Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

16 września 2024

Od Hotaru do Maeve

O nowej wersji Upiora w Operze zaraz zrobiło się głośno we wszystkich gazetach poświęconych teatrowi, sztuce, kulturze i wszystkiemu temu, co warto wieczorem porobić w Stellaire. Krótki fragment znalazł się nawet w zwyczajnej gazecie, co Hotaru poczytywała za największy sukces, bo w czasopismach branżowych, bądź skupionych na atrakcjach miasta pisano o wszystkim, łącznie z konkursem na najbardziej ukwiecony balkon, ale w tych poświęconych głównie polityce i gospodarce dziennikach, kolumna kulturowa była żałośnie wąska i znalezienie się tam graniczyło z cudem. Tancerka popatrywała na pyszniącą się na parapecie doniczkę z hibiskusem i uśmiechała się, ciesząc w duchu, że Maeve udało się tak dobrze poradzić sobie z każdą niepewnością, która wiązała się z jej rolą, a ona sama miała to szczęście, by nieznacznie przyłożyć do tego rękę. Hotaru uważała, że może i wielkie czyny wielkich ludzi kształtują historię świata, ale to te drobne gesty, niewielkie akty pomocy i wsparcia sprawiają, że ów świat naprawdę ma sens.


Lato testowało wytrzymałość obywateli Stellaire i chyba tylko genashi ognia nie narzekali na lejący się z nieba żar. W mieście pojawiło się więcej turystów, młodzież szwendała się po parkach, place zabaw zaroiły się od brykających dzieciaków, lodziarnie przeżywały prawdziwe oblężenia, a przeróżne miejsca prześcigały się w sezonowych ofertach. Dało się znaleźć coś dla par, coś dla przyjezdnych, coś dla osób z pupilami, no i obowiązkowo coś dla rodzin z dziećmi. Hotaru była pewna, że teatr, w którym czasem tańczyła, zorganizuje jakieś „drzwi otwarte” i zagospodaruje jej wakacyjny czas, jakie więc było jej zdziwienie, gdy pewna instytucja okazała się od niego szybsza.
Jak Hotaru skrupulatnie korzystała z kursu języka novendyjskiego, oferowanego przez ambasadę dla mieszkających w Stellaire Senkawańczyków, na samym początku swojego pobytu w tym obcym kraju, tak jej przywiązanie do przybytku nie osłabło, stając się (oprócz rezydencji państwa Fujiwarów), namiastką domu i czymś, co łączyło ją z opuszczoną dawno temu ojczyzną. Nie tylko nie potrafiła przejść obojętnie obok prośby o wsparcie w letniej inicjatywie kulturowej, ale poczuła, że mogłaby pójść ten krok dalej, zaproponować lekkie rozszerzenie pomysłu, ubogacenie go o elementy, które na pewno przyciągnęłyby więcej osób i sprawiły, że odwiedzający opuszczaliby należący do ambasady park z szerokimi uśmiechami na ustach. I dobrze wiedziała już, kto jej w tym przedsięwzięciu pomoże.


Umówiły się w herbaciarni, bo dobra herbata to przecież nieodłączny element tego typu spotkań. Mimo intensywnie słonecznej pogody, postanowiły skorzystać z gościnności niewielkiego, urokliwego ogródka, powierzając swą ochronę przed żarem rozłożystym parasolom, pryskającej od czasu do czasu mgiełce i, rzecz jasna, kostkom lodu pływającym w orzeźwiająco owocowej herbacie. Senkawańczycy, uznawani powszechnie za bardzo „herbaciany” naród, dziwili się naparom z ziół i owoców, które krzewu herbacianego nie zawierały, lecz nadal nazywano je herbatą, a do tego podawano na zimno, nie zaś parujące gorącem, prosto z ceramicznego czajniczka. Hotaru nie należała jednak do purystów jedynej właściwej drogi herbaty, więc z chęcią pociągnęła ze słomki swój brzoskwiniowo-herbaciany wynalazek.
Gdy pytała Maeve, czy miałaby ochotę się spotkać, przedstawiła jej swój pomysł i propozycję w wiadomości, chcąc, by wróżka nie czuła się zaskoczona ani zmuszona do tego, by udzielić jej pomocy, i żeby miała wystarczająco dużo czasu, by wymyślić wiarygodny powód, dla którego byłoby to niemożliwe. Hotaru przywykła już do tego, że to jej podejście wydaje się Novendyjczykom egzotyczne – ludzie tutaj woleli mówić wprost, mniej przekazywali między wierszami, co w oczach Hotaru miało swoje dobre i złe strony – mimo to nie zamierzała z niego rezygnować. Chyba było to silniejsze od niej.
W każdym razie, Maeve z entuzjazmem zareagowała na propozycję wspólnego przedsięwzięcia, Hotaru zaś uśmiechała się do telefonu, odczytując wiadomość od aktorki, tak samo, jak uśmiechała się i teraz, gdy już zasiadły w herbaciarni.
— Ta inicjatywa ambasady przypomina mi trochę to, jak świętujemy przeróżne uroczystości w Senkawie — powiedziała, gdy po luźnej dyskusji na temat herbaty i tego, co tam ostatnio nawyczyniał Płomyk, kobiety przeszły do meritum.
— Tak się domyślałam — odparła Maeve. — Skoro całość jest organizowana przez ambasadę, na pewno będą chcieli pokazać innym, jak to jest w twoim kraju.
Hotaru skinęła głową, wyciągnęła z torebki jakiś folder. Papiery zajęły miejsce na blacie, tancerka poprzekładała jakieś kartki, mignęła zaprojektowana już przez grafika nazwa wydarzenia.
— Pokaż mi tę ulotkę — Maeve sięgnęła, przysunęła sobie kartkę, odwróciła, by przeczytać stylizowany tekst. — Piknik Nasze Pluszaki? Tak się to wydarzenie będzie nazywało?
— Ambasador uważa, że to urocza nazwa — odparła Hotaru widząc lekkie zaskoczenie malujące się na twarzy wróżki.
— To na pewno… — Maeve wpatrzyła się w ulotkę. — Miałam wrażenie, że będzie więcej nacisku na artystyczną część wydarzenia, ale tutaj są głównie zwierzątka.
— Prawda. Jak rozmawiałam z panią Nakamurą, powiedziała mi, że cały piknik ma mieć więcej niż jeden wyraźny cel — wyjaśniła Hotaru, skupiając się na tym, żeby poprawnie przekazać wizję starszej kobiety, organizatorki całego przedsięwzięcia. — Chciała, żeby całe wydarzenie skierować głównie do dzieci — tancerka odgięła jeden palec, wyliczając — przedstawić zwierzęta, które najczęściej można spotkać w Senkawie — kolejny palec — ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt domowych — palec zatoczył niewielkie koło — i żeby wpleść w to jeszcze tradycyjną sztukę Senkawy.
— To sporo celów. Jak wyglądały wcześniejsze edycje tego pikniku? Bo były jakieś, prawda? — spytała Maeve, opierając podbródek na splecionych dłoniach.
— Były, ale były mniej zajmujące. — Hotaru wzruszyła ramionami. — To był po prostu letni piknik, więc przeróżne restauracje rozkładały swoje stoiska, były też sklepy z senkawańskimi wyrobami, jedno stoisko z książkami, których i tak właściwie nikt nie kupował i… i tyle. Ambasador chyba doszedł do wniosku, że to nie może tak wyglądać i stąd ten pomysł na motyw przewodni. Urocze zwierzęta, czyli pluszaki.
— Dobrze, to w takim razie zróbmy burzę mózgów. — Maeve zamyśliła się, wzrok uciekł jej na moment w stronę doniczek z kwiatami. — Kojarzę zwierzęta typowe dla Senkawy i tak sobie pomyślałam… Na pewno macie jakieś baśnie o nich, prawda? Jak w Medwi mają tyle bajek o niedźwiedziach, to u was na pewno muszą być jakieś o żurawiach, żółwiach czy koi.
— Tak, to prawda. Mamy wiele baśni o zwierzętach, one mają też swoją symbolikę.
— Na przykład?
— Cóż, żuraw jest symbolem miłości aż po grób tak jak łabędź tutaj. Żółwie, ze względu na swą długowieczność, są kojarzone z mądrością i statecznością. Dla odmiany koi — Hotaru urwała na moment, jakiś pomysł zabłysł w tych ciemnych oczach. — Koi to ryby, które pojawiają się na Dzień Dziecka. To się wiąże z taką jedną legendą…
— Opowiedz mi o niej.
— Jest wiele wersji — zaczęła Hotaru, odstawiając szklankę z herbatą, by jej nie przeszkadzała. — Ale najczęściej przekazywana jest chyba historia ławicy, która płynęła w górę rzeki tak długo, aż dopłynęła do wielkiego wodospadu. Koi postanowiły go przekroczyć, skacząc, lecz wodospad był naprawdę wysoki i karpie wciąż spadały z powrotem. Nie poddawały się jednak, nawet pomimo tego, że wodne demony złośliwie podwyższały wodospad i naigrywały się z ich wysiłków. W końcu jednemu z karpi udało się przeskoczyć wodospad, bogowie zaś, uznawszy jego siłę i determinację, przemienili go w wielkiego smoka — zakończyła tancerka. — Wysiłki, starania i ciężka praca zawsze zostają w końcu nagrodzone.
— To faktycznie dobre przesłanie dla dzieci, a sama bajka jest bardzo krótka i prosta.
— Przyszły ci do głowy jakieś pomysły?
— Jeszcze nie. — Maeve parsknęła śmiechem. — Ale co dwie głowy to nie jedna. Kontynuujmy burzę mózgów i na pewno coś w końcu wymyślimy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz