Oślepiające słońce Empyrii powitało ich prawym prostym między oczy.
Felix aż sapnął. Przejście przez portal przypominało wejście wprost do kuźni, by przywitać się czule z najgorętszym z pieców. Jasne, Felix był tu parę razy, pamiętał o tym dzikim gorącu, ale ponowne spotkanie z nim zawsze było unikalnym doświadczeniem.
Stojący u jego boku Urias starał się jakoś trzymać, choć pot momentalnie zebrał się na jego czole i lord komendant Zakonu Świtu zapewne już żałował własnego uporu, by nie rozstawać się ze swym charakterystycznym pancerzem. W granicach Northanderu płomienista zbroja Zakonu zwiastowała pomoc i ratunek, tutaj jednak, tak daleko od znanych im krain, była niczym więcej, jak przyciągającą uwagę ciekawostką, a już na pewno nie była strojem odpowiednim na takie warunki.
Felix nieraz łamał sobie głowę nad treścią listów od Dariusa – starszego skryby z Liannon, ich wspólnego przyjaciela, lubującego się w spokojnym żywocie, a mimo to mającego talent do pojawiania się w samym sercu wydarzeń, zawsze z kluczową, enigmatyczną i zapomnianą wiedzą pod pachą. Słowom Dariusa Felix nauczył się ufać szybko i bez pomyślunku ruszył na Wybrzeże Czarnowody, miejsce zupełnie przypadkowe – gdzie zamiast przyjaciela zastał równie zmylonego Uriasa oraz grupę, która próbowała ich przechwycić. Zupełnie tak, jakby prośba o spotkanie na Wybrzeżu była jedynie przykrywką, a prawdziwą lokalizację Darius wplótł między słowa. Ogrody wśród pustyni, złoto i przyprawy… Co mogło być na tyle ważne, by uciekać się do pisania nie wprost, w przeczuciu, że listy zostaną przechwycone? I dlaczego akurat Empyria, kraj tak odległy i odmienny?
Darius w swych listach przywoływał ich obydwu i Felix nie miał serca przekonywać Uriasa, by został w Northanderze. Jedyne, co udało mu się wynegocjować, to pozostawienie samego Zakonu – zawsze potrzebnego na rodzimych ziemiach, a tu, w obcych stronach, będącego raczej obciążeniem niż realną pomocą.
— Potrzebujemy armii — naciskał Urias, aż Felix westchnął i ten jeden raz odezwał się poważnym tonem.
— Ja jestem naszą armią.
To ucięło dyskusję.
Nie było w tym przechwałki. Zespolenie duszy z runą uwolniło go od widma śmierci, zatrzymało starość, wyleczyło wszelkie przypadłości – tyle że zazwyczaj wojownik run płacił za to najwyższą cenę. Rozkaz maga, który runę stworzył, musiał być wykonany; magia łamała poglądy, ścierała w pył emocje i przekonania, czyniąc z człowieka przedłużenie cudzej woli. Niewolnicy run, mówiono o nich z pogardą. Felix należał do tej garstki, którym udało się odzyskać własną runę, a wraz z nią siebie samego. Dekady służby zostawiły mu za to doświadczenie i umiejętności, dzięki którym naprawdę był jednoosobową armią. Z runicznej mocy powołania prawdziwego wojska korzystać nie zamierzał. Na razie.
Empyria, stolica rozległego i egzotycznego Xu, nazywana Złotym Miastem, rozciągała się przed nimi w pełnej okazałości. Kolejne dzielnice wspinały się po kamiennym wzgórzu, opierały między pasami niezdobytych murów, prowadząc wyżej i wyżej, ku opływającemu w luksus pałacowi imperatora oraz legendarnym ogrodom, pełnym magii i zieleni, tak cenionym w piaszczystym, spalonym słońcem Xu. Miasto było gargantuiczne, przyćmiewało wszystko, co dało się spotkać w Northanderze. Sam główny bazar był niczym osobne miasto, nieprzeliczone kramy ciągnęły się bez końca, a handel kwitł tam od świtu do świtu, jakby miasto nigdy nie udawało się na spoczynek. Jeśli czegoś się naprawdę pragnęło, złote klucze otwierały każde wrota i wszystko było na sprzedaż, a uśmiechy i wprawnie dobrane słowa zjednywały serca lepiej niż najodważniejsze czyny. Empyria była miastem, w którym więcej utargowało się pod ladą, więcej ustaliło między wierszami, a prawo było jedynie dekoracją, gdy umowy i uśmiechy naginały je w najbardziej fantastyczne kształty.
— Będzie ciężko — mruknął Felix, a Urias skinął głową, najpewniej myśląc o nieludzkim żarze lejącym się z nieba.
Niewiele było im dane zrobić. Ledwie dotarli do przedmieść, tej najlichszej, najbiedniejszej części Empyrii, a Felix poczuł, jak spojrzenia kleją się do nich, jak ludzie zamierają w pół ruchu, byle przyjrzeć się dziwnym przybyszom. Dostrzegł uliczników – przestali się kłócić o nic i odprowadzali ich wzrokiem. Starą kobietę z koszem owoców, która nagle skręciła w boczną uliczkę, zbyt gwałtownie, jak na kogoś bez powodu do pośpiechu. Mężczyznę opartego o ścianę, patrzącego w zupełnie inną stronę, ale zbyt nieruchomo, zbyt uważnie…
Owszem, różnili się od miejscowych – skóra nietknięta bezlitosnym słońcem, dziwna barwa włosów, egzotyczne odzienie. Lecz Empyria była miastem wielu ras i narodowości; na jej ulicach równie często spotykało się smukłe sylwetki ludzi z Northanderu i przysadziste, krępe postacie krasnoludów z Gór Wietrznych, co toporne orki z Urgath, mroczne elfy i inne stworzenia Fiary, które handel lub los przygnały do Złotego Miasta. Byli odmienni i egzotyczni, lecz nie na tyle, by przyciągać aż tak wielką uwagę.
Felix przyjrzał się tym twarzom uważniej. To nie była straż, nie banda rzezimieszków, tylko zwyczajni, biedni ludzie – żebracy, tragarze, obdarci ulicznicy – ci, dla których garść miedziaków była niczym królewski skarb. Ktoś puścił wśród nich słowo, rzucił trochę grosza i rysopis, obiecując więcej każdemu, kto wypatrzy dwóch obcych – a zwłaszcza tego rosłego, w płomienistej zbroi, którego nie sposób przeoczyć nawet w największym ścisku.
Felix wiedział, jak to rozegrać. Najęte oczy slumsów były tanie i łatwe do zauważenia, swemu nabywcy wyrządzając więcej szkody, niż pożytku, bo teraz Felix był świadom, że wraz z Uriasem są poszukiwani. Gdy tylko obaj przecisną się przez bramę do właściwego miasta, Felix zadba o to, by nawet ta zbroja rozpłynęła się w jego trzewiach bez śladu. Z tym, kto ich szukał, Felix zamierzał rozprawić się na własnych zasadach.
— Trzymaj się blisko i nie zwalniaj — mruknął do Uriasa, kierując się ku bramie. — Przejdziemy, wmieszamy się w tłum i tyle nas widzieli.
Brama wyrosła przed nimi na podobieństwo paszczy lwa – masywna, kamienna, ozdobiona reliefami, których przepychu Felix nie zamierzał teraz podziwiać. Dwóch strażników w identycznych pancerzach pełniło wartę u jej boków, większa część oddziału przepatrywała wóz kupiecki, a jeden z żołnierzy usiłował pogonić wyjątkowo natrętnego żebraka. Wszystko jak należy, zwyczajnie, nudno, typowo.
Aż do chwili, gdy weszli w zasięg ich wzroku.
Napięcie przebiegło przez szeregi straży – drobne, niemal niezauważalne. Żołnierz pochylony nad wozem wyprostował się. Drugi trącił łokciem towarzysza. Ten od żebraka stracił nagle wszelkie zainteresowanie swoją ofiarą.
Jeden z żołnierzy uśmiechnął się, trochę zbyt uprzejmie, i zrobił krok, rozkładając ręce w powitalnym geście.
— Witajcie w Empyrii, podróżni — rzekł głosem miękkim, ciepłym, pozbawionym jakiejkolwiek wrogości. — Nie codziennie mamy zaszczyt gościć tak dostojnych gości. Czy zechcielibyście podać cel swojej wizyty?
Dostojnych gości. Felix omal się nie roześmiał. Byli zakurzeni, spoceni, w odzieniu noszącym ślady drogi i portalu – wyglądali na szukających szczęścia wędrowców, na pewno nie na dostojnych gości. Żołnierz nie zrobiłby kariery w trupie aktorskiej, nawet jako element dekoracji.
— Turystyka — odparł gładko Felix, obdarzając żołnierza jednym ze swych ikonicznych uśmiechów. — Nie widział świata ten, kto nigdy nie odwiedził Złotego Miasta.
— Tak, tak, święte słowa — strażnik kiwnął głową. — W takim razie nie zatrzymujemy was długo. Tylko mała formalność – w Empyrii obowiązuje rejestracja przybyszów, rozumiecie. Zechcecie podejść na chwilę do strażnicy, tu, za rogiem…
Śledzący ich żebracy to było jedno, ale jeśli cesarscy żołnierze też się nimi interesowali…
— Ależ oczywiście — powiedział głośno Felix, tonem człowieka, któremu propozycja wydaje się najrozsądniejszą rzeczą pod tutejszym, nielitościwym słońcem. — Chwileczkę tylko… zapomniałem sakwy!
Odwrócił się, złapał Uriasa za ramię, spojrzenie w jednej chwili obróciło się w stal.
— W nogi!
Urias pobiegł. Nie spytał, czemu uciekają przed uśmiechniętymi ludźmi, którzy nie unieśli na nich nawet palca, nie obejrzał się na strażnika, nie zażądał wyjaśnień – choć wszystko wokół, te uprzejme słowa i cała ta rozsądna formalność, mówiło, że nie ma po temu najmniejszego powodu. Poczuł tylko, jak głos Felixa twardnieje w stal, zobaczył to jedno spojrzenie i ruszył z nim równo, jakby ciało pojęło wcześniej niż rozum, że powody przyjdą później. To była jedna z wielu rzeczy, które Felix cenił w Uriasie ponad wszystko – że potrafił zaufać bez reszty i bez pytań, nawet gdy reszta świata podpowiadała co innego.
Strażnik zorientował się za późno – Felix usłyszał za sobą zaskoczone sapnięcie, a zaraz potem ryk, który postawił na nogi pół ulicy.
Felix zerknął w bok. Z Uriasem u boku mógł równie dobrze namalować sobie wielki cel strzelniczy na tyłku, będzie im ciężko zniknąć. Będzie im też ciężko uciec, bo jakkolwiek lord komendant odznaczał się niebywałą sprawnością i wytrzymałością, to jednak temperatura i ciężar metalu robiły swoje – na skroniach Uriasa zebrał się już pot, a jego oddech, ciężki i głęboki, świszczał przy każdym kroku, choć na dobrą sprawę nie zrobili jeszcze nic, co zasługiwałoby na takie zmęczenie. Felix zwolnił tempa, pozwolił się wyprzedzić Uriasowi.
— Prosto, nie zwalniaj!
Wpadli w gęstwinę slumsów. Urias torował drogę, Felix robił to, co robił najlepiej, czyli wkurwiał wszystkich wokół. Szarpnął za sznur rozwieszonego prania – mokra płachta runęła w dół, pacnęła na dwóch pierwszych strażników, Felix usłyszał tylko posyłane w przestrzeń wiązanki przekleństw.
— W lewo, pod łukiem!
Kopnął piramidę pustych koszy, a tupot nóg zmienił się w brzęk zbroi i głuchy łoskot. Dopiero wtedy dogonił towarzysza, mijając o włos chybotliwą stertę glinianych dzbanów.
— Przepraszam! — krzyknął przez ramię w stronę osłupiałego handlarza. — Wpisz to na rachunek imperatora!
Trącił dzbany w przelocie, akurat tak, by runęły z hukiem w sam środek zaułka, tuż za nimi. Coś zazgrzytało, ktoś upadł, pościg na moment się rozsypał.
— Czy ty się tym bawisz? — wyrzucił z siebie Urias między jednym a drugim oddechem.
— Trochę! — przyznał Felix bez cienia wstydu. — Teraz w prawo!
Skręcili raz, drugi, trzeci, coraz głębiej w plątaninę uliczek tak ciasnych, że słońce ledwie się tam przeciskało. Brzęk zbroi za nimi to przybliżał się, to oddalał, niczym natrętna mucha, której nijak nie sposób odgonić. Felix zerwał w biegu płachtę markizy, cisnął ją za siebie, zwalił stos skrzyń, splątał komuś drogę przewróconym wózkiem – za nimi rósł ślad malowniczej ruiny, a pościg grzązł w nim krok za krokiem.
A potem wszystkie zaułki zlały się w jeden – długi, prosty, biegnący nie wiadomo dokąd między dwoma rzędami ślepych ścian. Felix zaklął w duchu. Z takiej gardzieli nie odchodziło już żadne boczne zejście, żadne rozwidlenie, w które dałoby się skręcić, a zawrócić znaczyłoby wpaść wprost w ramiona straży, której kroki dudniły tuż za rogiem. Pozostało tylko gnać przed siebie i wierzyć, że ta przeklęta alejka gdzieś ich w końcu wyprowadzi – na skrzyżowanie, na plac, do bramy, gdziekolwiek…
Ślepy zaułek.
Wpadli między krzywe ściany, za wysokie i zbyt gładkie, by zdołał się po nich wdrapać człowiek w pełnej zbroi. Żadnej drabiny, żadnego okna, żadnych drzwi – ledwie kupa śmieci zwalona w rogu i nic więcej. A za nimi, z drugiego końca długiej alejki, niósł się już tupot i szczęk zbliżającej się pogoni. Drogi powrotnej nie było. Drogi naprzód nie było wcale.
Felix westchnął, wsparł dłonie na biodrach, po czym sięgnął po broń.
— I tyle było z naszego porannego spaceru — mruknął, odwracając się w stronę wylotu zaułka.
— Oszalałeś? Odłóż to! — Urias złapał go za bark, zmusił, by na niego popatrzył. — Nie możemy z nimi walczyć.
— Wiem.
Ucieczka przed strażą to było jedno – kilka wywróconych koszy, parę stłuczonych dzbanów, najwyżej czyjeś nadszarpnięte ego. Ale podnieść broń przeciw straży to zupełnie co innego. Nie mieli z nimi żadnej waśni – żołnierze robili swoje, wykonywali rozkaz, którego sens został im wyjaśniony tak, by nie zadawali pytań. On i Urias byli już poszukiwani – choć wciąż nie wiedzieli, za co – nie zamierzali jednak dorzucać do tego walki ze strażą. Zakładając, że jakimś cudem uda im się obezwładnić wszystkich strażników, nie mordując żadnego, nadal czyniłoby to z nich kryminalistów. Felix mógł być kryminalistą, ale nie w ten sposób, Urias zaś prędzej dałby się posiekać, niż w ten sposób złamał prawo.
— Ale dać się pojmać też nie możemy — dodał Felix.
— Ty nie.
Dwa słowa, a Felix wiedział dokładnie, co kryje się za nimi. Zacisnął usta. Bycie wojownikiem run niosło ze sobą długą listę darów, lecz i jeden cień, którego nie dało się zagadać żartem. Gdyby go pojmano – gdyby w ich rękach znalazł się ktoś, kto wiedziałby, czym Felix jest i jak to zrobić – mogliby odebrać mu runę. A wtedy znów stałby się tym, czym był przez całe dekady: niewolnikiem cudzej woli, narzędziem bez własnych myśli, marionetką spełniającą każdy rozkaz. Dla Felixa to nie była śmierć. To było coś znacznie, znacznie gorszego.
— Posłuchaj. — Urias mówił szybko, rzeczowo, jak na odprawie przed bitwą. — Te mury są za wysokie dla mnie, ale ty? Widziałem cię w akcji. Przejdź przez ścianę, zniknij, a mnie zostaw. Niech mnie wezmą. — Spojrzał mu w oczy. — Wyciągniesz mnie potem, gdziekolwiek mnie zamkną. Tak jak wyciągnąłeś mnie z łap tych nieumarłych na Wybrzeżu.
To był właśnie Urias – nawet teraz, z pościgiem na karku, układał najbezpieczniejszy z możliwych planów, w którym całe ryzyko brał na własne barki.
— Nie. — Felix nawet się nie zawahał.
— Felix, to jedyne rozsądne…
— Powiedziałem nie.
Plan Uriasa miał zasadniczą wadę, której lord komendant w swej szlachetności nie chciał dostrzec: zakładał, że Felix zdąży, że Uriasowi nic się nie stanie, nim ten po niego wróci. A Felix zbyt wiele razy widział, co dzieje się z ludźmi w cesarskich lochach, by zostawić tam przyjaciela i spokojnie odliczać dni.
Wtem kupa śmieci w rogu poruszyła się.
Zza niej wychynął cień – nieforemny w mroku, naglący – i skinął na nich krótko, niecierpliwie. Odgłosy pościgu były już zbyt blisko.
Walka. Pojmanie. Nieznane.
Dla Felixa wybór był oczywisty.
— Idziemy!
Złapał zaskoczonego Uriasa za naramiennik i pociągnął go w stronę cienia, w ciasny otwór, którego jeszcze chwilę wcześniej tam nie było. A potem kupa śmieci wróciła na swoje miejsce, tak naturalnie, jakby nigdy się stamtąd nie ruszyła. Zaułek wypełnił się tupotem żołnierskich butów, brzękiem stali i przekleństwami, a potem pełną dezorientacji ciszą – bo dwóch dziwnych przybyszów rozpłynęło się w powietrzu, jakby pochłonęło ich samo miasto.
Za deskami czekała ciemność, a w ciemności – ludzie.
Felix naliczył trzech, nim oczy przywykły do mroku, czwartego raczej wyczuł, niż zobaczył, gdzieś z tyłu, przy zejściu w dół. Nikt nie wyciągnął broni, nikt nie rzucił się do wiązania rąk – po prostu ruszyli, pewnym krokiem ludzi, którzy znają te tunele jak własną kieszeń. Korytarz wił się pod miastem, wąski i niski, rozświetlany oszczędnie niesioną przez jedną z postaci lampką. Pachniało starą wilgocią, stęchlizną i pyłem, powietrze ledwie się poruszało, a jeśli już to robiło, przynosiło ze sobą najdziwniejsze wonie.
Urias schylał głowę pod każdym łukiem, jego zbroja zaczepiała o kamień, a dłoń ani na moment nie opuściła rękojeści miecza. Felix przeciwnie – szedł rozluźniony, gwiżdżąc cicho jakąś nieprzyzwoitą karczemną przyśpiewkę, i pilnie liczył zakręty, zejścia, boczne odnogi. Trzy w lewo, jedno w prawo, schody, znów w lewo. Bo jedno to dać się uratować, a co innego nie wiedzieć, którędy uciekać, gdyby ratunek okazał się czymś zupełnie innym.
Tunel rozlał się w końcu w obszerną komnatę – dawną cysternę może, albo zapomnianą piwnicę – ciepłą od mnogości świec i gwarną od półgłosem prowadzonych rozmów, które ucichły, gdy tylko weszli. Kilkanaście par oczu obróciło się w ich stronę. Złodzieje, paserzy, nożownicy, parę twarzy zdecydowanie zbyt młodych jak na to towarzystwo – cały przekrój empyriańskiego półświatka, zebrany pod jednym, niskim sklepieniem.
Nie tu jednak mieli się zatrzymać. Przewodnicy nie zwolnili kroku, poprowadzili ich przez salę, odprowadzanych ciekawskimi spojrzeniami, ku niskim drzwiom w głębi – bo, jak Felix szybko pojął, król złodziei nie prowadzi delikatnych rozmów na oczach całego swojego dworu.
Komnata za drzwiami była mniejsza, cichsza, oświetlona ledwie kilkoma świecami. I nie była pusta.
Pierwszego z obecnych dostrzegło się, zanim jeszcze oczy przywykły do półmroku – bo trudno było go nie dostrzec. Pod sklepieniem, które ledwie mieściło jego głowę, stał wojownik z Urgath, asura wyższy, niż dwóch postawnych mężczyzn postawionych jeden na drugim, o czterech ramionach grubych jak konary. Sam jego widok wystarczał, by każdej myśli o wszczęciu burdy odechciało się, nim zdążyła się narodzić.
Jego przeciwieństwo tkwiło w kącie, nieruchome niczym wróbel na gałęzi, i Felix omal go nie przeoczył – drobny, szczupły człowiek o bystrym, czujnym spojrzeniu, które przesunęło się po przybyszach, zmierzyło ich, zważyło i zanotowało wyniki na później. Ktoś taki, ocenił Felix, nie nosił broni przy pasie. Nosił ją między uszami.
Trzeci siedział spokojnie przy stole – starszy, o długich, przyprószonych siwizną włosach i tej szczególnej łagodności w postawie, jaką roztaczają wokół siebie ludzie dawno pogodzeni ze światem. Dopiero po chwili Felix dostrzegł, że oczy mężczyzny patrzą poza niewidzialny horyzont, w pustkę – a mimo to twarz obróciła się dokładnie w ich stronę, usta wygięły w ciepłym uśmiechu.
A pośrodku tego wszystkiego, na czymś, co kiedyś było pewnie kupieckim kufrem, a teraz pełniło rolę całkiem znośnego tronu, siedział mężczyzna z lutnią.
Nie był tym, czego Felix się spodziewał. Król złodziei powinien być stary, gruby i pokryty bliznami, otoczony aurą przemocy gęstą jak dym. Ten zaś był młody, szczupły, o ciemnych włosach i twarzy, która zbyt łatwo układała się w uśmiech. Palce – długie, ruchliwe – błądziły leniwie po strunach, dobywając z nich melodię cichą i niezobowiązującą, a jednak Felix poczuł, jak dźwięk ten ściele mu się pod skórą, ciepły i barwny, jak próbuje znaleźć drogę do środka. Coś w jego piersi zjeżyło się, twarde i zimne, instynkt działający w okamgnieniu.
— Przestań grać — powiedział, a w jego głosie nie było już ani śladu pozornej wesołości.
Czterorękie monstrum w kącie poruszyło się – wystarczyło, że asura przeniósł ciężar z nogi na nogę, a Felix poczuł to w podłodze. Niskie, ostrzegawcze warknięcie wypełniło komnatę.
— Mały. — Głos olbrzyma przypominał dźwięk osuwających się głazów. — W tej norze to my mówimy, kto co ma robić.
— Spokojnie, Raam. — Mężczyzna z lutnią nawet nie podniósł wzroku, a jednak olbrzym znieruchomiał. Dopiero wtedy uniósł brew i przyjrzał się Felixowi z nowym, ostrzejszym zainteresowaniem. — Większość ludzi prosi o więcej.
— Większość ludzi nie czuje, kiedy ktoś próbuje wleźć im do głowy.
Cisza zgęstniała. Z kąta, gdzie tkwił drobny człowiek, dobiegł cichy, rzeczowy głos.
— I czuje to tylko czarodziej albo wojownik run. — Przekrzywił głowę ptasim sposobem, mierząc Felixa spojrzeniem. — Na czarodzieja nie wyglądasz, zostaje więc tylko alternatywa.
Mężczyzna z lutnią roześmiał się – szczerze, ciepło, jakby cała ta wymiana naprawdę go bawiła – i odłożył instrument na kolana.
— Arieth rzadko się myli — rzucił. — Witajcie w Empyrii, podróżnicy. Mówią na mnie Ignis. A na was?
Felix nie dał nic po sobie poznać, lecz w środku odnotował to z chłodnym niepokojem. Raam wyglądał, jakby mógł złamać Uriasa wpół, Arieth rozpracował go w trzech zdaniach, Ignis na dzień dobry próbował go zahipnotyzować. Cholera wie, co potrafił ten ślepy dziadek. Znalazł się w ciekawym towarzystwie i teraz musiał je bardzo starannie rozegrać.
— Wdzięczny — odparł, spuszczając nieco z tonu, obierając inną taktykę. — Bardzo wdzięczny za uratowanie naszych skór. A teraz, jeśli to nie kłopot, chętnie wskażemy sobie drogę do wyjścia.
— Och, kłopot, i to spory. — Ignis rozłożył ręce przepraszającym gestem. — Wyciągnąłem was z łap cesarskich żołdaków. Wypadałoby zamienić słowo, nim się rozejdziemy, prawda? Choćby jedno.
— Ja nazywam się Urias, a to jest Felix. — Wszedł mu w słowo lord komendant, zanim jego towarzysz zdążył się odezwać. — Czego chcecie się od nas dowiedzieć?
— Do czego Imperator was potrzebuje? — spytał Ignis.
Imperator?!, Felix nawet nie drgnął.
— Żywych — dodał Arieth. — Rozkaz brzmiał: schwytać, nie zabijać, dostarczyć osobiście. Wyszedł trzy dni temu, z najwyższego piętra pałacu. Dotyczył dwóch obcych – jednego w płomienistej, cudzoziemskiej zbroi, drugiego trudnego do opisania. — Spojrzał na Felixa. — Trudność opisu już rozumiem.
Coś kliknęło Felixowi w pamięci. Na Wybrzeżu również nie chciano ich martwych – te cuchnące szkielety związały Uriasa jak baleron, zamiast po prostu rozłupać mu czaszkę. Spojrzał na towarzysza i z jego miny wyczytał, że ten pomyślał dokładnie o tym samym. Ta sama ręka.
— Coś macie albo coś wiecie — mruknął Raam, krzyżując dwie pary ramion. — Mnie tam jedno. Jak nie powiecie po dobroci, zawsze znajdzie się sposób.
— Raam. — Tym razem odezwał się starzec przy stole – łagodnie, niemal bezgłośnie, jednak olbrzym zamilkł. — Droga gróźb zamyka wiele ścieżek, nie musimy jej wybierać.
— Ioannis ma rację. — Ignis rozparł się wygodniej. — Wolę po prostu się porozumieć. Chciałbym się dowiedzieć, co dokładnie sprowadza was do Empyrii, zanim cały ten cyrk wyląduje na moim progu.
Felix milczał. Urias milczał obok niego, lecz Felix czuł, że to milczenie kosztuje lorda komendanta coraz więcej. W jego świecie pytanie zadawało się wprost, a na uczciwość odpowiadało uczciwością. A ci ludzie właśnie ich ocalili. Zerknął na Uriasa, subtelnie pokręcił głową…
— Szukamy przyjaciela — powiedział Urias.
— Uriasie. — W głosie Felixa zabrzmiało ostrzeżenie.
— Wezwał nas tu listem. — Lord komendant nie ustąpił, spojrzał na Felixa twardo. — Ci ludzie nas uratowali. Nie będę odpłacał kłamstwem za życie.
Ioannis uniósł lekko głowę, jakby wsłuchiwał się w coś, czego reszta nie słyszała.
— W jego głosie nie ma fałszu — powiedział cicho do Ignisa.
Ignis skinął, jakby tylko na to czekał.
— Przyjaciela — powtórzył powoli, a jego uwaga jeszcze się wyostrzyła. — Mówcie dalej.
— Nazywa się Darius. — Urias wymówił to imię tak, jakby samo w sobie coś znaczyło. — To uczony, skryba i dobry człowiek. Pisał do nas obu, osobno, prosząc wprost o spotkanie na Wybrzeżu Czarnowody, lecz tam zamiast niego czekała nas zasadzka. Dopiero po uważniejszym przeczytaniu listu zrozumieliśmy, że Wybrzeże było przykrywką i tak naprawdę chodzi o Empyrię. O tym, że jesteśmy tu poszukiwani, dowiedzieliśmy się, cóż, teraz.
Felix westchnął w duchu. Czuł się niekomfortowo, grając z odsłoniętymi kartami, ale może to właśnie była właściwa taktyka. Spojrzał na Ignisa.
Mężczyzna nie triumfował, nie uśmiechał się, nie patrzył na nich kpiąco. Przeciwnie – jego twarz spoważniała, a palce, jakby z przyzwyczajenia, znów odnalazły struny, przesunęły się po nich bezwiednie.
— Ciekawy człowiek, ten wasz Darius, skoro pisze zaszyfrowane listy — odezwał się w końcu. — Jak dokładnie wygląda?
— Czemu to takie istotne? — wtrącił Felix.
— Starszy — odpowiedział Urias. — Skromny, szczupły, siwowłosy. Nosi proste szaty, palce ma zawsze poplamione atramentem, odzywa się uprzejmie. To człowiek, który zapomina zjeść, bo zaczytał się w jakimś zwoju. Ma też olbrzymią wiedzę na przeróżne tematy, istna biblioteka zamiast głowy.
Ignis pokręcił głową, westchnął z rozczarowaniem.
— Nie. To nie ten. To nie ten sam człowiek, co ten w masce.
— A któż to taki, ten w masce? — Felix natychmiast podniósł trop.
Odpowiedział mu Arieth:
— Pojawił się pół roku temu. Bez przeszłości, nazwiska czy koneksji, nawet nie wiadomo, jak ma na imię. Każe do siebie mówić „Zamaskowany”. W sześć miesięcy stał się głosem, którego Imperator słucha najchętniej. Nowy doradca, choć nieoficjalny. Nosi się jak książę – złote nici, barwne jedwabie, pierścienie warte więcej niż ta cała dzielnica.
— I szepcze władcy w jednej, jedynej sprawie — podjął Ignis. — O Driadzie. O tym, że da się złamać jej opór. Że da się ją w końcu posiąść.
Felixowi nie umknęła zmiana w tonie głosu Ignisa, nagła iskra w spojrzeniu, spięcie w sylwetce. To było coś osobistego, coś więcej niż tylko ta naturalna nienawiść, którą ludzie wyjęci spod prawa darzyli tych, którzy je stanowili.
Urias zmarszczył brwi.
— Driada? Co to za istota?
— To duch drzewny, jeden z najstarszych rodzajów istot natury. — odparł Arieth, nim Ignis zdążył. — Każda związana jest z jednym drzewem: drzewo trwa, dopóki trwa ona, ona – dopóki stoi drzewo. Legendy mówią, że kiedyś całe Xu zieleniło się po horyzont dzięki opiece driad, ale driady wymarły. Ta jest ostatnia. — Krótka pauza. — Driady wytwarzają wokół siebie pole żywej mocy, tym rozleglejsze, im istota starsza. Pałacowe ogrody mieszczą się w nim w całości i wyłącznie temu zawdzięczają, że istnieją wbrew pustyni. Usuń źródło, a w kilka dni zostanie spieczona ziemia.
— I właśnie ją nasz świetlisty władca pragnie zamknąć w klatce i nazywać swoją. — Ignis zacisnął dłoń. — Mówi, że to miłość.
— A ty wyraźnie sądzisz inaczej — zauważył Felix.
Coś przemknęło przez twarz mężczyzny, zbyt szybko, by to uchwycić, po czym zniknęło pod krzywym uśmiechem.
— Mam mocne zdanie o ludziach, którzy mylą posiadanie z miłością.
— Z twoich słów wynika, że Imperator jeszcze niczego nie zrobił. — Felix przekrzywił głowę. — Dlaczego? Skoro ma doradcę z kluczem w garści, czemu Driada wciąż tkwi w ogrodzie cała i zdrowa?
— Bo zazdrość jest silniejsza niż pożądanie. — Ignis odchylił się na swoim siedzisku. — Imperator nie puszcza Zamaskowanego do ogrodów na krok. Boi się. Wyczuwa, że ten człowiek ma w sobie coś, czemu trudno się oprzeć, i przeraża go myśl, że gdyby raz stanęli twarzą w twarz, Driada i Zamaskowany, ona wybrałaby tamtego. Więc trzyma ich osobno – ją więzi przy drzewie, jego przy tronie. I tylko dlatego, mój drogi gościu, Driada wciąż żyje.
— Wciąż wracacie do tej maski — wtrącił Felix powoli. Jakieś wspomnienie drapało go z tyłu głowy, lecz za nic nie chciało się objawić.
— Bo to w nim najdziwniejsze. — Ignis pochylił się, a w blasku świec jego oczy zalśniły czujnie. — Złota maska, która zakrywa górną część jego twarzy. Nigdy jej nie zdejmuje.
— Nikt nie widział go jedzącego, śpiącego ani z odsłoniętą twarzą. — Głos Arietha był beznamiętny i przez to jeszcze gorszy. — Ani razu. Nie wiadomo nawet, czy pod spodem jest jeszcze twarz.
Coś zimnego przebiegło Felixowi po krzyżu.
Urias zerknął na niego, a w jego spojrzeniu po raz pierwszy od dawna nie było żołnierskiej pewności – było pytanie. I Felix, który zazwyczaj na wszystko miał gotową odpowiedź, gotowy żart, gotowy plan, tym razem nie miał żadnego.
Cisza trwała o jeden oddech za długo.
— Nie przepadam za maskami — odezwał się w końcu, lekko, jakby komentował pogodę. — Chyba że sam je noszę. Wtedy to zupełnie co innego.
Raam prychnął, niewzruszony. Felix tymczasem składał wszystko w jeden obraz – legendy o sercu z drewna i magii, bijącym gdzieś w głębi pałacowych murów. Błogosławieństwo zieleni wśród piasków, obwarowane bogactwem złota i przypraw. Darius nie wskazał im miasta. Wskazał im ją, Driadę, jakkolwiek się nazywała. Lecz tę myśl Felix zachował dla siebie, chcąc sprawdzić jeszcze jedną rzecz, zadać jeszcze kilka pytań.
— Powiedz mi jedno. — Popatrzył na Ignisa. — Wyłożyłeś przed nami pół skarbca tajemnic. Driada, Zamaskowany, pomysły Imperatora… A wiesz o nas tyle, że jesteśmy poszukiwani. To bardzo dużo niebezpiecznej wiedzy jak na dwóch obcych, którzy mogą stąd wyjść i sprzedać cię pierwszemu lepszemu strażnikowi. Więc po co nam to wszystko mówisz? Co ty z tego masz?
Ignis nie odpowiedział od razu.
— Bo to nie jest spór o jedno drzewo i jedną ładną twarz. — Odłożył lutnię. — Za „zdobyciem” Driady stoi moc, jakiej nie miał żaden władca przed nim. A Imperator nie sprawuje władzy jak troskliwy ojciec nad dziećmi. Sprawuje ją jak właściciel nad bydłem, dojąc ile się da i przerabiając na mięso wszystko, czego wydoić się nie da. Większa moc i władza tronu nie rozleje się bogactwem wśród innych. — Wskazał ręką ku gwarowi sali za zaryglowanymi drzwiami. — Przeciwnie: im więcej zdobywa on, tym mniej zostaje nam. — Pokręcił głową, a w głosie zabrzmiało coś niemal jak żal. — Powiedziałem wam to, bo liczyłem, że jakoś się w to wpasujecie. Że skoro Imperator was szuka, to znaczycie coś dla sprawy, ale myliłem się – wasz skryba do tego obrazu nie pasuje. Starzec wśród zwojów, łagodny człowiek od atramentu i kurzu – to nie jest gracz w tej grze. Przykro mi. Wygląda na to, że ściągnięto was tu po coś zupełnie innego, a o Driadzie usłyszeliście dziś pierwszy raz, ode mnie. Strata dobrej wiedzy. — Wzruszył ramionami. — Trudno.
Czyli jednak – miał rację.
Felix spojrzał na Uriasa, na tę jego niewzruszoną, otwartą uczciwość, która ledwie przed chwilą skłoniła ślepego starca, by za nimi poręczył, i zrozumiał, że to właśnie ona, nie spryt, nie półprawdy, nie zasłony dymne, jest tu właściwym kluczem. Że z Ignisem albo gra się w otwarte karty, albo wcale.
— Mylisz się — powiedział cicho. — Należymy do tej gry. Tylko sami jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. — Wyprostował się. — List Dariusa nie kierował nas do Empyrii. On pisał o „ogrodach wśród pustyni, obwarowanych złotem i przyprawami”, o zieleni, która nie powinna istnieć. — Felix przełknął. — Pisał o waszej Driadzie i to do niej nas wezwał. Nie napisał wprost, czego od nas oczekuje, ale po tym, co mi opowiedziałeś, moje zadanie jest dla mnie jasne.
Ignis zamilkł. Wszelka lekkość znikła mu z twarzy i teraz patrzył na Felixa zupełnie inaczej – nie jak na zbędnego gościa, lecz jak na figurę, która właśnie nieoczekiwanie wróciła na planszę.
— Muszę dostać się do tych ogrodów — dodał Felix.
Moment ciszy i mężczyzna parsknął śmiechem, krótkim i pozbawionym wesołości.
— Jasne. A ja chciałbym ziejącego ogniem smoka.
— Do ogrodów wchodzi się tylko w worku, jako nawóz — dorzucił Raam, krzyżując ramiona. — I to jak dobrze pójdzie.
— Trzy pasy murów, straż zmieniana co dzwon, zaklęte wrota — wyliczył Arieth. — Imperator dołożył wszelkich starań, by chronić to, co dla niego najcenniejsze.
Felix uśmiechnął się jednak – tym razem szczerze, uśmiechem człowieka, który widział już niejedną rzecz niemożliwą, a większość z nich osobiście uczynił możliwą.
— Trzy pasy murów, mówisz. Straż i zaklęte wrota. — Wzruszył ramionami. — Mam za sobą parę dekad robienia rzeczy, których zrobić się nie da, i wciąż tu jestem, cały i nietknięty. Jestem wojownikiem run – w rękawie mam asy, o jakich wam się nie śniło. Jeśli ktokolwiek w tym mieście ma przejść przez te mury i wyjść z drugiej strony żywy, to będę to ja.
— W takim razie nie tracimy czasu — stwierdził Urias, prostując się u jego boku.
— Ja nie tracę czasu — poprawił go Felix łagodnie. — Ty zostajesz.
Urias zesztywniał.
— Nie ma mowy.
Felix poczuł coś nieprzyjemnego w środku. Bo czyż nie tak samo, ledwie parę godzin wcześniej, Urias chciał wziąć cały ciężar na siebie, zostać w ślepym zaułku i dać się pojmać, byle on uszedł cało? Wtedy Felix się nie zgodził, a teraz robił dokładnie to samo – sięgał po całe ryzyko i odsuwał przyjaciela na bezpieczną stronę muru.
— Pomyśl. — Felix podszedł bliżej, ściszył głos. — Nie złapią mnie, bo jestem cieniem – wślizgnę się szczeliną i wyśliznę, nim ktokolwiek zdąży krzyknąć. A ty jesteś pochodnią. Jasną, wspaniałą, płonącą pochodnią. — Uśmiechnął się ciepło, bez śladu kpiny. — W ciemnym tunelu zdradziłby nas jeden błysk twojej zbroi, i to nie twoja wina – taka już jest natura pochodni. Ale pochodnia też jest na coś. Tam, na górze, gdzie ludzie będą jej potrzebowali, kiedy zrobi się gorąco. Tam jesteś wart dziesięciu takich jak ja.
— Zresztą nie będziesz się nudził — wtrącił Ignis, a w jego głosie zabrzmiała pogodniejsza nuta. — Jeśli coś naprawdę szykuje się przy ogrodach, to niedługo i na górze zrobi się gorąco. Obława, czystki w dzielnicach. Przyda mi się ktoś, kto wie, jak się obronić. — Zerknął na Uriasa z błyskiem w oku. — I wie, jak rozmawiać z ludźmi.
Na twarzy Uriasa wciąż widać było wahanie. Wtem Ioannis wstał, podszedł do niego i położył dłoń na naramienniku z pewnością kogoś, kto nie potrzebuje oczu, by trafić.
— Trzymanie tarczy nad cudzą głową to też odwaga — powiedział łagodnie. — Niech idzie sam. My dopilnujemy, żeby miał dokąd wrócić.
Coś w Uriasie ustąpiło. Skinął głową – niechętnie, lecz szczerze.
Felix przyjrzał się Ignisowi przez dłuższą chwilę. Ten człowiek był sprytny, zbyt sprytny, a do tego znał pałac i jego strzeżone serce lepiej, niż powinien znać je pierwszy z brzegu złodziej, choćby nie wiem, jak zdolny – Felix odnotował to gdzieś z tyłu głowy, na potem. Lecz tu i teraz ich cele biegły tym samym torem.
— W takim razie postanowione — powiedział. — Wskaż mi drogę, a ja przyniosę ci coś, co zaboli twojego Imperatora bardziej niż utrata całego skarbca.
Ignis wyciągnął dłoń i Felix ją uścisnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz