Las rozciągał się nieprzystępnym murem po horyzont – wyciągający kanciaste gałęzie na tle krwistego zachodu, gęstniejący zielenią prastarych drzew w niknącym świetle dnia. Zguba niejednego śmiertelnika z obcych stron, który pychą przedzierał się przez kolczaste krzewy, by potem z nadejściem nocy zobaczyć, jak każdy cień zmienia się na jego oczach w koszmar, jak każda kryjówska nabiera kłów i żółtych ślepi. Ci, którzy wykazali się śladami rozsądku, słuchali słów miejscowych o klątwach, potworach, zmorach, po czym nadkładali drogi wokół zamku przeczącemu ludzkiemu pojmowaniu. Większość z tych opowieści opierała się na kłamstwach, ale zniechęcała nieproszonych gości.
Wszystkich, oprócz jednego.
Kroczył, jakby urodził się w tej gęstwinie. Lekki i pewny krok niósł go głębiej w dzicz, gdy wątła roślinność otaczająca zamek nie zaspokoiła jego ciekawości. Był śmiały, lecz nie głupi, szedł w przeciwną stronę od śladów zwierząt, nieznanego jedzenia nie tykał. Kreślił notatki, przystawał, dumał, by zaraz podjąć swą wędrówkę i zatracić się we własnych myślach. Oglądał zioła, chwasty, grzyby, porosty. Nie spieszył się, bo poznanie wymagało należnego czasu.
Nie czuł, jak wysoko w koronach drzew szybował nad nim cień.
Dante zarzekał się przed samym sobą, że śledzeniem gawędziarza zajmuje się z ostrożności, bo skąd znać miał pełnię jego zamiarów. Wciśnięty w mrok poza ludzkim wzrokiem, oceniał mężczyznę tak jak on okoliczną florę – surowym okiem badacza. Skąd brała się jego niedorzeczna odwaga? Jak długo spadał kamień, nim uderzył w drugie dno jego pragnień? Poznał jego imię i zgodził się na ich małą umowę, lecz trudności miał z przypisaniem gawędziarza do którejkolwiek ze znanych mu grup. Szlachcic szukający rozrywki, mędrzec zaślepiony głupotą, oszust grający pięć tur do przodu? Nic nie pasowało do niego.
Lekarz wzniósł swe spojrzenie na gniazdo pełne kwilących piskląt, a Dante zamarł, niezachwianie stojąc na cienkiej gałęzi, blisko granicy widzenia. Im dłużej spoglądał na swą rozrywkę, tym rosło w nim poczucie niepewności. Powinien był mu odmówić, przegnać poza swe ziemie. Pustka wraz z ciężarem przytłaczającej ciszy dzień w dzień przypominała mu o samotności, jakby kiedykolwiek mógł zapomnieć, lecz ból ten stał się dla niego czymś w rodzaju statecznego szumu lasu. Znał każdą jego nutę, jego smak, jego chłód. Ostrze nie raniło ani głębiej, ani mocniej, zwyczajnie trwało w sercu.
Samotność bliska była bezpieczeństwu. Obecność drugiej duszy zagrażała dotychczasowej harmonii, żałosnej i ponurej, lecz harmonii.
Jego gawędziarz nie należał do szlachty, do grupy mędrców czy oszustów. Póki co Dante nazwał go ryzykiem.
Ryzyko zaś, nieświadome dywagań pana, na którego łasce się znalazło, szło dalej lasem, wzdłuż tego niewielkiego strumienia przecinającego część dziczy. Dante zmarszczył brwi, gdy jego spokojna obserwacja została przerwana nieproszonym dźwiękiem – zasapanymi oddechami, krokami więcej niż jednej pary stóp, mało dyskretnymi szeptami. Szpiczaste ucho w lot wychwyciło odgłosy, lecz to ludzkie zdawało się obojętne na cokolwiek, co nie przypominało pluskania strumyka. Hrabia rzucił ostatnie spojrzenie gawędziarzowi, nim przefrunął na kolejne drzewo, rosnące po przeciwnej stronie wody otoczonej wysokimi krzewami.
Poruszali się po lesie niczym gromadka niezgrabnych cielaków – trójka wieśniaków znajdująca się zdecydowanie za daleko od swoich zagród. Nie byli nowością w tych rejonach. Wielu ubranych w podobne łachmany śmiałków próbowało swego szczęścia tutaj, w „przeklętym” lesie, mając nadzieję, że skoro nikt inny się w to miejsce nie zapuszcza, to zwierzyna będzie tłusta, a przyroda szczodra. Czasami szczęście im dopisywało, ale jeszcze częściej las ich przeżuwał i nie wypluwał.
Te cielaki były przekonane, że znalazły szczęście.
Dostrzegli gawędziarza po przeciwnej stronie strumienia, ich oczy zabłysły, dłonie ścisnęły drewniane pałki. Kto zakrzyknie, kto sprowadzi gwardzistę, gdy dobiorą się do jego kieszeni? Las milczał, wiał pustką w ich stronę, wybudzał w sercach pragnienia, które nie ujrzałyby światła w wiosce, bo przecież las nazwano przeklętym, to on zmieniał dobrych ludzi w bestie pod wpływem uroku pana zamku. Dante widział podobne historie już nie raz i aż za dobrze znał ich koniec.
Poczekał, aż wieśniaki postąpią ten jeden krok za blisko strumienia. Dał im szansę, by zdusić mrok w swoich duszach. Gdy jej nie wzięli, bezszelestnie zleciał między nich.
Zastygli. Serca krzyknęły strachem, krew zapulsowała żywiej w żyłach, woń wyczuwalna dla hrabiego równie łatwo, co przekwitające kwiaty. Wampirze kły błysnęły między wargami, a w półmroku pod drzewami ciężki płaszcz okrywał wysoką sylwetkę niczym odlew z kamienia rzeźbiący statuę pozbawioną uczuć.
— Precz.
Słowo uderzyło w nich jak wystrzał z bicza, poraziło i powaliło. Wieśniacy poprzewracali się o własne nogi, przeżegnali znakiem krzyża, jeden zaklął, drugi płakał, że mamka miała rację. Zniknęli między drzewami, odprowadzani lodowatym błękitem, lecz żaden z nich nie odważył się spojrzeć za siebie i skrzyżować z nim swe spojrzenie. Odgłos kroków zatonął w gęstym mchu, krzyki zlały się w końcu z szeptem lasu.
Jak gdyby nic się nie wydarzyło, Dante obrócił się i przeskoczył krzewy, lądując blisko strumienia. Gawędziarza znalazł kawałek dalej, wyłożonego pod drzewem ze swym notatnikiem. Ten uniósł na niego wzrok, w żaden sposób nie zaalarmowany.
— Panie — odezwał się, skinąwszy mu lekko głową. — Czy spacer po włościach cię zadowolił, gdyż nie podejrzewam, by odmienny powód krył się za twą obecnością tutaj?
Dante prychnął, odwrócił profil do mężczyzny, spoglądając gdzieś w głębię lasu.
— Zaiste spacer był przyjemny. — Zerknął ledwie kątem oka na lekarza. — Nie zawędrowałeś jednak za daleko od zamku, gawędziarzu?
Nie mógł uwierzyć, że jego rozrywka była bliska postradania wszelkich drobiazgów, które bandyci uznaliby za wartościowe, i pozostała przy tym zupełnie nieświadoma zagrożenia. Czyżby jednak wiedział, że hrabia czai się w drzewach, gotowy go obronić, czy nieufność pana zamku ocaliła go przypadkiem przed tragedią?
— Pozwoliłem ponieść się swym myślom i fascynacji przyrodą. — Dante prawie spojrzał z politowaniem. Podróżnik z wielkim szczęściem i pozbawiony naturalnego instynktu broniącego go przed zagrożeniem był rzadko spotykanym zjawiskiem na żywo. — Poza tym kroczyłem już raz tą ścieżką, wiem, jak wrócić z powrotem.
— Wystarczy zatem tej fascynacji na dzisiaj — zarządził stanowczo hrabia. — Ściemnia się, a ja nie po to zgodziłem się na przyjęcie cię na miesiąc, żeby moja rozrywka została rozszarpana przez wilki pod progiem zamku.
Mężczyzna rozejrzał się, odetchnął, przytaknął.
— Przyznaję ci rację, panie. Pora wydaje się odpowiednia na powrót.
Dante nie skomentował, że istniała w mniemaniu gawędziarza możliwość niezgodzenia się z hrabią. Z kamiennym obliczem oglądał, jak mężczyzna zbiera swoje szpargały, podnosi się i kieruje w stronę zamku, raz jeden zerkając przelotnie za siebie, czy wampir mu towarzyszy. Towarzyszył – w odległości wymownych kilku kroków.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, poszedł dalej, Dante zaś ruszył za nim, cichy niczym cień, osłaniający te wątłe ramiona całym majestatem swej sylwetki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz