Las, gęsty i ciemny, pełen ciernistych gałęzi, niepokojącego trzeszczenia i odgłosów zwierząt, groźnych lecz niewidocznych, zdawał ciągnąć się w nieskończoność. Lecz gdy skończył się nagle, niczym ucięty nożem, rozciągający się za nim widok sprawiał, że nawet najodważniejsze serca zaczynały żałować, że las nie rośnie jeszcze trochę dalej.
Ponure zamczysko rozsiadło się na nieodległym wzgórzu, dominując krajobraz przytłaczającą czernią lodowatych murów. Strzeliste wieże przypominały kolce bestii, cała sylwetka warowni miała w sobie jakąś nienazwaną asymetrię właściwą czemuś, co nie powinno istnieć na tym świecie. Pojedyncze okna, wąskie niczym demoniczne ślepia, lśniły nienaturalną barwą. Samo niebo wydawało się przygasać i ciemnieć, otaczając posępne dachy gęstym kłębem zagniewanych chmur.
Bashar uważnym spojrzeniem ocenił krajobraz, poprawił spoczywający na ramionach plecak, chwycił mocniej swój kij podróżny i ruszył w stronę twierdzy, nie oglądając się za siebie.
Nienaturalna cisza otaczała go ze wszech stron, przerywana jedynie miarowym stukotem okutego drewna i odgłosem kroków na brukowanej drodze, jednak Bashar parł odważnie przed siebie, mając wzrok utkwiony w tych przytłaczających wrotach. Krok za krokiem, twierdza się zbliżała, coraz mocniej górując nad samotną i kruchą, ludzką sylwetką, grożąc, że za chwilę ją pochłonie.
W końcu Bashar dotarł do zamczyska, wspiął się po tych kilku granitowych stopniach, podszedł, stanął na palcach i chwycił kołatkę. Jej dźwięk rozniósł się gdzieś w trzewiach twierdzy, odbijając echem wśród niezbadanych sal i korytarzy. Jak na kulturalnego mężczyznę przystało, Bashar cierpliwie zaczekał.
Wiele legend i opowieści krążyło o tym zamku, przedstawiając go jako siedlisko wszelkiego zła, gniazdo potworów terroryzujących okoliczne wsie i miasta, służących jednemu tylko panu. Ten zaś miał być istotą utkaną z czystego mroku, okrutną i bezwzględną, lubującą się w cierpieniu śmiertelników, dla rozrywki porywającą niewinnych wprost z ich własnych domów. Lecz im dłużej Bashar szukał faktów, dowodów na to, że zamczysko faktycznie ma monstrum za pana, tym bardziej widział, że opowieści te są jedynie opowieściami, z każdym kolejnym wieczorem nabywającymi coraz to nowych, niestworzonych szczegółów, byle tylko zaciekawić czymś słuchaczy. W opowieściach było jednak coś jeszcze, co pojawiało się za każdym razem i, według przemyśleń Bashara, mogło szansę okazać się ziarnkiem prawdy. Ponoć wśród splątanych korytarzy i olbrzymich sal tej groźnej twierdzy, miały znajdować się niezwykłe skarby – nie tylko złoto i kosztowności, nie tylko wspaniałe dekoracje i dzieła sztuki, ale wiedza. Zamknięta w nieprzeliczonych księgach i zwojach, drzemiących w olbrzymiej bibliotece, należąca kiedyś do ludzkości, lecz zapomniana i stracona w mrokach dziejów. Ten to skarb najbardziej zajmował Bashara, po niego właśnie przyszedł, i choć nie był wojownikiem, miał w sercu przekonanie, że uda mu się dopiąć swego celu.
Z posępnym skrzypnięciem, drzwi się uchyliły.
Nie dostrzegłszy nikogo, żadnego służącego, ani tym bardziej straszliwego pana zamku, Bashar wkroczył w przemożny mrok, a wrota zatrzasnęły się za nim z niepokojącym dźwiękiem.
Nim oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku, coś świsnęło i strzeliło, a liczne kandelabry, do tej pory zimne i wygaszone, buchnęły nagle blaskiem setek świec. Złote światło, ciepłe niczym samo słońce, rozlało się, ukazując rozległy hol. Miękki dywan zapraszał głęboką czerwienią, obrazy w drogich ramach dekorowały intarsjowane drewno ścian, a każda z ozdobnych naw pyszniła się doskonale utrzymaną zbroją. Chciałoby się powiedzieć, że odległy sufit niknął w mroku, tak wysoka była tak komnata, lecz nie – bogate żyrandole rozświetlały starannie wykonane freski, godne najbogatszej ze świątyń.
Bashar ruszył przed siebie, niepomny na otaczający go przepych, kierując swe kroki wprost ku wnętrzu zamczyska, gdy wzrok natrafił na sylwetkę u szczytu prowadzących dalej schodów. Bashar się zatrzymał.
— Czy mam przyjemność z hrabią Selachiniusem? — zapytał, ukłoniwszy się w pozdrowieniu, jak nakazywał obyczaj. — Nazywam się Bashar Karim, jestem…
Pan domu przerwał mu gniewnym prychnięciem, lekceważącym ruchem odrzucił połę płaszcza, odgarnął burzę złotych loków. Ledwie jeden krok mu wystarczył, mroźnobłękitne oczy zalśniły nieludzką magią, i już stał tuż przed Basharem, górując nad nim wzrostem i szerokimi barkami. Spowity w czerń bezcennego płaszcza, w mieniące się złoto i klejnoty, sam przypominał swą niedostępną twierdzę.
— Czy las i mieszkające w nim wilki to za mało dla was, śmiertelnicy, by odstraszyć was od tego miejsca? — spytał gniewnie, pochylając się wręcz nad swym nieproszonym gościem.
Bashar nawet nie drgnął. Zmierzył spojrzeniem drugiego mężczyznę, nim się odezwał.
— Trudy podróży nie są mi straszne, wilkom zaś nie dałem powodu, by patrzyły na mnie krzywym okiem.
W odpowiedzi usłyszał kolejne prychnięcie.
— Ale mi dałeś powód, bym patrzył na ciebie krzywym okiem.
— Jaki? — Zdziwił się Bashar. — Zapukałem do drzwi, a do środka wszedłem dopiero, gdy te otworzyły się zapraszająco. Przywitałem się, przedstawiłem, na więcej mi, panie, nie pozwoliłeś — odpowiedział gładko, splótłszy dłonie. — Jeśli ktoś miał komuś dać powód, by na tego drugiego patrzył krzywym okiem, jesteś to ty, panie. Nie odpowiedziałeś mi ani na pytanie, ani na pozdrowienie, i wciąż trzymasz mnie w przedsionku swego zamku, zamiast wprowadzić na pokoje. — Lekarz uniósł brew. — Nie tak traktuje się partnerów.
— Partnerów? — spytał z niedowierzaniem hrabia. — Partnerów w czym?
— W interesach.
— Mam tu wszystko. Co niby możesz mi zaoferować?
Bashar uśmiechnął się.
— Cały świat — odparł enigmatycznie. — Jestem podróżnikiem, zwiedziłem niejeden kraj i niejedno też widziałem. Mogę ci, panie, opowiedzieć, jak wygląda życie w miejscach, których nigdy nie odwiedziłeś.
— Cały świat mam w swej bibliotece. Jeśli będę miał ochotę, poczytam którąś z książek. Nie potrzebuję tutaj żadnego gawędziarza.
— A kiedy, panie, ostatnio w twojej pięknej bibliotece pojawiła się jakaś nowa książka? — zapytał Bashar, poczekał na odpowiedź, a gdy ta nie nadeszła, kontynuował. — Moje opowieści są nowe, świeże, odpowiadają zmieniającemu się światu. To nie starodawne legendy, które obrosły już kurzem i pajęczynami, znane przez wszystkich, odbijające się w każdym innym dziele. Lecz skoro, panie, nie życzysz sobie mojej obecności tutaj, będę musiał zaoferować me usługi komuś innemu…
To powiedziawszy, Bashar odwrócił się w stronę drzwi.
— Nie, zaczekaj! — Rozkazał hrabia. — Nie powiedziałeś mi jeszcze, czego sobie życzysz za swe usługi.
— A więc jesteś zainteresowany?
— Zobaczymy.
Bashar przystanął, odwrócił się do hrabiego.
— Potrzebuję wiedzy — odparł. — W swych podróżach poszukiwałem właśnie jej, pragnąc znaleźć perły wśród mądrości innych ludów, przynieść je tam, gdzie ich potrzeba. Jestem nie tylko podróżnikiem, ale i lekarzem. Tajniki ludzkiego organizmu nie są mi obce, lecz wiem, że mędrcy dawnych wieków dysponowali wiedzą, która zaginęła z biegiem historii.
— I masz nadzieję odnaleźć ową zaginioną wiedzę tutaj, w mojej bibliotece?
Bashar skinął głową.
— W zamian za historie, które tylko ja mogę ci przynieść, potrzebuję jedynie dostępu do tego, co już masz. Wierzę, że to dobra dla ciebie oferta, panie.
Hrabia lustrował go przez chwilę wzrokiem, nim pokiwał władczo głową.
— Niech tak będzie. Będziesz mą rozrywką w tym miesiącu.
Masywne drzwi ustąpiły pod naciskiem, bezszelestne niczym doskonali słudzy, wpuszczając Bashara do jadalni.
W przepastnym zamczysku hrabiego Selachiniusa nie było bodaj pomieszczenia, które nie robiłoby wrażenia, nie przytłaczało swą surową monumentalnością, na każdym kroku ukazując odwiedzającym, jak głęboka i niemożliwa do pokonania jest przepaść między hrabią, a którymkolwiek z jego rzadkich, nielicznych gości. Bashar objął spojrzeniem komnatę, przypatrzył się wypolerowanej posadzce, strzelistym witrażom, bezcennym obrazom i gobelinom, misternie rzeźbionym przyporom i starannie rozświetlającym wszystko żyrandolom pełnym grubych świec, nim jego uwaga spoczęła na samym sercu jadalni.
Długi stół uginał się od jadła, pysznił bogactwem pieczonych mięs i ryb, egzotycznych owoców i świeżych warzyw, a każdy z półmisków wyglądał niczym marzenie lubującego się w martwej naturze malarza. Tu i tam stały wazony pełne kwiatów, stały i kandelabry, rzucające roziskrzony poblask na mnogość jedzenia, sprawiający, że przypieczona skórka gęsi wydawała się wręcz złota, zaś rozsypane ziarna granatu przypominały prawdziwe kamienie szlachetne.
Na przeciwległych końcach stołu stały dwa siedziska – jedno obite czerwienią, zdobne łbami dzikich zwierząt, godne władcy rozległych ziem, drugie zaś wygodne, acz skromne, niknące w otaczającym je przepychu. Bashar uśmiechnął się w duchu.
Medyk postąpił parę kroków w stronę swego krzesła, gdy wtem nagły szum setek małych, błoniastych skrzydeł spłynął z wysokości i pan zamku objawił się w chmarze nietoperzy, pojawił tuż obok Bashara ze swym charakterystycznym, niezwiastującym niczego dobrego półuśmiechem.
— Podano do stołu — odezwał się, szerokim gestem wskazał skromne siedzisko. — Możesz usiąść.
Bashar skłonił się dwornie, ruszył, by zająć wyznaczone sobie miejsce, kątem oka obserwując, jak hrabia Selachinius rozsiada się na swym tronie. Zaszurały drewniane nogi, zadźwięczały sztućce, Bashar przebiegł opuszkami po rzeźbionej rączce widelca. Z tej odległości ledwie widział złotą burzę, zasłoniętą zastępami kwiatów i półmisków. Hrabia zdawał się jakby odczytać jego myśli, wyczuć spojrzenie, bo oto uniósł wzrok, spojrzał wprost na swego gościa.
— Mam nadzieję, że posiłek ci smakuje, gawędziarzu. Moi kucharze rzadko mają okazję gotować dla… gości.
— Jest wyśmienity, panie. Chociaż przyznam, że trudno w pełni docenić jego walory, skoro pozbawiłeś mnie swej kompanii.
Hrabia uniósł kielich, czerwień zawirowała w kruchym szkle.
— Życzysz sobie jeszcze więcej mego towarzystwa? Niejeden zabiłby, by być na twoim miejscu.
— Mi jednak ono nie odpowiada — odparł Bashar, wstając. — A że jestem podróżnikiem, nawykłem do zmiany swego miejsca, jeśli właśnie tak się dzieje.
— Cóż czynisz? — spytał gniewnie hrabia, marszcząc brwi.
Tymczasem zaś Bashar chwycił swój talerz, chwycił i krzesło, a sala rozbrzmiała echem kroków i szuraniem drewna po kamieniu, gdy mężczyzna szedł wzdłuż stołu, mijając kolejne wystawne półmiski, by ustawić swe krzesło u samego szczytu, tuż obok hrabiego. Bashar postawił i swój talerz, zasiadł z powrotem.
— Prowadzę interesy — odpowiedział, obdarzając hrabiego uśmiechem. — Sam powiedziałeś, panie, że mam być twą rozrywką w tym miesiącu, ja zaś poważnie podchodzę do wszystkich swoich zobowiązań. Trudno byłoby mi cię zabawiać opowieściami, krzycząc z drugiego końca stołu, sam musisz to przyznać.
Wampir zmrużył oczy, namyślając się, oceniając.
— Jesteś albo niewiarygodnie odważny, albo niewiarygodnie głupi.
— Jestem lekarzem. Nawykłem do mówienia ludziom rzeczy, których nie chcą słyszeć i nauczyłem się przy tym, że bezpośredniość oszczędza czas. A nasz czas, panie, jest cenny. Zwłaszcza mój — przyznał, sięgając po kawałek pieczonego mięsa. — Twojego masz przecież pod dostatkiem.
— Zuchwały. Bardzo zuchwały… Lecz niech będzie – skoro już tu siedzisz, w takim razie opowiadaj. Zaskocz mnie czymś, co nie jest zapisane w moich księgach. Ale ostrzegam, moja cierpliwość jest krótsza niż ten stół.
Bashar uśmiechnął się nieco szerzej.
— Doskonale. Czy hrabia słyszał kiedyś o krainie ukrytej wśród gorących piasków czerwonej pustyni…?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz