Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

07 sierpnia 2026

Od Merlina do Song Ana

Kolację podawano w niskiej, drewnianej świetlicy, pachnącej pastą do podłóg, starym drewnem i – co Merlin uznał za zły znak – czymś, co miało być chyba gulaszem, ale ktokolwiek go gotował, postanowił dać się ponieść artystycznej fantazji, nie mając jednocześnie umiejętności, by skutecznie tego dokonać. Na lekko obtłuczonych, ceramicznych talerzach lądowały kolejne porcje brunatnej masy z ziemniakami, a uczniowie obu szkół rozsiadali się przy długich stołach, głośni, rozgadani i wygłodniali po całym dniu w rozgrzanym autokarze.
Domek numer siedem trzymał się razem. Merlin, Hawthorn, John i Song An zajęli koniec jednego ze stołów, przy oknie, z którego widać było ciemniejące już zbocze i pierwsze gwiazdy nad koronami świerków. Guinevere i Bernadette siedziały gdzieś po drugiej stronie sali, z dziewczynami ze swojego domku, na tyle daleko, że nawet gdyby Merlin bardzo chciał, nie miałby jak ich zawołać.
Nie wiedział jeszcze, że później miał tego bardzo, ale to bardzo żałować.
Na razie jednak jedli. To znaczy, jedli Merlin i Song An, bo John wpatrywał się w swój talerz z miną człowieka, który po dzisiejszym dniu zawarł z jedzeniem kruchy rozejm, Hawthorn zaś dłubał w gulaszu, jakby szukał w nim sprytnie ukrytych mikrochipów. Song An pochłaniał wszystko z entuzjazmem konesera i radził sobie z kolejnymi kawałkami trudnych do zidentyfikowania warzyw oświadczając, że to jedna z najciekawszych potraw, jakie kiedykolwiek jadł. Czy następny kęs będzie zawierał niedogotowaną, lekko chrupiącą marchewkę, czy też rozlatującego się w ustach, rozgotowanego ziemniaka? A może trafi na małą, czarną kulkę ziela novendyjskiego? Merlin nie pierwszy raz pozazdrościł Song Anowi tego, jak bardzo świat i wszystkie elementy potrafiły być dla niego źródłem wiecznej radości.
Niestety jednak, gdy ostatni niezidentyfikowany obiekt warzywny został wyłowiony z lejącej się brei, na oblicze Song Ana znów wkradło się jakieś zaniepokojenie.
— Wciąż zastanawiam się nad tym bóstwem góry — powiedział z troską, odkładając widelec. — Mam nadzieję, że ktoś je jednak uprzedził o naszej wizycie. Bóstwa gór potrafią być bardzo zazdrosne o swoje szczyty. Wproszenie się bez zapowiedzi w cudze włości to naprawdę poważne wykroczenie.
W innych okolicznościach Merlin pewnie uśmiechnąłby się tylko pod nosem i zbył to jakoś, bo w końcu to nie było anime, żeby na każdym pagórku mieszkało jakieś bóstwo, które tylko szykowało się do tego, by znaleźć jakiegoś nieostrożnego śmiertelnika, zastraszyć go i zmusić do wykonania dla niego jakichś zadań, na przykład ugotowania mu czegoś, albo odnowienia świątyni, tylko po to, by uleczyć swoją samotność zaprzyjaźniając się w końcu z rzeczonym śmiertelnikiem… Problem polegał na tym, że Song An powiedział to z taką spokojną pewnością, z jaką mówi się o rzeczach oczywistych i wielokrotnie sprawdzonych, a to sprawiło, że Hawthorn, który do tej pory milczał, powoli podniósł głowę znad talerza.
I Merlin od razu wiedział, że to się źle skończy.
— Powtórz to jeszcze raz — poprosił Hawthorn cicho.
— Że bóstwa gór są zazdrosne o swoje szczyty?
— Nie. To wcześniej. — Hawthorn odłożył sztućce powoli i precyzyjnie, następnie złożył dłonie w kontemplacyjną piramidkę i przewiercił po kolei każdego z nich spojrzeniem. Merlin poczuł, jakby ktoś mu strzelił rentgen czaszki. — Zastanówcie się. Po co szkoła w ogóle organizuje wyjście w góry? Po co prowadzi całą gromadę dzieciaków na sam szczyt, każe im spać pod namiotami, z dala od domków, od świateł, od jakiejkolwiek pomocy? Kto normalny to wymyśla?
— To zielona szkoła, Hawth? — zaryzykował Merlin. — Takie rzeczy robi się na zielonych szkołach, co nie?
— Tak ci powiedzieli — odparł Hawthorn złowieszczo, a potem sięgnął do torby, którą, rzecz jasna, miał przy sobie nawet na kolacji (przezorny zawsze ubezpieczony), i wyciągnął z niej książkę.
Merlin znał nie książkę, ale serię – opatrzoną krzykliwym tytułem wypisanym archaiczną czcionką, z kolażem bardzo dziwacznych zdjęć na okładce, wydrukowanych na najtańszym papierze z makulatury. Hawthornowi to nie przeszkadzało – każdy tom zawierał długie i skomplikowane dywagacja na temat kolejnych teorii spiskowych, Merlin jednak zgubił się jakoś tak na trzecim tomie z osiemdziesięciu dwóch. Wszystkie te tomiszcza Hawthorn nabył za jakieś pięć funtów na pchlim targu, płacąc za nie taniej, niż za makulaturę, jednak jego bystry umysł łączący kropki w nieprawdopodobne wzory jakoś nie wychwycił, że to podejrzane i że książki nie kosztują tak mało bez powodu.
— „Zapomniane bóstwa i ich głód” — przeczytał Hawthorn tytuł, po czym zaczął przewracać pożółkłe, pokreślone markerami kartki. — Słuchajcie. Tu jest wszystko. — Odchrząknął i zniżył głos. — „Górskie bóstwa dawnych czasów nie przyjmowały gości przychodzących z pustymi rękami. Ci, którzy wchodzili na ich szczyty, winni byli złożyć daninę – a najmilszą im daniną była danina z krwi młodych…”
Przy stole zapadła cisza. Nawet John oderwał wzrok od talerza.
— To pewnie przenośnia — powiedział Merlin, choć jego głos zabrzmiał odrobinę mniej pewnie, niż zamierzał.
— Czytam dalej — oznajmił Hawthorn, nieubłagany. — „A kapłani, którzy prowadzili młodych na szczyt i oddawali ich górze, otrzymywali w zamian dar najcenniejszy ze wszystkich: życie, którego nie tyka śmierć.” — Podniósł wzrok znad książki i powiódł nim po twarzach kolegów. — Nie-śmier-tel-ność. Rozumiecie już? Prowadzą nas na górę. Każą nam tam spać. A sami wracają na dół. „Kapłani”. „Młodzi”. Naprawdę muszę więcej tłumaczyć, żeby to połączyć?
— Nauczyciele nie są kapłanami — zaprotestował słabo Merlin.
— Skąd wiesz?
Na to Merlin nie miał dobrej odpowiedzi. Z początku chciał odpowiedzieć, że przecież to wszystko bzdury, że bogowie, ofiary i nieśmiertelność to bajki dla dzieci, tylko że to by była totalna hipokryzja. W końcu ledwie parę miesięcy temu rozmawiał z gadającym drzewem, negocjował z koboldami i widział na własne oczy ożywiony kamień, co naprawdę pasowało do fabuły jakiejś baśni.
Song An pokiwał głową.
— Część z tego akurat się zgadza — przyznał rzeczowo. — Bóstwa gór faktycznie bywają wymagające, ale to ma sens. W końcu góra to ich dom. Jak byście się czuli, jakby ktoś po prostu przyszedł do waszego domu niezapowiedziany? Znam… — zająknął się. — Słyszałem kiedyś o takim, które nie znosiło niezapowiedzianych gości i bez ostrzeżenia potrafiło zesłać na intruza burzę. — Zamyślił się. — Ale ono zdecydowanie nie żądało krwi ani żadnych młodych. Wolało spokój.
— WIDZICIE?! — Hawthorn niemal poderwał się z krzesła, wskazując na Song Ana jak na koronny dowód. — Song An wie, co mówi!
— No weźcie — spróbował wtrącić Merlin, choć jego słowa kompletnie utonęły w entuzjazmie Hawthorna.
John, blady już wcześniej, przybrał teraz kolor świetlicowej ściany.
— Nie chcę być daniną — wyszeptał.
— Nikt nie będzie żadną daniną — mruknął Merlin, głównie po to, by przekonać siebie, bo mimowolnie zaczynało mu już wchodzić.
Mimowolnie zerknął w bok, przez okno, lecz ciemność zapadła już kompletnie, a jedynym, co zobaczył w szybie, było jego własne, przestraszone i zmęczone po całym dniu oblicze.
— Dobra — odezwał się w końcu, ściszając głos, jakby ściany świetlicy mogły donieść na niego nauczycielom-kapłanom. — Załóżmy, tylko czysto teoretycznie, że jest w tym choćby ziarno prawdy. To co my niby mamy z tym zrobić?
Pytanie przechwycił na szczęście Song An.
— To akurat proste — oświadczył z szerokim uśmiechem.
I zabrał się za tłumaczenie planu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz