Cain stał oparty o ścianę i czekał. Dochodziła osiemnasta, a przez ostatnią godzinę słychać było tylko sztucznie rozbawione śmiechy i dyskusje, które interesowały go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Stukał butem o podłogę w rytm tykania zegara, który wisiał na ścianie, a pod nim stał ochroniarz, który gdyby tylko miał takie umiejętności, wywierciłby dziurę w czaszce Caina.
Cassidy uśmiechnął się do niego po raz kolejny tego wieczoru, ale w odpowiedzi dostał tylko delikatne ściągnięcie brwi na znak, że mężczyzna nie jest zainteresowany ani trochę interakcjami. Cain przewrócił oczami i zachichotał pod nosem. Naprawdę starał się nie odzywać. No cóż, nie wyjdzie najwyraźniej.
– Oh, ile można pierdolić o interesach. Nudzę się tutaj! – mówiąc to, odepchnął się od ściany, chowając ręce w kieszenie swojej marynarki, którą obiecał nosić na ważne spotkania za prośbą Naberiusa.
Jego spotkania. Nie Caina.
Mężczyzna stojący przed nim zrobił teraz minę srającego kota. Cassidy zaśmiał się i zrobił dwa kroki do przodu, nim nie spostrzegł, że ochroniarz porusza się nerwowo, a jego ręka sięga do boku, gdzie najpewniej nosił broń.
– Bez nerwów, kolego. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
– Nie rozmawiaj ze mną.
– Dlaczego? Z nudów zaraz zacznę chodzić po ścianach… – Cain przewrócił oczami, a potem jego usta ponownie wykrzywił uśmiech – To co… może porozmawiamy?
– Nie mam upoważnień oraz obowiązku rozmawiania z tobą. Jestem tutaj w pracy. Ty zresztą też. Zajmij się tym, czym powinieneś.
Cain pokiwał głową, mierząc drugiego mężczyznę z góry do dołu bardzo wymownie oceniającym spojrzeniem.
Nudziarz. Cainowi brakowało rozrywki. Od dawna Naberius nie dał mu się rozerwać lub raczej kogoś rozerwać. Obiecał mu co prawda rzecz, na którą Cassidy czekał niczym śliniący się pies na smakołyk, ale niestety najpierw musiał przetrwać te wszystkie nudne spotkania, które kończyły się zwykle uściśnięciem dłoni, nie krwawą jatką.
– Dzisiaj walentynki. Czy jak to wy tam nazywacie… Nie masz żadnych planów?
– A co cię to interesuje?
Cain wzruszył ramionami.
– Próbuję znaleźć rozrywkę.
– Posłuchaj, bo powtórzę to ostatni raz. – Ochroniarz odepchnął się od ściany i stanął bliżej Caina, który podniósł brew. – Zamknij się, albo już się nie odezwiesz.
Cain zamrugał oczami, patrząc na stojącego mężczyznę przed nim. Przez chwilę mierzył go spojrzeniem, które nie wyrażało absolutnie nic. A potem Cassidy pokazał w uśmiechu szereg ostrych zębów i zaśmiał się z rozbawieniem.
– Nareszcie jakaś rozrywka! – zrobił krok do przodu – Jesteś pewien, że chcesz mi grozić? Jestem naprawdę bardzo uprzejmy wobec ciebie…
W tym samym momencie drzwi od pokoju, w którym odbywało się spotkanie, otworzył służący, a goście zaczęli powoli wychodzić na zewnątrz. Cain obejrzał się przez ramię.
– Dziękuję niezmiernie za poświęcony mi dzisiaj czas, panie de Chavigny. Jestem naprawdę ukontentowany naszą umową.
Naberius uśmiechnął się do niego, a następnie przeniósł spojrzenie na Caina. Błysk w złotych tęczówkach oczu zaciekawił go. To oznaczać mogło praktycznie wszystko, ale był już na tyle wyczulony na wszelkie znaki, że w środku pojawiła się malutka iskierka nadziei.
– Ja również – Naberius poprawił rękawiczki na dłoniach i uśmiechnął się łagodnie. – Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia.
– Jeszcze raz przepraszam, że musiał pan ustępować…
Naberius prychnął, a Cain wyczuł moment, w którym wychodziła na zewnątrz malutka cząsteczka irytacji, tak skrzętnie ukrywana przez cały czas.
– Oh… – machnął ręką – To naprawdę nic wielkiego. Czasem porażki się zdarzają, ale nie ma co tego roztrząsać. Moja siostra na pewno będzie ukontentowana.
Cain przewrócił oczami. Czasem zapominał, że ta kobieta istnieje, mimo że dosyć często mu przypominano, że tak naprawdę to ona tu stoi wyżej. Prędzej sam sobie wypruje flaki, niż pozwoli, aby ta opierzona suka trzymała go pod butem.
– Życzę miłego dnia, panie Guillaume.
Naberius skłonił się w pożegnaniu, a potem ruszył w stronę korytarza.
Cain przesunął spojrzeniem po nieco pulchnym mężczyźnie z miejscowym siwieniem na włosach i stojących za nim rosłych mężczyzn. Uśmiechnął się do swojego przyjaciela, z którym spędzili cudownie milczące godziny na korytarzu, a potem odwrócił się bez słowa i ruszył za Naberiusem. Schował ręce w kieszeni spodni i westchnął, zrównując się z nim krokiem.
– Wszczynanie bitek na korytarzu nie było wskazane.
Cain przewrócił oczami.
– Nic nie zrobiłem. Przeprowadzaliśmy uprzejme rozmowy. A tobie jak poszło z wyglądającym jak nieco zbyt utuczona wieprzowina gościem?
Naberius zaśmiał się cicho pod nosem.
– Chyba nie tak, jak przewidywałem.
Stanęli obok windy. Na małym ekraniku numerki przesuwały się powoli wraz z windą, która podjeżdżała na piętro.
– Cain. – Naberius popatrzył na niego, a jego skrzydła delikatnie się rozłożyły za plecami, jakby próbował zakryć ich przed podejrzliwymi spojrzeniami znajdujących się ochroniarzy.
Cassidy odwzajemnił spojrzenie i uniósł brew do góry. Zobaczył jak dłoń Naberiusa wyciąga się w jego kierunku, a palce owijają się wokół zwisającego z jego szyi niedbale zawiązanego krawatu i ciągną delikatnie w dół. Mężczyzna bez słowa się nachylił, a ciepły oddech owiał płatek jego ucha i policzek. Zamruczał zmysłowo, widząc kątem oka, jak na twarzy Naberiusa rozciąga się delikatny i niewinny uśmiech.
– Nastąpiła pewna zmiana planów – czarne, jedwabne pióra na mniejszym skrzydle musnęły jego szyję – To mój pierwszy prezent z okazji dzisiejszego święta. Jeśli dobrze się spiszesz, mam jeszcze dwa – słowa Naberiusa trafiały do jego mózgu wyraźnie, będąc słodkie niczym miód – Zajmiesz się dla mnie wszystkimi tutaj? Pana Guillaume możesz zostawić na koniec.
Cain wyszczerzył się w zadowoleniu.
– Dla ciebie wszystko. – odpowiedział i zrobił krok w tył, lecz zatrzymał się nieco za plecami Naberiusa, nachylając się nad jego ramieniem i odsuwając delikatnie pasmo ciemnych włosów – A potem według obietnicy wezmę cię na tym siedzeniu samochodu z tyłu jak będziemy wracać do domu. – wciągnął powietrze do nosa.
Kolory rozlały się przed jego oczami, kiedy cudowny zapach wypełnił jego nozdrza, a cień poruszył się pod jego skórą, niczym drapieżnik, który był gotowy pochwycić ofiarę stojącą w zasięgu jego pazurów.
– Na to liczę.
Cassidy uśmiechnął się z rozpalonymi nadziejami w oczach i wizją w umyśle, która głęboko osiadła w wyobraźni oraz w jego wnętrznościach, a następnie ruszył wzdłuż korytarza wolnym i swobodnym krokiem.
– Panowie! Mam jeszcze jedną, pilną sprawę do załatwienia.
Czarny dym delikatnie owiał jego sylwetkę, owijając się wokół rąk i nóg, pełzając po ziemi i tworząc mroczny dywan, po którym stąpał.
[ciąg dalszy być może nastąpi]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz