Od rana czuł, że coś jest nie w porządku. Może to był ten Mars w retrogradacji, może ten powiew wiatru niosący dziwny zapach niepokoju, a może po prostu był kolejny gorący poranek zwiastujący równie gorący dzień. W każdym razie nie mógł pozbyć się narastającego przeczucia, że dzisiaj wydarzy się coś niezwykłego — a on miał nosa do takich spraw.
Magiczne Różności otworzył równo o ósmej. Wcześniej jednak nakarmił Kokosa, pozamiatał podłogi i ułożył na półkach wszystkie nowe artykuły. Szukał im miejsca ze starannością oraz wyczuciem niejednego uzdolnionego artysty, tak, aby idealnie komponowały się, a jednocześnie przykuwały uwagę za szklanymi witrynami. Wszystko wyglądało wspaniale, gdy przekręcał kolorowy szyld z “Zamknięte” na “Otwarte”.
Od rana ruch dopisywał. Klienci przybywali do niego z najróżniejszymi sprawami, a Nikolai czuł się zaszczycony, mogąc udzielić im pomocy. Towar schodził, a pieniądze płynęły do kasy. Zapowiadał się naprawdę dobry utarg. Czarodziej właściwie zaczynał zastanawiać się, na co przeznaczy swoją najbliższą wypłatę. Może wybierze się na ten długo wyczekiwany wyjazd? Albo wyremontuje magazyn, by pomieścił jeszcze więcej magicznych artykułów? W końcu wszyscy wiedzą, że pieniądz mnoży pieniądz.
Nie dane mu było jednak długo marzyć — wkrótce rozbrzmiał znajomy dzwonek przy drzwiach, więc wyprostował się, aby przywitać nowych klientów. Lecz uśmiech szybko zniknął mu z twarzy, kiedy w wejściu zobaczył tak dobrze znane mu mundury policyjne. Wspaniale.
Ze skrzywioną miną wyszedł zza lady i oparł się o nią plecami po drugiej stronie, jednocześnie zaplatając ręce na piersi.
— No, to co tym razem?
— To nakaz przeszukania. — Jeden z policjantów podał mu gruby plik papierów. Czarodziej przewrócił oczami.
— To już trzeci w tym miesiącu. Nie macie przestępców do łapania? — prychnął w odpowiedzi, ale chwycił za dokumenty i przejrzał się z grubsza. Podejrzenia o sprzedawanie nielegalnych substancji, oszustwa związane ze składnikami, nieautoryzowane mikstury i inne podobne głupoty. Uśmiechnął się szyderczo na widok wypisanych toksyn, które podobno znajdują się w jego eliksirach. Żadnej z nich mu nie udowodnią. Połowę z tych rzeczy pierwszy raz widział na oczy, a na drugą po prostu nie było go stać. Większość sprzedawanych tutaj “magicznych trunków” to woda z brokatem i witaminą C. Policjanci mogą siedzieć tutaj cały dzień, ale jedyne, co znajdą to puste opakowania po barwnikach. A za to do więzienia się nie idzie.
— W takim razie bawcie się dobrze, tylko niczego mi nie popsujcie, bo to nie są tanie rzeczy. Patrzę wam na ręce — ostrzegł, siadając na ladzie. — Wszystkie dokumenty i pozwolenia mam za biurkiem. Jak wam się znudzi, możecie tam zajrzeć, aby przekonać się, że to absolutnie legalny biznes.
Policjant, widocznie zirytowany postawą czarodzieja, zmarszczył brwi.
— Dobra, chłopaki, zabierajcie to wszystko na pakę.
— Chwila, jak to “zabierajcie”? — Nikolai skoczył na równe nogi. — Nie ma takiej opcji. Ustawiałem te rzeczy godzinami! Włożyłem w to krew, łzy i pot, więc życzę sobie, żeby zostało na miejscu!
— Takie są przepisy — odpowiedział beznamiętnie policjant, zaczynając zbierać kilka pierwszych mikstur z pobliskiej szafki. — Każda z mikstur zostanie przebadana w policyjnym laboratorium.
— Czy wy w ogóle wiecie, na jakie straty mnie narażacie?! — oburzył się Nikolai. — Przecież to niedorzeczne! Jak mam zarobić na utrzymanie, jeśli wyniesiecie mi to wszystko? Nie zgadzam się na to!
— Za późno. — Policjant wyminął go i z pudłem wypchanym po brzegi odbijającymi się o siebie fiolkami wyszedł na zewnątrz. Czarodziej poczuł się bezradny.
Wprawdzie doskonale wiedział, że niczego mu nie udowodnią. Nie postawią mu zarzutów o niebezpieczne składniki, których w jego miksturach nawet nie ma. Sam je robił, więc to on najlepiej na całym świecie zdawał sobie sprawę z tego, co się w nich znajduje! Martwił się jednak tym, że jeśli wszystko zostanie wyniesione, to przynajmniej na kilka dni będzie musiał zamknąć sklepik. A to wiązało się z ogromnymi stratami. Kto mu to później wynagrodzi?!
Zaczął snuć domysły, który z jego wrogów wywinął mu takiego psikusa. Cóż, lista podejrzanych wydawała się ciągnąć jednak bez końca. Nikolai znał zbyt wiele osób, które z ogromną przyjemnością wbiłyby mu nóż w plecy.
— To pewnie Elias na mnie nakapował — prychnął sam do siebie. — Albo ten dzieciak z heterofobią.
Dwóch najbardziej sensownych podejrzanych. Nie wiedział, który z nich był odpowiedzialny za całe to zamieszanie, więc postanowił ostatecznie zemścić się na obu. Tak dla pełnej pewności.
Stał z grymasem wymalowanym na twarzy, podpierając półkę i żalem obserwując, jak kolejne kartony z jego cennymi artykułami są wynoszone poza sklepik. Żegnał je wzrokiem, mając nadzieję, że wkrótce znowu je zobaczy. Chociaż obawiał się, ile potrwa ponownie ustawianie ich na wystawie. To przynajmniej dwa nieprzespane weekendy!
Wtedy poczuł niepokój. Nagły, narastający strach. Jakby był jasnowidzem, powiedziałby, że zaraz stanie się coś złego. Chwila, ON PRZECIEŻ JEST JASNOWIDZEM. Wiedział, że jeśli instynkt daje o sobie znać, należy go bezzwłocznie posłuchać. Chwycił śpiącego na żerdzi Kokosa i przycisnął go do siebie, jedną ręką, a drugą wyczarował magiczną barierę. W tej samej chwili ktoś krzyknął, aby paść na ziemię.
Rozrywający bębenki w uszach huk rozbrzmiał wokół. Nikolai skulił się, mocno ściskając swojego pupila do swojej piersi. Wszystko wokół zadrżało, a pozostałe przedmioty ustawione na półkach spadły i rozbiły się na drewnianej posadzce. Szyby pękły, a powietrze przeszedł nieznośny pisk. Dosłownie sekundę później całą okolicę przemierzała wzdłuż i wszerz potężna fala uderzeniowa. Nikolai nie był w stanie dłużej utrzymać tarczy. Jego ręka zadrżała, a on sam, podobnie jak każda inna rzecz wokół osunął się na zimną podłogę. Nie widział i nie czuł nic więcej, całkowicie opadając z sił. Walczył, aby nie zamknąć oczu, lecz nie był w stanie utrzymać świadomości. Stracił przytomność.
Obudził się z bólem głowy. A właściwie rozbudziło go bolesne ukłucie w palec. Z trudem otworzył oczy i zobaczył Kokosa, który usilnie próbuje wydostać się ze ściskającej go dłoni czarodzieja. Nikolai poluzował uścisk, uwalniając ptaka.
Kruk odskoczył. Jego dotychczas białe pióra pokrywał kurz i czerwone krople krwi. Jedno ze skrzydeł powłóczył po ziemi i mimo wielu prób, nie był w stanie podnieść się do lotu.
Nikolai, śladem swojego pupila, próbował podnieść się z ziemi. Piorunujący ból przeszedł wzdłuż jego ciała. W pierwszej chwili nie mógł stanąć na równych nogach. Jedna ze skrzyń spadła na niego, przyciskając go do ziemi. Zirytowany, ostatkiem sił, użył swojej magii, aby uwolnić się z uwięzi. Udało mu się to, a skrzynka z hukiem wylądowała po drugiej stronie pomieszczenia.
Wszystko było w nieładzie. Nikolai nawet nie potrafił nazwać tego, co właśnie czuje. Z przerażeniem w oczach patrzył na cały swój życiowy dorobek — teraz kompletnie sponiewierany i zniszczony. Absolutnie bezwartościowy. Wszystkie regały leżały na ziemi, a rzeczy, które dotychczas prezentowały, zostały przez nie przygniecione i rozbite w drobny mak.
Z niesłabnącym poczuciem żalu rozglądał się po tym, co zostało z jego sklepiku. Jego wzrok padł na sylwetce, która malowała się na wprost od niego, tuż przed powybijanymi szybami.
Rozpoznał w młodym mężczyźnie jednego z policjantów. Tego, który pomagał wynosić rzeczy ze sklepiku. Wspaniale. Była to ostatnia osoba, którą chciał teraz widzieć na oczy.
— Jesteś cały? — Mężczyzna rzucił pytanie w jego stronę, próbując przedostać się do czarodzieja poprzez porozrzucane po podłodze połamane półki.
— Nie dzięki wam — warknął Nikolai, samemu wydostając się na drugą stronę pomieszczenia.
Jego emocje były na skraju. Miał ochotę ukryć twarz w dłonie popłakać się na widok zrujnowanego sklepiku.
— NIE, MÓJ SKLEP! MOJE WSPANIAŁE MAGICZNE RÓŻNOŚCI! — wykrzyczał, jakby miało to mu jakkolwiek ulżyć. Ukojenie jednak nie nadeszło. Nie nadeszło nawet, gdy padł na kolana i uderzył dłonią o drewnianą podłogę.
Jego sklep. Rodzinny biznes, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Całkowicie zrujnowany.
Nagle ogarnęła go wściekłość. Musiał dowiedzieć się, kto był za to odpowiedzialny. Chciał wiedzieć, kto właśnie zniszczył mu życie.
— Co się stało?! — zawołał bezradnie do policjanta. Mężczyzna podszedł bliżej, ale nie udzielił mu żadnej konkretnej odpowiedzi. Również nie miał pojęcia, co się wydarzyło.
Nikolai przeklął pod nosem. Wstał z kolan, otrzepał się i wyjrzał na zewnątrz.
Całe miasto wyglądało równie żałośnie, co Magiczne Różności. Budynki leżały w gruzach z powybijanymi oknami, samochody zostały wywrócone do góry kołami przez falę uderzeniową. Pod zniszczonymi ścianami Nikolai dostrzegł ludzi — nieruchomych, pozbawionych życia. Widocznie nie mieli tyle szczęścia, co on.
W tej samej chwili czarodzieja owiało coś dziwnego. Coś złowrogiego. Wyciągnął obolałą dłoń przed siebie. Podjął próbę rzucenia zaklęcia, lecz nic się nie wydarzyło. Jego moc została w całości pochłonięta przez nieznaną mu energię.
— To magia — stwierdził po chwili zastanowienia. — Czuję ją dokładnie, każdą komórką swojego ciała. Otacza nas wokół. Ale to nie jest zwykła magia. Jest… inna. Niemal bolesna.
Nie potrafił opisać jej w żaden dokładniejszy sposób. Nie miał pojęcia, jak ująć w słowa to, co teraz go ścisnęło w swe szpony i zdusiło oddech, wywołując niepokojący dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Nieoczekiwanie poczuł mocne szarpnięcie. Młody policjant bez słowa z całej siły wciągnął go ponownie do Magicznych Różności.
— Hej, co ty-! — Nie zdążył dokończyć, bowiem mężczyzna zatkał mu usta. Dłonią wskazał ruch po drugiej stronie ulicy.
Coś ogromnego patrzyło prosto w ich kierunku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz