Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

14 września 2026

Od Dantego do Bashara

Płynął w oceanie. To było jego pierwszą myślą, gdy poczuł objęcia ukochanego żywiołu, ale nie – on walczył. O każdy oddech, ruch, chwilę na powierzchni spędzoną na szukaniu punktu zaczepienia. Tylko że bezkres wody nigdy mu nie przeszkadzał, a widzenie wokół siebie głębi nie wywoływało strachu, lecz wyciszenie oraz spokój. Było się tylko jednym sercem w wielkiej pustce, sercem żywym i wciąż bijącym, tak małym, że i jego problemy zdawały się mniejsze, możliwe do przezwyciężenia.
Dante nie znał tych wód, gęstniejących wokół niego czarną tonią i budzącymi dreszcz podszeptami.
Lodowata ciecz wiła się chłodem po jego nogach, napierała na pierś zrywami fal i wciskała się przez nos, jakby próbowała zatopić go od środka. Sól osiadła w płucach, zaległa w żołądku i podeszła wraz z żółcią do gardła, doprowadziła do bolących spazmów w mięśniach, a zanim Dante się zorientował, sól okazała się ołowianym strachem ciągnącym go w dół. Syn swojego ojca. Taki podobny. Taki podobny. Serce tłukło się w rytm jego obaw, przyspieszając do krzyku, który był sam w tej wodzie, sam w tej pustce, sam w tej ciszy, powracający echem niczym bękart do swego rodzica.
Szukał w duszy znajomego odłamka oceanu, a im dłużej szukał, tym bardziej panikował, wołał, i błagał, bo powinien tam być, zawsze tam był, ale w jego miejscu zagościła zimna pustka wyciągająca po niego duże, silne dłonie zaciskające się z lekkością na wszystkim, co chciały posiadać. Wierzgnął, próbując się przemienić, lecz woda milczała, aż charknęła czymś obcym, głuchym na jego prośby. Pustka owinęła się wokół jego kostek, szarpnęła za kolana, pociągnęła za sobą, a bezlitosny ocean scalił się nad jego głową w mroźnobłękitny lód.
Obudził się do zalanej łazienki i troskliwych słów Bashara, do jego łagodnych ramion tulących spięte barki. Na oślep namacał kolano lekarza, jego łokieć, obojczyk, ścisnął swoje koło ratunkowe i nie puścił przez bardzo długo.
— Dusiłem się w wodzie, Bashar — szepnął niewyraźnie, wyrzucając z siebie popękane fragmenty swojego głosu. — Dusiłem się w wodzie.
Przez niego. Tak wiele miał w sobie z ojca, że zaczynał wątpić, czy kiedykolwiek był kimś innym. Ale Bashar był tam, by powtórzyć swe zapewnienia z rozmowy odbytej po balu u Ettore, by przytrzymać go, gdy niekontrolowanie rozpadał się z każdym drżeniem.


Kolejne dni i noce przypominały próby wynurzenia się ze zdradliwych wód koszmaru, jednak świadomość zbliżającego się spotkania z Brunonem wpychała z powrotem głowę Dantego pod taflę obaw, zgrzytów i bólów. Jego już i tak kruche skupienie rozsypywało mu się w dłoniach, najmniejsze potknięcia wprowadzały w niepomierną irytację, chodził niewyspany, po prostu zmęczony, błądząc myślami na tyle daleko, że każdy powrót był wysiłkiem. Funkcjonował z poczuciem, że stoi obok siebie. Że to ktoś inny trzyma kierownicę, a on siedzi na miejscu pasażera, obserwując, jak świat za oknem zmienia się, przyspiesza i wypacza. Widział za oknem Ettore, przyrodniego brata tego kogoś obok, a z jego rysów kształtowały się inne twarze, kolejne dzieci, rodzeństwo krzyczące radośnie w ogrodzie, mające wszystko i proszące o jeszcze więcej. Widział uśmiechniętego Brunona, ojca kogoś innego. Ten zawsze był uśmiechnięty, jakby wiedział coś, do czego Dante nie miał dostępu i trzymał nad nim władzę z tego powodu. Ettore i Bruno, Bruno i Ettore, idący w parze po Bashara, a za nimi stała Sappho, skulona i porzucona, z sercem oddanym zupełnie w niewłaściwe dłonie. Czy w którymś lustrze nie pojawił się już ten obraz przed nim?
Dante obserwował krajobraz życia dziejącego się gdzieś poza jego kontrolą, aż chwytał z powrotem kierownicę i z krzykiem wjeżdżał w sam jego środek, dysząc ze złości, rzucając się jak zwierzę wyciągnięte z wody wbrew sobie.
I tak zataczał koło między bezsilnością a gniewem, krocząc w cieniu bólu po wszystkich, którzy poszli w ślady jego ojca i go zostawili, zarazem próbując uciec przed samym sobą, kolejnym Latinim.
Większość tamtych dni przeleżał na kanapie, w apatii, ze światem wirującym zbyt szybko wokół niego i trzymał przy sobie tego, kto był jedyną stałą w jego życiu, elementem pozwalającym mu uwierzyć, że ten stan nie potrwa wiecznie. Bashar trwał przy nim jak kotwica wbita stanowczo w dno oceanu, trzymająca targany sztormami statek, będąc tym samym wrażliwą na najmniejsze drgnienie, szarpnięcie, zmęczone zakołysanie. I właśnie wtedy, gdy Dante nie potrafił być najgłośniejszą wersją siebie, gdy jego żarty były kwaśne, humory okropnie zmienne, a siły znikome, właśnie wtedy czuł, jak blisko są ze sobą, nierozerwalnie złączeni. Jego smutek stawał się smutkiem Bashara, ból brzemieniem niesionym wspólnie, bo gdy jeden cierpiał, drugiego serce bolało wraz z nim. Kiedyś Dante próbowałby stłumić wszelkie żale, zniknąć na kilka nocy w barach i klubach, teraz jednak Bashar pozwalał mu czuć, przeżywać, a jego troski przepływały między nimi, znajdując miejsce, by po prostu być kanciastymi, bolącymi, ale nie osamotnionymi.


Dante nie był pewien, co dokładnie się zmieniło któregoś wieczoru, czy po prostu Bashar czekał na właściwy moment na rozmowę z nim i uznał, że lepszy nie nadejdzie przed zbliżającą się nieubłaganie datą. Zabrał go na kanapę, posadził obok siebie, syrenie dłonie chwycił tak, jakby starał się zatrzymać lawinę poprzez przesunięcie jednego kamienia – z pewnością, że wszystko runie, lecz i tak się nie podda. Dante studiował twarz znaną mu lepiej niż własną, zamyśloną, choć zdecydowaną i czekał. Bashar operował ciszą z nieopisaną wprawą, przedłużając ją wedle potrzeb albo nadając odpowiednie znaczenie, tak jak teraz, gdy czynił ją chwilą wyciszenia, a przy tym zrozumienia, że ma do powiedzenia rzeczy niełatwe, wymagające czegoś więcej od niego oraz syrena.
— Dante — zaczął, krzyżując z nim spojrzenie. — Tak, jak przygotowaliśmy się do przyjęcia u Ettore, tak musimy omówić spotkanie z Brunonem.
Wystarczyło samo jego imię, żeby bokserskie ramiona zgarbiły się jak przed przyjęciem ataku, a wzrok uciekł gdzieś w bok, niemal w stresie, że wampir miałby się zaraz tutaj zmaterializować, naruszyć tę jeszcze jedną świętość, którą było ich mieszkanie.
— To przecież bardzo proste, jak będzie wyglądać to spotkanie — odparł z drwiącym półuśmiechem. — Wchodzimy, ja na niego kurwię, wychodzimy.
Było to próbą przysłonięcia dziurawą brawurą niepewności, co powiedzieć komuś, kto nigdy w twoim życiu nie zagościł, a kto wpłynął na jego bieg zadziwiająco prostą decyzją o odejściu, jakie pytania mu zadać, gdy żadne z nich go nie obchodziło. Dlaczego nie mogłeś mnie kochać? Czy może powinienem ci za to dziękować?
Bashar wiedział doskonale o tych wątpliwościach, ale nie ocenił go za chęć ich zakrycia. Smukłe palce zatoczyły małe, spokojne kółka na wyrobionych kostkach.
— Chciałbym, żeby to wszystko było takie proste i żebyś nie musiał znosić tyle bólu, sam jednak zdajesz sobie sprawę, jakim mężczyzną jest Bruno.
— Chujem — prychnął krótko.
— Pozbawionym sumienia i skrupułów — przyznał lekarz — a przy tym przekonanym o swej wyższości i prawie do zabawiania się życiem innych, ponieważ ma władzę.
Szczęka zacisnęła się kurczowo, dłonie zwinęły się prawie w pięści.
— Rozpierdolimy go.
— Owszem. Lecz każde starcie przynosi straty, a prawdziwą sztuką dowodzenia jest odnieść zwycięstwo z najmniejszymi uszczerbkami w szeregach. — Bashar wzmocnił nieznacznie swój uścisk, uczynił go bardziej stanowczym, lecz wciąż troskliwym. — Tego właśnie chcemy od spotkania z Brunonem, dlatego musisz mnie posłuchać, Skarbie.
Dante wrócił bez zawahania spojrzeniem do lekarza, uśmiechnął się lekko, bo choć sytuacja nie dawała mu ku temu powodów, Bashar zawsze był wystarczającym powodem, by odnaleźć w sobie siłę do pokonywania trudów.
— Słucham cię, moja Miłości. Zawsze słucham — powiedział łagodnie.
Ciepło przepłynęło między dłońmi, cisza zakołysała się lekko wokół nich i Dante widział w rubinowych oczach, że Bashar nie szuka wcale słów, lecz właśnie dlatego, że jest ich świadom, pozwala tej chwili potrwać kilka błogich sekund dłużej.
— Dla Brunona każda rozmowa ma określony schemat — podjął w końcu. — Ktoś musi wygrać, ktoś musi przegrać. Pojedyncze słowo, gest, spojrzenie, prychnięcie, on to wszystko widzi jak posunięcia na planszy dające mu większe pole. Dotąd sądził, że z nami wygrał swoją charyzmą, nie musząc nadmiernie się starać, bo i my nie wykazaliśmy większego oporu. Jednakże w momencie, gdy otwarcie staniesz na jego drodze, będzie chciał cię przesunąć w bardzo szybki i dosadny sposób, byś więcej tego nie próbował. Weźmie za cel zranienie ciebie, ponieważ wtedy będziesz najbardziej bezbronny i skory do dalszej prowokacji, a to mija się z naszym celem.
Gniew był pierwszym, co do niego przyszło, naturalnie jak prąd morski od wieków wyrzucający fale na ten sam brzeg. Gniew na Brunona za bycie pozbawionym kręgosłupa moralnego dupkiem, za bycie jego ojcem i koszmarem przez tyle lat, gdy Dante pytał siebie, czym zasłużył sobie na bycie porzuconym, a teraz lekceważonym. Jednak pod powierzchnią złości pojawiło się coś mętnego i zdradliwego, wciągającego go głębiej we własną żałosność. Wspomnienie przyjęcia u milady oblepiło jego nogi niczym ciężki, lepki piasek, rozmowa z Brunonen na balu u Ettore opadła na jego głowę mułem, unieruchamiając go ostatecznie w mieliźnie wstydu. Prawie nie znał tego uczucia, będącego wręcz nierealnym, ale w przypadkach, gdy chodziło o Bashara, potrafiło pochwycić go z wprawą czegoś przeżywanego przez lata.
— Nie chcę, żebyś znowu musiał wszystko ratować, bo ja nie będę umiał wziąć na wstrzymanie — odparł cicho, z wyrzutem do samego siebie.
— Moje Słońce — odezwał się czule Bashar, wyciągając dłoń, by znajomym gestem ująć podbródek, spojrzeć głęboko w mroźny błękit. Rubin zalśnił czymś nienazwanym, miękkością wyrobioną przez trudności. — Nie masz pojęcia o rzeczach, które zgodziłbym się przyjąć na siebie w trosce o twoje dobro. Masz pełne prawo do tych emocji, a ja jestem tu dla ciebie, by pomóc ci z nimi.
Dante odpowiedział mu rozczulonym, lekkim uśmiechem. Sięgnął dłoni Bashara własną, zbliżył ją do swoich ust.
— Jesteś za dobry dla mnie — szepnął tuż przy jego skórze.
Lekarz ucałował jego policzek, zostawił swoje wargi na nim, by jego słowa również dotarły wraz z ciepłym oddechem do serca syrena.
— Jestem dokładnie tym, czym miłość powinna być.
Przycisnęli do siebie ramiona, zawsze starając się znaleźć jeszcze bliżej tego drugiego. Dante odetchnął, czując lawendę i zapach skóry Bashara, zebrał się w sobie, by kontynuować.
— No dobrze, to co zrobimy z tym Brunonem?
— Ja zajmę się Brunonem — zapewnił go lekarz, patrząc na niego uważnie. — Ty musisz skupić się na sobie.
Syren zmarszczył lekko brwi.
— Nie rozumiem.
— Nieważne, co zrobię, Bruno i tak cię zaatakuje. — Te drobne, lekarskie dłonie spróbowały zamknąć się wokół jego bokserskich pięści i Dante widział, ile Bashara kosztuje zgoda na to, żeby pozostawić część jego syrena odsłoniętą. — Nie pozwolę mu cię zupełnie zranić, nie uchronię cię jednak przed wszystkimi ciosami, jeśli masz z nim porozmawiać. Powinieneś wiedzieć, czego się spodziewać, żeby poradzić sobie z tym samemu na spotkaniu i nie pozwolić mu odsunąć cię zbyt wcześnie z rozmowy.
— Tyle to wiem, że raczej nie zapłacze z radości i nie zawoła „mój ulubiony syn przyjechał!” — prychnął cierpko.
Coś w spojrzeniu Bashara wydało mu się przepraszające, zbolałe i jego pierwszym odruchem było zapewnienie, że pan doktor nie musi się tak martwić, lecz ten uprzedził go z własnymi słowami.
— Z marszu powoła się na twoje urodzenie, by umniejszyć ci jako osobie i wszystkiemu, z czym do niego przyszedłeś — powiedział powoli, patrząc cały czas na Dantego. — Będzie próbował wmówić ci, że masz u niego dług, żebyś ty nie dopraszał się o swój u niego.
Morze w jego piersi poruszyło się niespokojnie, zawrzało, prychnęło groźnym bulgotem, gdy fale zaczęły zataczać koła, coraz szybciej i szybciej, aż wytworzył się zalążek wiru rozpychającego się w syrenim wnętrzu.
— No tak — rzucił przez zaciśnięte zęby — bo to ja pchałem się sam na ten świat.
— W ten sposób przedstawi to Bruno. Zmuszenie cię do wybronienia się z wdzięczności za swe życie jest bardzo prostą metodą zachowania dynamiki władzy między wami. Dlatego też wykorzysta nowoodkrytą relację was łączącą, by upewnić się, że znasz swoje miejsce i rozumiesz, że jesteś jak petent u króla.
Wir nabierał mocy, szemrząc wstrzymywaną złością. Znalazł sobie miejsce tam, gdzie było serce, by zaburzyć jego bicie, zabrał ze sobą płuca oraz żołądek, oba ściśnięte ciśnieniem wody, rozplątał siatkę żył i splótł je w nową sieć pulsującą na jego granicach. Dante nie był już pewien, czy to on włada swoim gniewem, czy stał się tylko jego narzędziem szukającym gdzieś ujścia.
— Czy on naprawdę, kurwa, sądzi, że ja się po prostu na to wszystko zgodzę? — sarknął, czując, jak jego dłonie zdrętwiały i przeobraziły się w dwie bryły lodu.
Bashar oparł mocniej swoje nogi o niego, spróbował go rozgrzać, lecz wichura, przed którą próbował go osłonić, padała z jego własnych ust i żaden z nich nie mógł nic na to poradzić. Lepiej mu było usłyszeć te słowa w domu, niż oddać Latiniemu cały swój gniew do wykorzystania go przeciwko niemu.
— Nie i z tego właśnie powodu to zrobi, żeby postawić cię w roli bezsilnego chłopca, który sam nie wie, czego chce — odpowiedział lekarz.
— Niech spierdala!
— Wiem, że to trudne — Bashar pogładził drżącą dłoń, morderczą dla każdego poza nim — ale wiem też, że dasz sobie radę.
— Rozmowa z ojcem jak jebana bitwa morska…
Bashar spojrzał na niego, jakby chciał zrobić coś więcej, ale nie mógł, nie miał czasu, bo cała ta maskarada z wampirami przypominała nagle puszczoną karuzelę, z której Dante usilnie próbował nie wypaść. Nie było kiedy zwolnić.
— Dla niego to będzie prawie jak zabawa — odparł lekarz. — Całe jego życie tak wygląda, że nie bierze na poważnie niczego, co go bezpośrednio nie dotyczy. Użyje przeciwko tobie takich słów, by najbardziej cię zabolało, najprawdopodobniej nie oszczędzając Sappho w tej rozmowie. Nie będzie mówił o niej jako o kobiecie jego syna, ale jako o niemądrej kochance, przygodzie, błędzie, bo na koniec, jego zdaniem, wybrała źle. Zobaczy, z jaką nienawiścią na niego patrzysz i z pomocą wyrafinowanego języka postawi przed sobą lustro, byś skierował te uczucia na siebie jako ktoś z jego krwią.
Z każdym kolejnym zdaniem wir poszerzał się, nabierał pędu, wzmacniał, gotowy zatopić wszystko wokół siebie, a potem pochłonąć przeklętego Latiniego, jego majątek, posiadłości, bale, drugą rodzinę dającą mu więcej korzyści. I gdy Dante myślał, że po prostu wybuchnie, że zaciśnięta szczęka mu wyskoczy z miejsca, a skóra na knykciach pęknie, ocean wcale nie rzucił się na świat. Rzucił się na niego. Na jego niewierne słowa, na fałszywe uśmiechy, na dotyk pozbawiony uczucia, kłamiący czasem lepiej od ust. Rzucił się na jego obojętność, z jaką zostawiał płaczących, tymczasowych kochanków, gdy powiedział im wystarczająco wiele, by nie próbowali za nim iść i zakochiwać się w nim ponownie.
Wywołany Latinim wir zaczął wciągać Dantego.
— To będzie wszystko jedna wielka manipulacja, co? — zapytał, bardziej stwierdził cicho. Za cicho. — Będzie rozmawiał tak, żeby usłyszeć to, co chce?
— Podejmie taką próbę — zgodził się Bashar — ja mu jednak to uniemożliwię i dostaniesz odpowiedzi z jego strony.
— Tak jak uniemożliwiłeś mi zmanipulowanie ciebie na początku?
Pytanie wybrzmiało ciężką masą krytyczną, która starła granicę między Dantem a Brunonem. Głęboko w sercu coś jeszcze walczyło, głęboko w myślach żył głos Bashara kojący jego samobiczowanie się, lecz obie te rzeczy zaginęły w wirze, przytłumione krzykiem wykorzystanych przez niego osób.
Bashar nie pospieszył z odpowiedzią. Patrzył na niego w dobrze znany Dantemu sposób – diagnozował, oceniał jako lekarz i cokolwiek, co tam zobaczył, odbiło się głęboką troską w jego oczach. Wyciągnął ręce, zamknął syrena w swoich objęciach, pogłaskał złote loki, ale koszmar nie przemijał, skoro tym razem był jawą.
— Dante, to są dwie różne sytuacje — powiedział do niego spokojnie, wręcz delikatnie, z obawą, że zbyt głośny ton go złamie.
— Ale znowu to robię. Znowu powtarzam… — Głos zadrżał, oddech uciekł. Znów był pod lodem i gubił się w głębi. Schował twarz w smukłym ramieniu. — Powtarzam po nim wszystko. Wiesz, ile razy ja manipulowałem tak innymi? I potem wskakiwali mi do łóżka?
Dłoń nie przestawała gładzić jego włosów.
— Z tej cechy jesteś do niego podobny jak każda inna osoba, która ma parę oczu. Jest to powszechny sposób manipulacji, zwykłe osoby to zwyczajnie robią, a źródła tego zachowania są różne, w tym zaś przypadku podłoże tych czynów jest odmienne.
— Nie robi to ze mnie kogoś ani trochę lepszego. Jestem ofiarą, której wyrosły kły i pazury.
— Nie wiedziałeś, jak się inaczej bronić przed…
— Zasadzałem się nimi na ciebie — przerwał mu, odsuwając się nagle, z bólem, bo niczego bardziej nie pragnął, niż pozostać przy Basharze, ale czuł, jak dusi się we własnym ciele. Odsłonił twarz, kruchą niczym szkło. — Jak wybaczyłeś mi, gdy ja nie potrafię wybaczyć sobie?
— Dante… — zaczął lekarz, jednak bez stanowczości, jakby już wiedział, że w tej chwili jego głos nie poskleja tego, co pękło, póki echo rozbicia nie ucichnie.
Dante zerwał się z kanapy, kierowany dawnym instynktem wyrobionym w nim przez Scalę. Biegnij, chłopcze, powtarzał mu stary wyga, biegnij, póki twoje serce nie będzie bić głośniej od twoich myśli. Wir w jego ciele wypaczał go samego, a tempo nadawał mu palec Latiniego mącący wodę swoimi kpinami. Syren nie wiedział, jak inaczej go zatrzymać, niż posłuchać się trenera.
Do drzwi doszedł jak pijany, po schodach zbiegł, nie patrząc pod nogi. Każda część Dantego tęskniła do wyciszającego dotyku Bashara i każda z tych części wierzyła, że na niego teraz nie zasługiwała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz