Dante przewrócił stronę. Przeczytał pierwsze zdanie. Zapomniał, o czym było pięć poprzednich. Wrócił do nich. Cmoknął niezadowolony, odrzucając książkę na bok.
Słyszał go. Gawędziarza. Słyszał jego serce głęboko w trzewiach zamku, bijące spokojnym tempem człowieka niespieszącego się nigdzie. Nie brzmiało tak wyraźną melodią, jak gdy stali obok siebie, lecz Dante wytężał swe zmysły, szukając tego trzepotania na tle martwej ciszy. Potrzebował jedynie przestać nasłuchiwać, by jego skupienie wróciło do książki, a dziwna obsesja ze śledzeniem lekarza została wzięta na wodzę. Widzieli się wystarczająco często wieczorami, gdy gawędziarz dopełniał swą część umowy, po cóż mu było szukać go teraz?
Odpowiedź była bardzo prosta, lecz hrabia należał do istot upartych, odmawiających przyjęcia tej prostoty za prawdę. Krążył zatem po swej komnacie, jakby dzięki temu mógł uniknąć leżącego pośrodku wytłumaczenia.
Wtem idealna wymówka przed przyjęciem oczywistego wpadła w jego dłonie. Serce już od pewnego czasu nie biło w bibliotece, tylko przemieszczało się wyżej, aż przystanęło. Dante wahał się krócej, niż chciałby się do tego przyznać. Porwał płaszcz z oparcia fotela, zarzucił go na swe barki i ruszył na spotkanie z lekarzem. W ramach dalszej ostrożności. Nie mógł przecież pozwolić mu na badanie wampirzego zamku bez nadzoru.
Znalazł go bezbłędnie przed wrotami jednej z komnat. Z tą charakterystyczną dla śmiertelników ciekawością zaglądał do środka, oceniając, czy warto mu wejść. Dante bezdźwięcznie wyłonił się z mroku korytarza, stanął za plecami mężczyzny.
— Czy znudziły cię już moje księgi?
Lekarz obrócił nagle głowę, ramiona drgnęły, serce ścisnęło się na ułamek sekundy. Zaraz jednak niewinny uśmiech wkradł się na jego usta.
— Skądże, panie. Postanowiłem jedynie rozprostować nogi i nawet nie zauważyłem, gdy oddaliłem się od biblioteki…
Dante prychnął, postąpił w przód, otwierając na oścież oba skrzydła wrót z ciemnego drewna. Ręce cofnęły się pod płaszcz, ten zaś zbił się na powrót w masę stanowiącą drugie ciało hrabiego.
— Skoro i tak już tu jesteś, przejdziemy się — zarządził.
— Z przyjemnością, panie.
Weszli. Podłużna komnata naparła na nich nienaturalnym spojrzeniem zwierząt zatrzymanych w czasie. Od drobnych ptaków o barwach niespotykanych na tych ziemiach, przez guźce z ciepłych klimatów, po drapieżniki budzące w duszy obawę, czy bestia zaraz nie ożyje. Ciemnozielone ściany obwieszono rozłożystymi porożami dłuższymi od ludzkiej ręki oraz rekinimi płetwami, a w stojących pod nimi gablotach ułożono kości, pazury i kły przekraczające wielkością palec u dłoni. Zbiór ten niektórzy nazwaliby makabrycznym, lecz Dante nie kolekcjonował ich dla przyjemności otaczania się wypchaną śmiercią. Fauna stanowiła równie integralny element historii, co dzieła sztuki czy też broń, a stracenie jej rzetelnego obrazu mogłoby doprowadzić do zakłamania faktów. Część z przechowywanych gatunków zdążyła zupełnie wymrzeć, siłą rzeczy będąc jedynie wciąż żywą tutaj, w pamięci zamku oraz hrabiego.
— Intrygująca kolekcja — skomentował cicho gawędziarz, nie zatrzymując wzroku na niczym konkretnym.
— Jedna z wielu, choć nie jest moją ulubioną.
— Która zatem jest?
Dante zerknął na niego kątem oka.
— To jest wciąż przed tobą do odkrycia.
Wystarczyło mu odpowiedzieć, a temat uznano by za zamknięty. Zostawił jednak wystarczająco miejsca między swymi słowami, żeby lekarz mógł usłyszeć niewypowiedzianą chęć spotkania go w innych skrzydłach zamku, poszukującego tego jednego miejsca, które hrabia mógł tak lubić. Śmiertelnik przyjrzał się wampirowi z zaciekawieniem, lecz Dante już odwrócił spojrzenie i potraktował go wyciosanym z kamienia profilem.
— Mam jednak faworyta w każdej kolekcji.
Stał on prawie na samym końcu komnaty, pod witrażem egzotycznej zieleni, który Dante specjalnie dla niego kazał wykonać – dumny tygrys sięgający łbem ponad hrabiowskie biodro obserwował otoczenie szklanymi oczami równie dokładnie, co za swojego długiego życia. Padające przez barwione szkło słońce rzucało na cudownie złoto-rudawą sierść refleksy nierzeczywistej dżungli, którą niegdyś kroczył, będąc jej panem i królem. Nie potrzebował ozdobników na swoim podeście ani nie godziło się, by cokolwiek stało na ścianie razem z nim, gdy jego absolutny majestat rozsiadał się wokół, zagarniając należne mu miejsce. Dante znał mapę hebanowych pasów na pamięć, spędziwszy długie godziny na wpatrywaniu się w łeb zdolny wrodzoną wyniosłość przerodzić w najczystszy ogień agresji, jeśli tylko zmarszczyłby wargi.
— Piękny okaz, darowany mi przez przyjaciela z odległego kontynentu — wspomniał, bezwiednie wyciągając dłoń, by musnąć gładką sierść, jakby dzięki temu ciepło tamtych chwil mogło do niego powrócić. Nie wróciło. Tygrys pozostał zimny w dotyku, tak jak wszyscy, którzy kiedykolwiek coś dla hrabiego znaczyli. Dante zabrał dłoń, zwrócił się do śmiertelnika. — Z pewnością nie widziałeś nigdy na żywo takiej bestii, gawędziarzu.
— Zaskoczę cię, panie, gdyż widziałem, nawet z bijącym sercem. To tygrys. Spotkałem to stworzenie na dworze pewnego króla.
Dante zlustrował wzrokiem lekarza, cień rozbawienia może tak, a może nie przemknął przez twarz. Jeśli ktokolwiek mógł swoją gadaniną dostać się na królewski dwór, był to z pewnością jego gawędziarz. Hrabia postanowił, że tą opowieścią mężczyzna uraczy go innym razem.
— Dworze króla? A co też król z nim robił? Trzymał go w klatce, żeby goście mogli podziwiać wściekłą, zamkniętą bestię? Czy na łańcuchu, żeby poczuć dreszczyk emocji?
— Król nie uczynił żadnej z tych rzeczy.
Konsternacja ściągnęła jasne brwi.
— W takim razie, dlaczego nie został pożarty przez swojego pupila? Te kły, te zęby — Dante wskazał dłonią na wypchane zwierzę — wystarczyła ledwie chwila, żeby zatopiły się w ciele króla.
Gawędziarz splótł dłonie za plecami, przybrał tę nauczycielską wręcz pozę, gdy opowiadał Dantemu nieznane mu losy ludzkich żyć oraz przemienionych ostatnimi dekadami krain, kontemplując ciekawy element wystroju zamku. Nie było jednak w niej nic protekcjonalnego czy też pouczającego, jedynie ta spokojna mądrość emanowała z mężczyzny, gotowa odpowiedzieć na każde pytanie.
— Tak mówili doradcy, którzy się tygrysa bali. Lecz król się nie bał. Chciał zrozumieć i oswoić go, żeby uczynić z niego swojego przyjaciela.
— Przyjaciel będący bestią zdolną cię w każdej chwili rozszarpać — mruknął hrabia, obdarzając sam pomysł drwiną. — Gratuluję braku rozsądku.
— To nie była kwestia rozsądku, ale empatii — poprawił go lekarz. — W każdej bestii kryje się niezrozumiana dusza.
— To tygrys — wytknął mu wręcz wampir, jakby mężczyzna zapomniał, z czym na do czynienia. — Drapieżnik.
— Owszem — odparł gawędziarz, jego usta drgnęły lekko do uśmiechu — służy jednak jako przykład. Im bardziej ludzie boją się tygrysa, tym mocniej będzie on szczerzył kły, ponieważ tego właśnie się po nim spodziewają. Są uprzedzeni, choć go nie znają. Król nie był. Okazał mu troskę, dał swój czas, siedząc w ciszy z tygrysem, aż ten przestał stroszyć grzbiet, co stało się szybciej, niż wszyscy przypuszczali. Zdobył zaufanie tygrysa.
— Niby czym?
— Miłością, panie. Król kochał tygrysa. Kochał jego długie pazury i ostre zęby, jego silne łapy i sprężysty krok. — Zatoczył dłońmi koło obejmujące całe zwierzę. — Nie zmieniłby w nim niczego, co z tygrysa czyniło tygrysa. Zaakceptował go swoją miłością. Wtedy tygrys dał mu się pogłaskać.
Dante zamilkł na dłuższą chwilę, spoglądając jakoś inaczej na wypchanego tygrysa i czując niebezpieczne poruszenie pod żebrami, to samo, które zawładnęło nim po usłyszeniu historii Hadesa i Persefony. Trzymał to uczucie pochowane głęboko przez długie lata, zamknięte w trumnie rozczarowań, tę zaś wepchnął do mauzoleum odciętego od świata szczelną granicą surowej postawy i marsowej miny, granicą zapisaną w opowieściach i lękliwie przekazywaną z ust do ust, ażeby nikt nie starał się zbliżyć do hrabiego. Fundamenty grobowca wszystkich straconych nadziei poruszyły się nieznacznie.
Wtem Dante się uśmiechnął. Powoli, z cieniem zawodu, jak ktoś, kto przejrzał magiczną sztuczkę, zamiast trwać w fantazji o jej niezwykłości. Grobowiec zamilkł, trumna się nie otwarła.
— Ciekawa to historia, drogi lekarzu, jednak nieprawdziwa, tak jak romantyczny utwór o bogach — powiedział bez pretensji. — Ludzie nie lubią trzymać przy swoim boku rzeczy, które mogą ich zniszczyć.
— Dlaczego więc zakochują się w innych?
Ich spojrzenia spotkały się na jedną ulotną chwilę, tak jak spotykają się dwie osoby nieświadome losu pchającego ich ku sobie, tak jak słońce na chwilę dostrzega blask księżyca przed zniknięciem pod widnokręgiem. Chwila tak drobna i pozbawiona znaczenia, gdyby osoby te znów na siebie nie wpadły i gdyby księżyc nie zrozumiał, jak bardzo brakuje mu słońca.
Hrabia odwrócił się pierwszy. Nagły, ostry obrót postawił go plecami do tygrysa, po czym Dante pomaszerował stanowczym krokiem do wrót komnaty, napinając szerokie barki, pnąc się w górę przytłaczającą sylwetką, zaciskając kły na ustach i pazury na skórze.
— Bo są tylko ludźmi — prychnął, a echo napiętnowanych goryczą słów przypominało obraz odbity w lustrze. — Nie wiedzą lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz