TW: krew, zabijanie, szczątki ciała itp.
Terrell nie był wielbicielem swojej pracy. Mała stacja pod niewielkim miastem, ale pośrodku totalnego wypizdowia, gdzie autobus jeździł raz na „kiedy mu się zachce”. Idealne miejsce na tajną bazę jakiegoś obsranego gangu, tyle że żadnego tu nie było jak, kurwa, niczego innego. No, z wyjątkiem jakichś ziutków, co biegały po lesie tuż obok, ale do gangu nie można ich porównywać. Prędzej kultu. Chujnia z pizdą, tyle można o tej lokacji powiedzieć.
A jednak nie była to praca, w której nic się nie robiło, tylko spało, rozpierdalało jedną z nowszych gier na kompa, czyli sapera i trzaskało z nudów fikołki.
Echa dźwięków, które trudno określić na ludzkie czy jakiegokolwiek zwierzęcia, były miodem dla jego uszu w porównaniu do dzwonka przy otwierających się drzwiach, na którego brzmienia za każdym razem dostawał wewnętrznego pierdolca. Klienci brali się dosłownie z dupy. Warto przypomnieć, że był środek nocy. Naprawdę nie mieli nic lepszego do roboty jak leźć do sklepu na stacji, żeby kupić sobie dwa batony, małpkę i srajtaśmę? On na ich miejscu nie ruszałby się z domu, tylko gnił w swoim łóżku. Niestety takiego wyboru nie miał, bo za coś musiał wyżyć, a jedyna robota, do jakiej go przyjęli, to właśnie ta obszczana, zajebana stacja.
— Długa dziś noc, prawda?
W milczeniu zabrał skaner z dowodu osobistego i zbliżył się do komputera, nawet nie racząc obdarzyć spojrzeniem klientki. Popatrzył na wyświetlający się profil, zaczął analizować zamieszczone w nim informacje.
— Data urodzenia? — rzucił.
— Dwudziesty dziewiąty maja, sześćdziesiąty trzeci. Tak, wiem, wyglądam młodo jak na swój wiek.
Chwilę czytał dalej.
— Jak tam siostra?
— A w porządku. Co, chcesz jej numer może?
Suka miała brata.
W sklepie rozległ się wystrzał z pistoletu, dość głośny, lecz tylko poszedł echem w głąb lasu. Ciało kobiety momentalnie się rozpadło na bezkształtne, mięsne kawałki, swoją drogą całkiem wygodne w sprzątaniu. Terrell sięgnął po worek, rozłożył go, wyszedł zza lady, by zacząć wszystko to zbierać. Wtem rozbrzmiał dzwonek oznajmiający otwarcie się drzwi. Podniósł wzrok, spojrzał na sylwetkę.
— Oczywiście, kurwa, tak, jak żryć, to ty już stoisz.
Do środka wdreptał duży, jasny owczarek. Pies nie czekał na zaproszenie, tylko bez zawahania pochwycił w zęby jeden z kawałków. Zamachał ogonem, odwrócił się i tyle go widziano.
To już któraś noc, jak śmierdziel kręcił się po stacji. To znaczy, miał swoje imię, Kawa czy inne gówno, ale Terrell nazywał go śmierdzielem, bo nie czuł żadnego przywiązania do niego. Absolutnie, nic a nic. Po prostu wariat pojawił się którejś nocy, udając, że on tu tylko tak sobie spaceruje. Z zawrotną prędkością się wydał, ale okazał się rzeczywiście pokojowy. W sumie był taki, jak Terrell, więc ten zostawił go w spokoju. Przynajmniej trochę pomagał w pozbywaniu się śmieci, więc jakikolwiek pożytek z niego był. Jakby jeszcze zlizywał krew, to już w ogóle.
To właśnie była praca Terrella.
Siedzenie na stacji, ogarnianie debilnych ludzi.
I zabijanie debilnych nieludzi.
Już trochę czasu minęło, odkąd pojawili się pierwsi doppelgängerzy. Spadli z kosmosu czy przebili się przez wszystkie warstwy piekła, tego nikt z ludzi jeszcze nie określił, ale z pewnością nie zaczęło się od jednego przypadku, a wielu, i to na całym świecie. W sumie ktoś na którymś skrzyżowaniu wołał, że to sobowtóry tego zgreda z Rosji wymknęły się spod kontroli i zaczęły upodabniać się do innych. Ciekawa teoria. Samego Terrella jednak jakoś nie interesowało dociekanie do prawdy.
Narastające pytania szybko przemieniły się w totalną panikę. Stany zamknęły loty do Europy, nagłaśniając, że tam aż się roi od doppelgängerów, ale według niewielkiej garstki tych mądrzejszych Amerykanów chuja wiedziały, tak samo jak cała reszta globu. Było pewne tylko to, że randomowego dnia człowiek mógł obudzić się do informacji o własnym klonie, który już zaczął kraść jego sławę u kumpli, albo sam szybko zostanie osobiście przez niego zastąpiony. Szalone czasy. Jak dobrze, że powołano specjalną organizację N.E.T., czyli „No Ewidentnie Towszystkowdupiemamyichujarobimy”. Od razu można było poczuć się bezpieczniej.
W trakcie mopowania podłogi usłyszał silnik dużego samochodu, który zajechał pod stację. Oczywiście nie przejął się tym, nie zaczął szybciej wycierać, żeby nowy klient wszedł do wypucowanego sklepu. Nastały czasy, w których nikogo już tak nie ruszał widok krwi. A poza tym porządnie Terrell wycierał tylko własną dupę po sraniu.
Uprzedzone dzwonkiem ciężkie buty przekroczyły próg. Terrell nie miał siły ani ochoty na przywitanie, aczkolwiek bokiem zerknął na ubranego w pełni na czarno mężczyznę z karabinem przewieszonym przez ramię. W oczy rzucał się wielki biały napis na kamizelce.
Kurwa, o wilku mowa. Żeby tak szybko się zjawiali na wzmiankę, jak naprawdę byli potrzebni.
Szanowny netowski jegomość popatrzył na Terrella, potem na wyglądającą spod frędzli mopa, roztartą już trochę plamę krwi.
— Widzę, że pozbyliśmy się kolejnej szumowiny — rzekł z jakąś taką dziwną nutą dumy w głosie, jakby to on zajebał sobowtóra, a nie woził się służbowym autem po pewnie pączki, których swoją drogą tutaj nie sprzedawano.
Jak to typowi mundurowi: tylko otworzył gębę i już wkurwił Terrella.
— Ja się pozbyłem i nie dzięki wam — burknął, wsadzając koniec mopa do wiadra.
— A kto ci dał pistolet?
— Szef.
— A skąd szef go ma?
— Kupił w Walmarcie.
Chwila ciszy.
— Ale od nas masz skaner.
— Który regularnie chuja daje i jest wtedy kompletnie bezużyteczny.
Koleś popatrzył krzywo, a po chwili bez słowa poszedł między regały. Gdy przechodził obok, Terrell wyciągnął mopa, żeby z rozmachem cisnąć końcem w podłogę. Kilka kropel swojskiej mieszaniny wody, płynu do mycia podłóg i krwi doppelgängera trafiło idealnie na nogawkę oraz but netowca. Gdy tamten zaklął pod nosem, coś tam marudząc o uważaniu, Terrell tylko odparł, że musi mocniej szorować, żeby wszystko zeszło.
Po odstawieniu mopa udał, że zapomniał o znaku ostrzegającym przed śliską podłogą i wrócił na swoje miejsce za ladą. Odpalił sapera, kliknął w pierwsze pole.
— Ekhem.
Wywrócił oczami, z możliwie jak najbardziej widoczną niechęcią odsunął się od masywnego, brudnobiałego monitora. Złapał do ręki skaner, nie zbliżył go jednak do artykułów, a stanął przez netowcem, posyłając mu wyczekujące spojrzenie. Dwójka stała tak przez kilka sekund, mundurowy patrzył na Terrella jak debil (którym zresztą był). Zareagował dopiero, jak usłyszał:
— Dowód.
— Chyba to oczywiste, że jestem czysty — odparł, szybkim gestem dłoni wskazał napis „N.E.T.” na klacie.
— No właśnie na czarnym nie widać syfu.
— Ja pierdolę, będzie mnie jakiś biedny, gejowski gówniarz sprawdzał.
Gejowski, bo rozjebał sobie włosy na różowo? Też co, jeśli był gejowski? Terrell miał cichą nadzieję, że koleś okaże się doppelgängerem, żeby można było legalnie mu wpakować kulkę w łeb.
Niestety tak nie było. Z pewnymi utrudnieniami, ale skutecznie sprawdził netowca – był czysty przynajmniej pod tym jednym względem. Nawet na skanerze nie wyświetliło się nic podejrzanego. Jeszcze podczas kasowania zakupów Terrell rozpatrywał w duchu opcję podrobienia wszystkich dowodów i rzucenia ciała rogatym z lasu, żeby mieli materiały do ozdób i biżuterii czy inną rozrywkę, ale ostatecznie tylko odprowadził wzrokiem szanownego śmierdziomościa do auta. Stał w progu wejścia, sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów, lecz zostawił je, gdy przypomniał sobie, że był na jebanej stacji paliw. Westchnął ciężko, rzucił okiem na leżącego koło drzwi psa.
— Bierz go — rzucił beznamiętnie, ruchem głowy wskazując mundurowego.
Śmierdziel podniósł łeb; zerknął w stronę netowca, potem popatrzył na Terrella. Patrzyli tak na siebie, trwając w bezruchu. Terrell zaklął pod nosem, gdy drzwi automatyczne próbowały się na nim zamknąć. Zszedł z ich drogi, ponownie wbił wzrok w śmierdziela.
Pies zbyt długo utrzymywał kontakt wzrokowy jak na czworonoga, dlatego dwunóg przerwał niezręczną ciszę między nimi, mówiąc:
— I co się gapisz? Nawet nie odpowiesz?
Cisza.
— I pierdol się, nie będę, kurwa, z kundlem gadał.
Odwrócił się na pięcie, po czym wrócił do sklepu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz