Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

08 sierpnia 2026

Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VI) [AU]

Hrabia, tak jak podobni mu szlachcice, miewał swoje kaprysy, które niżsi statusem musieli znosić z grzeczną miną, choć w środku burzyły się wątpliwości bądź niedowierzanie w umysł zdolny wpaść na tak absurdalny pomysł. Na nieszczęście lekarza, był on jedyną osobą w zasięgu Dantego, na której hrabia mógł wyładować swój specyficzny humor i z tegoż przywileju wampir właśnie korzystał, prowadząc mężczyznę w sobie tylko znanym kierunku.
— Czy nie powinniśmy iść w stronę biblioteki? — odezwał się śmiertelnik.
Otrzymał w zamian za swe słowa krnąbrny półuśmiech.
— Jestem zaskoczony twoim zmysłem orientacji, patrząc na to, ile gubisz się w moim zamku. — Lekarz nie podchwycił zaczepki, choć coś przebiegło przez jego twarz, co mogło być rozweseloną zadziornością. — Ale nie, nie idziemy w stronę biblioteki. Nie spędzisz poranka na studiowaniu ksiąg.
— Co zatem mam robić?
Mroźny błękit błysnął zawadiacko.
— Będziesz grał.
To powiedziawszy, przystanął wreszcie przed wybranymi drzwiami, uchylił je i gestem zaprosił mężczyznę do środka. Gawędziarz, choć nie wyglądał na zupełnie przekonanego, wkroczył do komnaty.
Dante przestawił klawesyn do mniejszego salonu, mając z salą balową zbyt wiele ciężkich wspomnień stworzonych przez innych, jak również siebie samego. Ilekroć chciał zatracić się w swej samotności i przypomnieć sobie, jak brzmi harmonia stałego bólu, który uważał już za znajomy komfort swego życia, zasiadał przed klawesynem w pustce sali, wyobrażając sobie, jak wszystkie osoby wypalone żarem emocji w jego sercu tańczą wokół niego.
Teraz jednak nie zamierzał wysłuchiwać tej melodii ani oglądać swych wiecznych gości wirujących na parkiecie. Muzyka śmiertelnika miała prawo wybrzmieć w miejscu nienaznaczonym wampirzym smutkiem, jeśli dało się jakąkolwiek część zamku tak określić.
— Panie — powiedział Bashar, popatrując to na siedzisko obite aksamitną czerwienią, to na hrabiego czekającego przy instrumencie na jego ruch — wiesz jednak, że nie jestem muzykiem…
— Masz wiele ukrytych talentów, gawędziarzu. Słyszałeś wczoraj, jak ja gram, więc życzę sobie usłyszeć dzisiaj, jak ty grasz.
Lekarz w końcu uległ, zbliżył się do klawesynu, co było najlepszym potwierdzeniem słów hrabiego. Zasiadł przy nim ostrożnie, powoli, jakby wiekowe drewno wykonane było ze szkła, a jego oddech mógłby je stłuc. Wziął do ręki zeszyt z nutami przygotowany na pulpicie, przekartkował go, odłożył z powrotem, gdy znalazłaś coś odpowiedniego. Jeszcze się poprawił, dostosował do instrumentu, dłonie wreszcie spoczęły na klawiszach z lekkością. Opuszki musnęły ich gładką powierzchnię, lekko i prawie troskliwie, a zanim gawędziarz zagrał pierwszą nutę, odetchnął głęboko, co brzmiało jak czułe przywitanie.
Mężczyzna grał… Dante wpierw nie wiedział, jak właściwie to określić. Przypominało mu to sposób, w jaki musiał on leczyć – precyzyjnie, płynnie, a przy tym z ogromną empatią i wyczuciem, rozumiejąc, czego pacjent potrzebował, jeszcze zanim zaczął odczuwać przejmujący ból. Hrabia znał swą muzykę kierowaną nieograniczoną pasją na tyle, że aż zapomniał, jak rozlewało się w powietrzu naturalne brzmienie nut granych przez człowieka, który nie poświęcił wieków na doskonalenie swych umiejętności, lecz tylko kilka lat okazyjnego grania. Zapomniał, jak pełen skupienia może być utwór grany tu i teraz, czytany z jednej strony, a nie z ich tysiąca, pochłonięty chwilą obecną niczym raną, którą miał przed sobą do zaleczenia.
Metodyczna praca palców i staranne ruchy nadgarstków nad klawiszami zszyły w hrabim jakiś uraz, dając mu poczucie ulgi, mimo iż przysiągłby, że nie czuł wcześniej krwawienia.
Dante zapatrzył się na smukłe dłonie, nie oderwawszy od nich wzroku nawet po usłyszeniu ostatniego tchnienia ostatniej nuty.
— Nie jest muzykiem, lecz gra jak prawdziwy muzyk — skomentował z półuśmiechem.
— Zdobyłem trochę wprawy w różnych miejscach — przyznał lekarz, choć ewidentnie nie uważał tego za coś wielkiego.
— Doskonale — rzucił hrabia, podrzucając zamaszyście płaszcz i zasiadając tuż obok gawędziarza.
— Panie?
— Zagramy razem — rzekł, jednak pełna arogancji postawa opadła nieco, Dante zerknął na mężczyznę. — Jeśli chcesz
Lekarz uśmiechnął się łagodnie.
— Będę zaszczycony.
Tyle wystarczyło, żeby mroźny błękit, zazwyczaj tak odległy, zalśnił miłym, wabiącym w swoje objęcia ciepłem.
Zeszyt z nutami spoczął na jakieś innej stronie, choć Dante i tak nie planował grać wedle nich. Miały być jedynie pierwszym kierunkowskazem, linią mającą poprowadzić tancerzy przed siebie, zanim stracą ją z oczu. Dante rozpoczął, z mocą chwytając za dźwięki, Bashar dołączył się z lekkim potknięciem, ledwie słyszalnym, szybko idąc za przewodnictwem hrabiego. Lecz gdyby wampir życzył sobie śledzenia, wybrałby coś mniej angażującego. Nie, on chciał usłyszeć Bashara. To, co gra w jego duszy, gdy stonowane gesty wylatują z rąk, a profesjonalizm zostaje zastąpiony wolnością ekspresji.
Niespodziewanie muzyka wykręciła zaimprowizowanego fikołka, zmieniła tempo niczym zwrotny rumak na padoku, pognała w żywszą stronę. Lekarz stracił wątek na chwilę, spojrzał na hrabiego, hrabia uniósł wyzywająco brew. Rubinowe oczy zwęziły się nieco, dłoń mężczyzny niespodziewanie wystrzeliła ponad łokciem wampira, zagrała prędko na dwóch klawiszach, nim cofnęła się pospiesznie, kontynuując utwór, który teraz wierzgał i stawał dęba. Dante prychnął, próżno jednak było szukać w tym dźwięku oziębłości.
Im dłużej grali, tym bardziej melodia przestawała przypominać jedno samotne serce brykające po polach. Próby zaczepienia siebie nawzajem przeobraziły się w szukanie bliskości między dwoma duszami. Zupełnie naturalnie i przypadkiem, Dante wyłapywał już łagodne harmonie Bashara, po czym dopasowywał się do nich ze swoją iskrą, a gdy ta zaczynała głucho pobrzmiewać pustką, Bashar był tam, by wyciągnąć ją znów w górę. Samotny wierzchowiec wirował wokół drugiego, aż ich pyski wpadały w rozwiane ogony i żaden nie wiedział, co należy do tamtego, gdy tak gładko zlewali się w jedność.
Wtem dźwięk zamarł, nagle urwany w środku przez nich obu, zatrzymany w apogeum swej niezwykłości niczym ciało zamknięte w bursztynie. Milczeli, napawając się satysfakcjonującą ciszą po kompozycji, gdy w ich uszach klawesyn wciąż grał.
Dante obrócił się do gawędziarza. Ten już na niego patrzył.
— To było pięknie, Bashar.
— Bez twego udziału byłaby to dziecięca zabawa. Gdzież ty nauczyłeś się tak grać?
— Spotkałem paru mistrzów muzyki w życiu — powiedział, przesuwając palcami po klawiszach bez ich naciskania, jakby ściągał kurz ze wspomnień. — Guillaume Dufay nie dzielił ze mną humoru, lecz lubiłem z nim grać.
Bashar zamrugał w zdziwieniu.
— Ten Dufay?
— Był niestety Flamandem — skrzywił się Dante — ale jestem w stanie mu to wybaczyć za jego umiejętności.
Wbrew oczekiwaniom chwila ciszy zamieniła się w moment opływający śmiechem – Bashar wpierw się uśmiechnął, parsknął pod nosem, a potem w jego piersi narodził się głęboki, szczery dźwięk rozbawienia, do którego mimowolnie dołączył się Dante, nie mogąc oprzeć się reakcji lekarza. Nowy utwór wybrzmiał ponad spoczywającym w bezruchu klawesynem, utwór pozbawiony rytmu, nut czy najprostszej harmonii i może właśnie dlatego będący tak ludzki, pełen emocji. Dante już sam nie rozumiał, czemu się śmieje, ale robił to, bo Bashar śmiał się wraz z nim, a ciepło rozlewało się w brzuchu i między zetkniętymi przypadkiem kolanami.
Powoli ich głosy wygasały, targnięte ostatni raz mocniejszym napadem wesołości, aż całkowicie zamilkły. Należało im wstać, rozejść się do swoich zadań, lecz Dante wciąż miał jedno pytanie na języku, którego obiecał sobie, że nie zada, jeśli lekarz poruszy się pierwszy.
Lekarz nic podobnego nie uczynił.
— Bashar?
— Tak?
Te nieprzystępne barki pękły delikatnie, oziębły pył osypał się na zaciśnięte na sobie dłonie.
— Czy zechciałbyś… częściej ze mną grać? I nie proszę o to, jako hrabia, któremu nie możesz odmówić — dodał, tak jakby był w stanie narzucić cokolwiek mężczyźnie. Ale potrzebował mieć pewność, że odpowiedź będzie wyrazem jego i wyłącznie jego woli. — Tylko… jako ja.
Kim był ten on, którym chciał być dla Bashara, nie miał jeszcze pewności, poza tą jedną – że pragnął skruszeć pod jego dłońmi.
Bashar posłał mu uśmiech przypominający pierwszy blask słońca po nowiu.
— Oczywiście, że tak.
Dante wypuścił oddech, nieświadom wstrzymywania go.
Może się mylił. Może historie boga śmierci oraz tygrysa miały w sobie ziarno prawdy zasiane tam przez czyjąś czułość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz