraszam — zdołała przecisnąć słowo przez gardło, gdy próbowała zapomnieć swą ułomną grę.
— Ale nie wszystko jeszcze stracone, prawda?
Nie odpowiedziała. Jej wzrok zatrzymał się na rozciągniętych w pysznym uśmiech ustach Pani Wielbłądzicy, smakującej jej pozbawionej serca muzyki jak najznamienitszej przekąski. Poddaj się, mówiła do niej z oddali, a szamanka tylko mocniej wyprężyła pierś, zmarszczyła brwi, z uwagą słuchając o ostatnim zadaniu.
— Siła, kształt serca, brakuje jedynie szybkości jego bicia. — Pani Wielbłądzica skinęła swej córce, ta zaś posłusznie wyjechała na swym wielbłądzie przed nią. — W tym ostatnim pojedynku będziecie się ścigać z moją córką, by dowieść, że potraficie za nią nadążyć. Gońcie ją, a kto zdoła złapać wodze jej wielbłąda, udowodni swą wartość.
Księżniczka zacisnęła swe usta, opór zamarł w jej piersi, lecz Muunokhoi widziała ten żal, którego nawet nie próbowała dojrzeć jej matka.
I wtedy zdecydowała.
— Gatsuur. Jedziesz ze mną.
Bożek rozdziawił usta.
— Co?!
Dłoń chwyciła grzywę na łęku Ochmy Khatun, Muunokhoi zamachnęła się nogą, a resztę zrobiło za nią wyuczone ciało i szamanka wskoczyła na grzbiet klaczy bez wysiłku.
— Pani Wielbłądzica robi wszystko, żeby nie pozwolić swojej córce dokonać wyboru samodzielnie, więc zamierzam do reszty pokrzyżować jej plany. — Zdecydowany wzrok skierował się na bożka. — Jeśli jest jedna osoba, której księżniczka dobrowolnie pozwoli przejąć swojego wielbłąda, jesteś nią ty, ponieważ tobie ufa. Musimy podjechać do niej wystarczająco blisko, żeby przerzucić cię na grzbiet wielbłąda, a wygramy.
Gatsuur podrapał się po głowie, igły sypnęły mu pod nogi.
— Dziecko Nieba, ja słyszałem, że nazywali cię szaloną, ale-AAA! — wrzasnął, gdy Muunokhoi nie zamierzała tracić więcej czasu i zwyczajnie chwyciła za kark tę chudą gałąź, posadziła ją za sobą na koniu.
— Niech zaprzestanie krzyków, inaczej go zrzucę — oburzyła się Ochmaa, potrząsając łbem. Gatsuur ucichł momentalnie, przykleił się do Muno, wbijając jej igły w kark.
Spośród uczestników tylko Narin Xartsaga nie dosiadał wierzchowca, pozwalając chłodnym podmuchom targać jego szatami. Tsenkher Gal śmiała się, ciągnąć za wodze narowistego rumaka płomieni, z pewnością będący podarkiem od ojca, który Pan Ognia wyciągnął z własnego płomienistego wnętrza, dał mu cztery silne nogi, wściekłe spojrzenie i krew gorętszą od lawy. Za to Ukhel Arban twardo usiadł na grzbiecie byka o ośmiu nogach, rozsiadł się w kulbace ściągniętej trzema pasami pod brzuchem zwierzęcia. Byk zaryczał, dostając prawie skopanym przez rumaka płomieni. Ochmaa Khatun wjechała dostojnie między to zbiorowisko jak matka między niewychowane dzieci.
W oddali czekała już księżniczka, gotowa popędzić swojego wielbłąda. Jej spojrzenie spotkało się z tym szamanki. Obie doskonale wiedziały, że jeśli będzie od początku ułatwiać wyścig swoim faworytm, Pani Wielbłądzica nie uzna ich wygranej, a duchy ją poprą. Muunokhoi musiała wykazać się wraz z pozostałymi swoją jazdą.
Na tym zaś znała się dużo lepiej niż na żałosnych próbach obnażenia własnego serca.
Stanęli w równej linii – wiatr, płomień, byk i koń. Przed ich oczami nieboskłon zafalował królewskim fioletem, trawa o barwie gwiazd zaszumiała błogosławieństwem przodków. Muunokhoi chwyciła mocniej grzywę swej klaczy, a bicie serca Sergesena rozbrzmiewało w jej duszy na wzór dudniących trzewi ziemi.
Równina zwodniczo wydała się nagle tak mała, gdy to Ochmaa Khatun miała ją pokonać.
Pani Wielbłądzica gwizdnęła znów, lecz tym razem dźwięk ten utonął w tętencie kopyt i świście wiatru.
Ochmaa ruszyła za księżniczką niczym pies pasterski ścigający zagubioną owcę, wyciągając swą wdzięczną szyję i nie szczędząc pędu. Gatsuur klekotał jak połamane gałęzie za plecami Muunokhoi, ale szamanka nie słuchała jego jęków – cel był tam, przed nią, a jej dusza wiedziała, jak go dostać, gdy krok Ochmy zlewał się z oddechem Muno, gdy przestała istnieć granica między człowiekiem i koniem i jechały po wygraną jako jedność.
Narin Xartsaga był zbyt dumnym duchem, żeby próbować nieczystych zagrań w wyścigu, uważając swój wiatr na jedyną rzecz potrzebną mu do wygranej, jednak tego samego nie można było powiedzieć o ogniu rozprzestrzeniającym się niszczycielską siłą wedle swoich kaprysów. Muunokhoi skupiała się na swej jeździe, lecz dostrzegła z boku zamieszanie, gdy Tsenkher Gal niebezpiecznie blisko podjechała do Pana Góra, po czym płomień z grzywy jej rumaka przeskoczył na dostojne szaty. Narin krzyknął coś, co przepadło w bojowym zawołaniu córy ognia, galopującej dalej ku księżniczce, gdy wiatr spowolnił, próbując ugasić pożar.
Została ich na dobrą sprawę trójka, z Muunokhoi i Ukhel Arbanem na czele, ale Tsenkher Gal doganiała ich w zabójczym tempie.
Byk ruszył im na zwarcie, nic sobie nie robiąc ze skulonych uszy Ochmy i ostrzegawcze rżenia. Uderzył w klacz z siłą, która prawie zepchnęła Muno i Gatsuura z grzbietu. Ukhel nie pysznił się swoim czynem, nie śmiał się, patrzył tylko wymownie na szamankę tym demonicznym okiem, w którym dojrzeć się dało piekielne wyziewy jego rodzimej krainy. Chciał znów ją zmusić, by dobrowolnie odeszła.
Muunokhoi nie wahała się. Sięgnęła zza pasa nóż naostrzony z błogosławieństwem Dogshina i, przy krzykach Gatsuura, schyliła się, tnąc przez bok byka Ukhela.
Wystarczająco, by nie skrzywdzić zwierzęcia i rozciąć dwa pasy kulbaki.
Ukhel, pierwszy raz od ich spotkania, naprawdę się zdziwił, desperacko chwytając się kłębu swego wierzchowca, gdy kulbaka zaczynała zsuwać się po boku. Jedno spojrzenie Muunokhoi rzucone mu przez ramię wystarczyło, by demon nigdy więcej nie próbował narzucić jej swojej woli, bo ona była nieokiełznanym stepem, a step nią. Więcej się nie obejrzała.
Wielbłąd księżniczki galopował mocnym krokiem, lecz nie mógł się równać się z szybkością Sergesena ani ognia niosącego pożogę.
Tsenkher Gal wykorzystała spotkanie szamanki i Ukhela, by znaleźć się tuż za księżniczką. Ochmaa Khatun wyciągnęła krok, choć nie wydawało się to być możliwe – jej ciało poruszało się w harmonii z Niebem, czerpiąc siłę z nieśmiertelnych gwiazd oraz wiecznego ducha Równin. Płonęła, lecz nie spalała się tak, jak na Ziemi, gdzie materialna powłoka nie była w stanie wytrzymać potęgi jej mocy. Płonęła – jaśniej, mocniej, szybciej – pędząc niczym iskra w dłoni boga zmieniającego pustkę w życie.
Tsenkher Gal wyciągnęła dłoń po wodze wielbłąda.
Muunokhoi poczuła dziki impuls odwagi płynący z serca Sergesena i uśmiechnęła się przyzwalająca. Uczepiła się mocniej grzywy, przytrzymała Gatsuura, a Ochmaa wskoczyła między dwa wierzchowce, łbem spychając konia córy ognia.
Płomienny rumak kwiknął, wielbłąd ryknął w przestrachu, gdzieś w tej kakofonii dźwięków dało się usłyszeć:
— Cheegii!
— Gatu!
Muunokhoi chciała odwrócić się i pomóc Gatsuurowi, lecz bożek bodaj dzięki swej ukochanej odnalazł w sobie niespotykaną odwagę, by samemu wybić się z grzbietu Ochmy i karkołomnym łukiem przelecieć w ramiona księżniczki. Nie złapał się dobrze wielbłąda, już leciał na ziemię, ale Checheg Chotgor chwyciła go w ostatniej chwili, wciągnęła na swoje kolana, swym uśmiechem przeganiając chmury nad doliną.
I wtedy, powoli, z jakimś rodzajem namaszczenia, przekazała w trzęsące się dłonie bożka wodze swego wielbłąda. Muunokhoi nie była pewna, czy Gatsuur rozumiał, co właśnie się wydarzyło, tak zapatrzony był w oczy księżniczki.
Na równinie Narin Xartsaga kończył walkę z ogniem, Ukhel Arban rozmasowywał przetrącony przy upadku bark, Tsenkher Gal ciskała przekleństwami, jeszcze dalej Pani Wielbłądzica mlaskała z niezadowoleniem swoimi grubymi wargami, a Muunokhoi podziwiała widok, który nie miał zaistnieć.
Ochmaa Khatun zwolniła do gładkiego galopu, kłusa, w końcu stępa, jej kopyta miękko zapadły się w srebrzystą trawę.
— Muunokhoi — powiedziała, głos klaczy ani trochę nie brzmiał wysiłkiem.
— Słucham cię, przyjaciółko.
Wielbłąd księżniczki zatrzymał się wreszcie, Ochmaa patrzyła na jego obrys na horyzoncie jeszcze chwilę, nim odezwała się ponownie.
— Dostrzegłaś prawdę łączącą tę dwójkę, gdy mój osąd przysłoniły mi uprzedzenia. Miłość jest przyszłością. Wsparłaś ten najcenniejszy dar, gdy inni pragnęli im tego odmówić. Bądź dumna ze swego serca.
Muunokhoi sama zatrzymała wzrok na odjeżdżającej parze, wspominając swą grę przed Panią Wielbłądzicą, gdy próbowała otworzyć swe serce, lecz budowany wokół niego latami gniew i upór sprawił, że Muunokhoi sama zapomniała, jak wyglądało to, co miały chronić.
— Prawdziwa szamanka zna kształt swego serca — odparła cicho, z tą gorzką nutą świadomości, że w czymś zawiodła. Nie miało znaczenia szczęście Gatsuura ani księżniczki, skoro pusta pieśń wciąż prześladowała jej myśli. — Ja trzymam w dłoniach bezkształtną bryłę i obijam ją o przydrożne kamienie, licząc, że przypadkiem wygładzę wreszcie jej krawędzie. Nie ma w tym powodu do dumy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz