Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

07 sierpnia 2026

Od Janka do Sammy'ego

Od rana miał ręce pełne roboty i od rana był szczęśliwy.
Para buchała znad garów i niosła się nad trawnikiem razem z dymem z grilla i wonią przypiekanej cebuli, a Janek nakładał, podawał, dokładał, uśmiechał się i patrzył, jak ludzie odchodzą od stoiska z pełnymi talerzami, a potem wracają po więcej. Nic w tym nadzwyczajnego. Placki, trzy sałatki, dwa wielkie gary pierogów i bigos, co pyrkał od świtu – kuchnia prosta, taka, jakiej nauczyła go matka nie z książki, ale od ręki, od patrzenia. A jednak kiedy jakaś staruszka wyskrobała papierowy talerzyk do czysta i nieśmiało poprosiła o dokładkę, rozgrzewało go to mocniej niż para spod pokrywki. Tak samo dawniej matka nakładała pełne michy, a ojciec mawiał, że po tym, jak człowiek gotuje, poznasz, ile ma w sobie miejsca dla innych. Janek miał go dużo. Zawsze uważał, że tego mu akurat w życiu nie poskąpiono.
Festyn kręcił się wokół niego niczym jarmark z dawnych lat, przepadły na zawsze, żyjący już jedynie w jego pamięci, nigdzie więcej. Dzieciaki śmigały między stoiskami, piszcząc i ciągnąc rodziców za rękawy, a Janek słyszał je wszystkie – te drobne, prędkie serduszka, trzepoczące się niczym ptaki. Coś w nim przy dzieciach zawsze nadstawiało uszu, unosiło łeb. Ot, stara sprawa. Janek nakładał następny talerz i słuchał tego czegoś jednym uchem, tak jak słucha się tego starego psa, co poszczekuje zza płotu – bez obawy, że przeskoczy i ugryzie.
Kawałek dalej Tarik zabawiał gawiedź, wyciągając zza ucha jakiegoś berbecia całą wstęgę kolorowych chusteczek, a dzieci piszczały i pchały się jedno przez drugie, byle bliżej stolika ze sztuczkami. Tuż obok stał Gulm z założonymi rękami i miną kogoś, kto już ma protokół postępowania w przypadku, jeśli cokolwiek z tego może pójść nie tak – pilnował, żeby cała ta zabawa nie skończyła się jakim nieszczęściem, bo jak już coś miało na tym festynie wybuchnąć, to tylko pod jego okiem i za jego przyzwoleniem.
Przy stoisku obok Ylva sprzedawała pluszowe zwierzaki-strażaki i inne dziecięce cuda – zabawkowe wozy strażackie, ale na baterie, więc świeciły i wyły (ku zgrozie rodziców), do tego plastikowe hełmy, pistolety na wodę na kształt strażackich sikawek i książeczki o dziejach straży pożarnej w Novendii. Zaraz przy nich samochodowe apteczki, bo z każdej sprzedanej złotówki szła cegiełka na wspomożenie remizy. Ylva nachylała się do każdego kupującego, dopytywała o dzieci, o zdrowie, o wszystko, i ludzie odchodzili od niej weselsi, niż przyszli. Kawałek dalej Elowen ślęczała nad rozłożonym na kocu kawałkiem sprzętu ratowniczego i tłumaczyła zebranej wokół gromadce, jak co działa – rzeczowo, dokładnie, aż nadto, bo jakiejś ciekawskiej dziewczynce odpowiedziała tak długim wywodem o ciśnieniu w wężach, że matka musiała ją w końcu odciągnąć za rękaw.
Vlad usadowił się gdzieś w cieniu, z dala od słońca, patrząc na wszystko z melancholią w spojrzeniu, zupełnie tak, jakby festyn był piękny akurat na tyle, by przypominać o czymś, co dawno przepadło. Kapitan Arnbjǫrg krążyła zaś po obrzeżach, ściskała dłonie organizatorom, prezentowała swój paradny mundur i roztaczała wokół siebie tę przemożną aurę niepodważalnego autorytetu.
Swoi. Dobre miał towarzystwo – takie, przy którym nie musiał niczego udawać. Widzieli go takim, jaki był, i nie musieli o nic pytać. Tyle wystarczało.
Po drugiej stronie trawnika kilku strażaków z sąsiedniej brygady dawało dzieciom pokaz, a zebrała się przy nich spora gromadka, bo i było na co popatrzeć. Jeden z nich, barczysty jak dąb, ustawił na drewnianym stelażu zwykłe drzwi, a ich brygadowy magik machnął dłonią i drzwi buchnęły iluzorycznym ogniem, pomarańczowym, kłębiącym się, a przy tym zimnym jak poranna mgła, tak że ani jeden włos od niego nie spłonął. Strażak wyważył je jednym kopniakiem, celnie, tuż przy zamku, gdzie drewno najsłabsze – a dzieci wrzasnęły z zachwytu, gdy płomienie prysnęły w setki buchających iskier.
Potem uczyli, jak nosić poszkodowanego. Na ochotnika wypchnęli chudego rudzielca, a ten dał się przerzucić grubszemu koledze przez bark niczym worek kartofli, wywijając nogami tak żałośnie, że nawet Janek uśmiechnął się w brodę. Iluzja dorzuciła do obrazka nisko snujący się dym, żeby dzieciaki zobaczyły, czemu pod dymem trzeba się schylać – i cała gromadka kładła się teraz na trawie, przeczołgując jedno za drugim jak stadko kaczek za matką.
U nóg strażaków, z dala od zgiełku, drzemał stary, siwiejący kundel z jednym uchem na bakier – maskotka którejś z brygad, zbyt wiekowy już, by przejmować się pokazami i iluzjami. Janek pomyślał, że podszedłby go podrapać za tym krzywym uchem, ale wiedział swoje: nawet takie stare, niczego się już niebojące psisko trzymało się od niego z daleka. Więc tylko popatrzył chwilę nim wrócił do swoich garów.
— Hej, Janek! — Katniss przyciągnęła do stoiska młodego doktora, trzymając go pod ramię tak mocno, jakby się bała, że tamten lada chwila wyrwie się i pryśnie. — Co dobrego tu masz?
Podał im, o co prosili, kątem oka patrzył, jak wilkołaczka nabija pieroga na widelec i pcha go Sammy'emu wprost do ust. Oczy doktora zrobiły się okrągłe jak spodki.
— O rany — jęknął z pełnymi ustami. — T-to jest… niebo w gębie! Powiedzcie, kto to zrobił, a normalnie pójdę i wycałuję człowieka!
Janek nie odezwał się, uśmiechając tylko pod nosem, zajmując dłonie jakąś ścierką, gdy Katniss szczerzyła się coraz szerzej z każdą chwilą.
— No co? — spytał Sammy, nie robiąc dużej pauzy między kolejnymi pierogami.
— Daleko nie masz — odpowiedziała mu w końcu wilkołaczka. — Chyba, że wzwyż.
Sammy połapał się o pieroga za późno. Zerknął na niego, potem na gary, potem znów na niego – i zrobił się czerwony aż po koniuszki uszu, aż Katniss parsknęła w kułak.
— Ja… to znaczy… — Widelec zawisł mu w powietrzu.
— Ano ja robiłem — przyznał Janek spokojnie, a w gąszczu rudej brody zadrgał ukryty uśmiech. — Ale nie trza mnie od razu całować. Wystarczy, że smakuje.
Katniss coś tam wypatrzyła po drugiej stronie festynu, klepnęła Sammy'ego w plecy i rzuciła mu spojrzenie, którego doktor chyba wolałby nie zauważyć, bo poczerwieniał na nowo. A potem już jej nie było i Sammy został sam. Przestąpił z nogi na nogę, zważył w dłoni papierowy talerz z pierogami, zerknął na Janka. Ten parsknął śmiechem, gestem wskazał drewnianą ławę wytarganą gdzies z remizowego składzika, stojącą zaraz przy kucharskim stoisku Janka, czekającą na zmęczonych długim staniem gości, albo tych, którzy do jedzenia woleli sobie usiąść.
Ludzie przychodzili i odchodzili, czasem kłębili się w oczekiwaniu, innymi czasy zaś ich fala przepływała gdzieś indziej, by zobaczyć sobie coś innego. Teraz właśnie nastał taki odpływ, więc Janek doszedł do wniosku, że jeśli ma zrobić sobie małą przerwę, to teraz. Zagarnął z garnków trochę tego i owego, a potem sam przysiadł na ławie, wyciągnąwszy przed siebie obute w ciężkie buciory nogi. Sammy zerknął na niego, nim wrócił uwagą do tych paru ostatnich pierogów na talerzu.
— U nas w domu mama robiła takie kluski na parze — odezwał się nagle. — Nic jakiegoś bardzo wymyślnego, ale bardzo je lubiłem. Smakowały jak kluskie, ale takie… po prostu smakowały… — urwał, jakby powiedział za wiele, podłubał widelcem w rozciapanej truskawce.
— Domem — dokończył za niego Janek.
Sammy podniósł wzrok, uniósł brwi w zaskoczeniu, po chwili skinął głową.
Janek nie dopytywał. Poznał już, że o swoich Sammy mówi ostrożnie, jak się stąpa po zamarzniętym stawie – że są tam miejsca, w które lepiej nie wchodzić butem. On sam wiedział, jak to jest nosić w sobie dom, którego już nie ma. Że dźwiga się go niczym ciężki plecak, i że czasem wystarczy zapach rozgrzanego masła, by znów zobaczyć matkę przy piecu i ojca przy stole, wszystko takie, jakim było, nim na zawsze przeminęło. Taki dom nie znika. Idzie z człowiekiem dalej, czy ten chce, czy nie.
Jemu ten dom zabrała śmierć, a śmierć to rzecz naturalna. Rodzice odchodzą w swoim czasie, dziecko chowa ojca i matkę, nie na odwrót – taka rana boli, ale się goi, bo tak już świat urządzono. On rozstał się ze swoimi w miłości, bez długu i bez żalu.
Sammy'ego jednak spotkało chyba co innego. Janek nie wiedział co – doktor nigdy o tym nie mówił – ale dość było słuchać, jak omija w rozmowie własną rodzinę, żeby wyczuć, że jego bliscy pewnie jeszcze chodzą po świecie, a mimo to dom mu się gdzieś rozsypał. I to, jak sądził Janek, bolało chyba najbardziej. Taka rana się nie zabliźnia, tylko jątrzy się i krwawi po cichu, latami, właśnie dlatego, że nie ma w niej nic z naturalnego porządku rzeczy.
Zauważył, że tamten siedzi swobodniej niż wtedy w barze, że nie zerka już na niego co chwilę spod oka jak spłoszona sarna. Strach nie zniknął – Janek wyczuwał go wciąż, przyczajony gdzieś w rytmie serca – ale nie buchał już płomieniem, tlił się tylko, jak żar przysypany popiołem.
Stary kundel od pokazu przydreptał do nich przez trawę, ile mu sił w krótkich łapach i, ku zdziwieniu Janka, wcale nie przyszedł żebrać o pierogi. Zamiast tego podszedł prosto do Sammy'ego, wcisnął mu łeb pod dłoń tak, jakby znali się od zawsze. Doktor rozpromienił się, podrapał psa za uchem, a zwierzę przymknęło ślepia z rozkoszy. Janek przechylił głowę w zamyśleniu.
— Lgną do ciebie — zauważył.
— Zawsze tak było. — Sammy uśmiechnął się trochę smutno, podrapał psa mocniej za uchem. — Od małego. Gdzie się nie pojawię, zaraz mam pod bokiem psy, koty, owce i krowy, co tam akurat w pobliżu. Jakby mnie znały. To pewnie od tego, że na farmie pracowałem.
— Zwierzę pozna dobrego człowieka — odparł Janek. — Dlatego do ciebie idą.
— To do ciebie powinny iść tym bardziej. — Sammy zerknął na niego. — Ratujesz przecież innych.
Strażak parsknął śmiechem. Słowa o ratowaniu wypowiedziane właśnie przez lekarza.
— Do dobrych ludzi, ano — przyznał, kiwając głową. — Ja może na człowieka wyglądam, ale człowiekiem nie jestem. Dlatego nie lgną do mnie te zwierzaki, tylko uciekają raczej, zagrożenie wyczuwając, a nie bezpieczeństwo. Patrz.
Janek poruszył się na ławie, jakby chciał już wstać, pies zaś postawił momentalnie uszy, przymknięte oczy otworzyły się, łypnęły, podążyły za strażakiem. Sammy nie odpowiedział od razu, ważąc coś w myślach i w sercu. Popatrzył na starego kundla wtulonego w jego kolano, potem na Janka, i coś przemknęło mu przez twarz, serce w piersi przyspieszyło. Nie od razu się odezwał, szukając chyba przez moment słów.
— Po prostu się obudził… — mruknął Sammy.
— Jak wybuchy były, to się nie obudził, a na jedno moje poruszenie już uszy postawione.
Na pewien czas zapadła cisza, Janek wyczuł w niej jakieś napięcie. W końcu przerwał je Sammy.
— Czy to jakiś święty znak? — spytał, wskazując na kołyszący się na rzemyku kształt. — Coś z Medwi?
Janek spojrzał w dół, ujął rzemyk w dwa palce. Dwie obrączki, jedna mniejsza, druga większa, wytarte tam, gdzie dotykało ich najwięcej rąk, ale wyczyszczone tak starannie, że mrugały żółto w wieczornym słońcu.
— Nie, to obrączki. Rodziców moich, ślubne. — Przesunął po nich kciukiem. — Zostały mi po nich, jak odeszli. Noszę, żeby daleko nie były.
— A, rozumiem. — Sammy wycofał się nieco. — To pewnie dobrze o nie dbasz. Wyglądają jak nowe.
Janek odpowiedział uśmiechem.
— Dbam, jak umiem, ale że jak nowe, to już trochę czarujesz. — Obrócił jedną z nich w palcach. — To zwykły mosiądz. Niewiele w nim nowego, choćbyś nie wiem jak długo polerował.
Sammy zmrużył oczy, przyjrzał się dokładniej.
— Mosiądz? Na obrączki ślubne? — Przechylił głowę. — W Medwi tak się robi? Mosiądz zamiast złota?
— Kiedy moi się pobierali, taka była moda. — Janek schował obrączki z powrotem pod koszulę i poklepał je przez materiał, jakby układał do snu. — Złoto było nie dla takich jak oni. Mosiądz lśnił podobnie, a kosztował niewiele, no i trwalszy był od takiego drewna.
— To się tu naprawdę dużo i szybko pozmieniało…
— Czy tak szybko to nie wiem. Sto lat to szybko?
Sammy znieruchomiał z widelcem w połowie drogi do ust. Zerknął na Janka, na tę uśmiechniętą twarz, na kurze łapki, ale przecież nie aż tyle, na rude włosy, ale bez tych siwych pasm, i policzył coś w myślach, i chyba mu nie wyszło, bo zaraz policzył jeszcze raz. — Zaraz. To ile ty właściwie masz?
— Niejedno już widziałem — odparł strażak spokojnie, jakby cała ta rachuba lat jedynie go bawiła.
Sammy patrzył na niego długo.
— Nieźle się trzymasz jak na swoje lata — bąknął w końcu.
Janek parsknął śmiechem, głośno i szczerze.
— Dobra kuchnia — odparł, klepiąc się po brzuchu. — Nic tak nie trzyma człowieka przy życiu jak porządny obiad.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz